piątek, 6 maja 2016

Człowiek Z Poddasza

W pomieszczeniu panowała ciężka, nieznośna cisza. Jedynym dźwiękiem, mocno zresztą stłumionym, był dziwaczny odgłos nakładającego się na siebie krzyku, pisku, trzasku i skrobania, dobiegający zza pancernych drzwi.

 
Ogromnych, ciężkich. Znajdowały się idealnie naprzeciwko dwóch mężczyzn siedzących przy stole, niczym materialny wyrzut sumienia.
- To niemoralne - mruknął wyższy z nich.
- Niemoralne! - obruszył się niski, otyły brunet. - Jak niby inaczej mamy to załatwić? My ratujemy ludzi, Jake.
- Nawet strzał w głowę byłby bardziej humanitarny. - zauważył Jake. - Tylko to świństwo nie pozwala.
- Oczywista oczywistość. - prychnął ten drugi.
Wyższy z mężczyzn zaczął pojedynczo wyginać palce z donośnym trzaskiem. Oblizał usta i głośno przełknął ślinę.
- Ja nie wytrzymam, Duan. - oznajmił napiętym głosem. - Naprawdę. Wyjdę stąd i poddam się jakiejś terapii. Albo przedawkuję narkotyki.
- Przestań histeryzować. - zbył go Duan, sam jednak nie wyglądał na zachwyconego. - Już wiemy, po co Bóg stworzył psychopatów, co? Niedługo będzie trzeba do niego zajrzeć.
Jego towarzysz jęknął i powiódł wzrokiem po ciasnym, ubogo urządzonym pokoiku.
- Kiedy to się wreszcie skończy...? Ja do niego nie zajrzę, idź sam. Pewnie jeszcze żyje. - wzdrygnął się i pociągnął łyka kawy ze stojącego przed nim kubka. - Warta, dobre sobie. Jak niby on ma się stamtąd wydostać?
- Ciesz się, że nie jesteś po drugiej stronie tych pieprzonych drzwi. - odrzekł względnie spokojnie Duan. Podniósł się i ruszył w ich kierunku. Jego towarzysz natomiast jęknął, wpadł do niewielkiej łazienki i zwymiotował.
Niski, otyły mężczyzna nacisnął guzik na ścianie i otworzył drzwi. Drażniąca mieszanina 10 najbardziej męczących dźwięków świata momentalnie ucichła, monitory na ścianach zgasły.
Z podłogi podniósł się wychudzony, drżący mężczyzna. Ciało miał pokryte siniakami i zadrapaniami, które sam sobie zadał, pistolet jednak leżał na podłodze, nietknięty.
- Cześć – mruknął tępo.
„Jezus”, pomyślał Duan. „To przecież wrak człowieka, istne warzywo. Dlaczego właściwie sam sobie nie pomoże...?”
I wtedy „wrak” niespodziewanie sprężyście zerwał się z podłogi i skoczył w kierunku mężczyzny. Zaskoczony Duan uniósł ręce, wyrzucając samemu sobie tę lekkomyślność, lecz tamtemu udało się go odepchnąć.
- Jake! - wrzasnął mężczyzna, gdy tymczasem więzień rzucił się do drzwi... które okazały się otwarte.
Zanim do strażnika dotarło, co się dzieje, uciekinier był już na zewnątrz.
- Jake!!! - ryknął znowu, i dostrzegł młodego towarzysza, opartego o ścianę domu z oszołomioną miną.
„Warzywo” puściło się biegiem przed siebie. Duan z początku ruszył za nim, by po kilku krokach zaniechać tego zamiaru. Obserwował tylko chudą, zabiedzoną sylwetkę, pędzącą w stronę pobliskiego lasu.
- Tam już go nie znajdziemy. - zauważył Jake, podchodząc, jednak bez przesadnego przerażenia.
Duan milczał przez chwilę.
- Będziemy mieli na sumieniu mnóstwo ludzi, jeśli... - nie musiał kończyć.
- Póki co nie mamy nawet jednego. - zauważył Jake. - Ukarzą nas. Ale może to i dobrze.
- Zwiał – mruknął w zamyśleniu starszy z mężczyzna.

***

Drobna dziewczynka o dużych, niebieskich oczach niepewnie zajrzała do skromnie urządzonego pokoju. Jej drobne paluszki kurczowo zaciskały się na tacy z jedzeniem, którą kazano jej zanieść Panu Z Poddasza, usiłowała uspokoić oddech.
Mężczyzna siedzący na łóżku uniósł wzrok i uśmiechnął się delikatnie, zachęcając ją gestem, żeby weszła. Miał miły uśmiech, ale zdawał się jakby lekko nieobecny, co wydawało się Issei dość przerażające: przecież równie dobrze mógł teraz myśleć o uprawach sorgo w Afryce, obecnej sytuacji politycznej albo jednorożcach, jak i o rytualnym morderstwie. Żadna opcja nie była mniej lub bardziej prawdopodobna od reszty.
Ruszyła po skrzypiącej, porządnie wypastowanej podłodze w kierunku niewielkiego stolika obok jego łóżka. Wzrok miała utkwiony w przyjemnym widoku na ukwiecone drzewa za oknem, wargi mocno zaciśnięte.
Stawiając tacę, odważyła się zerknąć na... gościa? Klienta? Pacjenta? Jakkolwiek by opisać specyficznego użytkownika przybytku, prowadzonego przez jej rodziców, a funkcjonującego pod nazwą „Uzdrowisko”. Było to coś pomiędzy szpitalem, sanatorium, spa, kurortem a domem opieki.
Natychmiast on również uniósł na nią wzrok. Wyglądał całkiem normalnie: zwichrzone, ciemne włosy, raczej przystojna, trochę wymęczona twarz, wymięty sweter i dżinsy. A jednak przeszedł ją dreszcz. Mężczyzna miał minę, jakby coś wiedział. Coś, czym raczej nie zamierza się podzielić, lecz tym gorzej dla niej, gdyby to zrobił. Jakby bawiła go ta świadomość. Jakby widział już tyle różnych rzeczy, że gdyby teraz ktoś zagroził mu śmiercią, on spokojnie rozważyłby swoje szanse na przeżycie, a gdyby były niewielkie – zwyczajnie to zaakceptował.
Odwróciła się gwałtownie i ruszyła do drzwi, wmawiając sobie, że to wcale nie wygląda na ucieczkę. Za plecami usłyszała jego śmiech, i znów się wzdrygnęła, po czym zbiegła po schodach na dół.
Idąc skomplikowaną siecią korytarzy w stronę części mieszkalnej, stopniowo robiła się coraz mniej wystraszona, i coraz bardziej na siebie zła. Minęła znajomy hol, z dwoma krzykliwymi, pomarańczowymi, pretensjonalnymi fotelami i obrazem z odwróconą plecami, piękną kobietą z kulą u nogi. Przez okno wpadało pomarańczowe światło zachodzącego słońca.
„To zwykły człowiek” - pomyślała - „Z całkiem miłym uśmiechem! Nie ma się czego bać, do tego już chyba setny raz zanoszę mu tacę z kolacją i jego tabletkami nasennymi, a nadal mnie to stresuje!”
Skręciła w wąski korytarzyk.
„Może powinnam zobaczyć jego karę” - pomyślała. - „I upewnić się, że nie jest jakimś psycholem...”
Zatrzymała się przed witrażowymi drzwiami pokoju funkcjonującego jako salon, czy też pokój gościnny. Już miała nacisnąć na klamkę, kiedy zatrzymała ją dźwięk znajomego głosu zza drzwi.
-... Hierarchia wartości, Quint! Hierarchia! Priorytety! Jedno życie za setki innych, czy ty to rozumiesz? - tubalny, podniesiony głos Burke'a Danielsa, przyjaciela rodziców, a zarazem człowieka, który sprawił, że Uzdrowisko wciąż stało na nogach, miało się nieźle i utrzymywało równowagę.
- Ćśśś! - znacznie cichszy głos jej ojca; Issei musiała przyłożyć ucho do drzwi, aby go usłyszeć. - Skąd pewność, że miała rację?
- Quint! - niewiele cichszy, wzburzony baryton Burke'a. Odgłos nalewania czegoś do szklanki. - Nikt nie ma co do tego wątpliwości, poza tobą. Ona to po prostu potrafiła, nikt nie wie dlaczego, ale tak było, do cholery! Musisz być taki moralny, nie? Mi też się nie uśmiecha ta perspektywa, ale co zrobisz? Dotoku już nie działa. Nie musimy uciekać się do takich metod jak...
Issei weszła. Rozmowa urwała się natychmiast; jej ojciec, matka, oraz Burke siedzieli wokół stołu, ten ostatni ze szklaneczką brunatnego płynu w dłoniach. Nie wyglądał na szczególnie wściekłego; raczej taki miał po prostu styl wypowiedzi.
- Przypadkiem usłyszałam, o czym rozmawialiście – oznajmiła. - Co to jest dotoku?
- Długo tam stoisz? - zapytała matka surowo, zaciskając usta. Burke zaśmiał się niefrasobliwie.
- Odpuść, Moriko. - rzekł – Zrobiłbym tak samo, ty zresztą też. Jak byłem mały, cały czas bawiliśmy się z bratem w podsłuchiwanie naszej starszej siostry, i rywalizowaliśmy między sobą, kto zdobędzie bardziej poufną informację. To znaczy: te o szkole były nisko punktowane, te o wstydliwych dolegliwościach trochę wyżej, nad nimi były te o seksie, a na samej górze...
- Burke! - syknęła Moriko ostrzegawczo. - Nie sądzę, żeby kogokolwiek to interesowało.
Mężczyzna wyglądał na zadowolonego z siebie.
- Imponujące, jak szybko potrafisz przejść od dyskusji na poważne tematy, do gadania takich bzdur jak zwykle – zauważył Quint, śmiejąc, się, ale zaraz znów spoważniał. - Z drugiej strony, dobrze, że jesteś, Iss. Byłaś u Pana Z Poddasza?
- Chyba więźnia z poddasza – zauważył Burke, śmiejąc się hałaśliwie.
- Ej! - wykrzyknęła Moriko.
- Więźnia...? - powtórzyła zdezorientowana Issei. - I co to właściwie jest dotoku...?
Dziewczynka poczuła znajomy niepokój, a przed oczami stanęła jej twarz ciemnowłosego mężczyzny.
- Dotoku to coś, co nie pozwalało zabijać. - Odezwał się cicho ojciec. - Zastrzyk. Substancja, która automatycznie, po świadomym zamordowaniu kogoś, zmusza do zabicia również samego siebie.
Issei milczała, zdezorientowana.
- O tym się nie rozmawia. To niezbyt przyjemny fragment historii, ale jeszcze do niedawna, każde z nas miało coś takiego. Teoretycznie zwykłym ludziom nie powinna przeszkadzać.
- Ale jak to działa? - zdumiała się Issei. - Słyszałam o tym wcześniej, ale dość niekonkretnie. Nie miałam pojęcia, że się wtedy umierało.
- Już to wycofano. - dodała Moriko. - Nie działało idealnie, poza tym, to trochę zbyt brutalne, taka eliminacja wadliwych jednostek.
- Eliminacja wadliwych jednostek. - mruknął pod nosem Burke. - To brzmi jak fragment wykładu, którego nawet tytuł jest niezrozumiały.
- Dobra, ale pytałeś o tego mężczyznę? - Zauważyła Issei.
- Owszem. - westchnął Quint. - Jest z nim pewien problem.
- To znaczy? - zapytała dziewczynka niepewnie.
- Zastanawiamy się nad uśmierceniem go. - oświadczyła matka. Jej córka gwałtownie wciągnęła powietrze. - Nie oceniaj nas pochopnie. Mamy praktycznie stuprocentową pewność, że jeśli my tego nie zrobimy, przez niego zginą setki ludzi.
- Skąd...?
- Dawno temu przepowiedziała nam to jasnowidząca. - odparł Quint.
- Chyba się przesłyszałam. - Wydyszała Issei po chwili ciszy. Popatrywała na wszystkich dorosłych po kolei, niepewna, czy przypadkiem się z niej nie nabijają. - J a s n o w i d z ą c a? To jakaś... to jakaś...
- Bzdura? - dokończył Burke z niejaki rozbawieniem. - Oczywiście. Wszyscy tak myśleli. Dokładnie tak. - pociągnął łyka ze szklaneczki. - Więc ją sprawdzali. Początkowo znajomi, rodzina, potem organizacje międzynarodowe. I wiesz co? Miała stuprocentową skuteczność. STUPROCENTOWĄ. Dosłownie. Nigdy nie popełniła błędu, kiedy wywoływała wizję. Ja sam też miałem wątpliwości, oczywiście! W końcu nie jestem niepoczytalny... nie prychaj, Morioko... ale fakt pozostał faktem. Nigdy jeszcze na świecie nie było kogoś takiego jak Sorai. Wszyscy o niej słyszeli, i ty również musiałaś.
- Sorai... - mruknęła Isssei. - Tak, kojarzę, ale sadziłam, że to legenda.
- Fatalne braki w edukacji! - wydał osąd Burke, a matka dziewczynki spiorunowała go wzrokiem. - Fatalne. Ale nie przejmuj się, ktoś musi być przecież woźnym, prawda? - obdarzył dziewczynkę przyjaznym uśmiechem, a ta zaczerwieniła się gwałtownie. - Tak czy owak, podjęto decyzję o pozbyciu się delikwenta. Kara śmierci była wówczas dość na czasie, więc nie stanowiło to większego problemu, podobnie jak to, że facet nic złego nie zrobił. Prawda jest taka, ze ludzie się bali.
- Przecież ona mogła kłamać. - zauważyła Issei.
- Otóż to! - potaknął jej tata.
- To nie w stylu Sorai, absolutnie. - obruszył się Burke. - Poza tym, jaki miałaby w tym cel? Nawet go nie znała. Ale wracając do tematu, nie wolno było go zamordować, więc należało doprowadzić do tego, aby sam to zrobił. Mianowicie człowiek ten został niemalże zagłodzony, a następnie bombardowany boleśnie głośnymi dźwiękami, oraz ogromną, nieznośną dla człowieka ilością bodźców. Ściany jego celi pokrywały monitory. - przerwał na chwilę. - Ludzki mózg nie wyrabia. Do tego był naraz dotykany, szturchany przez specjalne maszyny, obdarowywany rozmaitymi zapachami, w tym aromatem jedzenia. Na ziemi w celi leżał pistolet. Lecz facet, zamiast się zabić, jakimś cudem uciekł. - zrobił kolejną pauzę, tym razem dla efektu. - A teraz, kiedy zniesiono karę śmierci, leczy się u nas i właśnie przebywa na poddaszu.
- Co! - wykrzyknęła dziewczynka, która od dłuższej chwili domyślała się, do czego on zmierza, lecz wydawało jej się to zbyt niewiarygodne. - To Pan Z Poddasza...? Nikt przez niego nie zginął...?
- Jeszcze. - odparł ponuro Burke.
- Burke chce go uśmiercić. - oznajmiła matka, zerkając z troską na córkę, czy aby nie jest zbyt przerażona. - Za jego zgodą. Humanitarnie. W końcu ten człowiek wiele przeżył, a ponadto, sam zapewne rozumie zagrożenie.
- A gdyby się nie zgodził?
- To byśmy nic nie zrobili. - oznajmił Quint zdecydowanie, a jego przyjaciel rzucił mu powątpiewające spojrzenie. - I teraz też nie powinniśmy. Moim zdaniem, nieważne, co powiedziała ta cała Sorai, na chwilę obecną człowiek jest niewinny.
- Kierujesz się emocjami. - zauważył Burke.
- I nie myślisz perspektywicznie. - potaknęła Moriko.
- Ponadto – dodał Daniels poważnie – Niebawem i tak nadejdzie koniec świata, bo Moriko właśnie się ze mną zgodziła.
- Przestań – odparła szorstko kobieta, na co Burke uśmiechnął się błogo.
- Jednak wszystko po staremu. - skomentował.
- O Boże, wy chcecie zabić człowieka! - wykrzyknęła nagle Issei i wybuchnęła płaczem. Matka natychmiast przyciągnęła ją do siebie.
- Spokojnie, spokojnie. - wymamrotała. - To nie tak. Tylko to rozważamy, kochanie.
Quint pokręcił głową z dziwnym, ponurym uśmiechem.
- A to się nazywa „Uzdrowisko...” - zauważył. -Wiecie, że on też ma żonę i dziecko? Syna?
- Taa. - potwierdził Burke obojętnie. - Mają go dzisiaj odwiedzić, nie? Próbujesz rozgrzać moje zimne serduszko, Quint?
- Absolutnie nie próbuję rozgrzewać twojego serduszka. - odrzekł ojciec Issei spokojnie. - Chcę tylko dojść do jakiś wniosków.
- Jak dokładnie brzmiała ta wróżba? - zainteresowała się nagle Issei, uspokajając się trochę.
- To zbyt trudny temat dla ciebie. - zauważyła matka z troską.
- Nieprawda. - mruknęła dziewczynka, żałując nagłego wybuchu płaczu. - Serio. Już mi przeszło.
- Kobiety – westchnął Burke, ale dziwnym trafem spoglądał bardziej w stronę Moriko.
- „Niebawem dowiecie się, że za jego sprawą zginą setki ludzi.” - odrzekł Quint.
Issei odczekała chwilę.
- Już? - zdziwiła się. - To tyle? Nie powinno brzmieć jakoś... no... dziwniej? Bardziej tajemniczo?
- Zmienić ci szyk zdania? - zaproponował drwiąco Daniels. - Będzie dostatecznie mistycznie? „Dowiecie się, już niebawem, iż za sprawą jego setki ludzi zginą”. Lepiej...? Proszę cię, dziewczyno, to zwykła kobieta. Jasnowidzenie było dla niej naturalne, jak dla ciebie zapamiętywanie przeszłości.
- „Dowiecie się”? - zapytała Issei, ignorując Burke 'a. - Czyli że jeszcze nie wiemy?
- W sensie: zobaczycie. Albo usłyszycie o tym. - westchnął Daniels. - Myśl, Issei!
- Dziś w każdym razie podejmiemy decyzję. - podsumował Quint. Jak na ironię, wszyscy wówczas zamilkli.

***

Około godzinę później na samym dole odezwał się domofon. Było już niemal zupełnie ciemno, i gdy Issei usłyszała ten dźwięk, doszła do wniosku, że wcale nie zazdrości przybyszom. Zapewne właśnie teraz stali przed ciężką, niegościnną bramą, pod ledwie widocznym, staromodnym szyldem z napisem „Uzdrowisko”, zapewne po długotrwałych trudnościach ze znalezieniem tego oddalonego od reszty świata miejsca.
Zbiegła na dół, przez chwilę zastanawiając się, to przyszedł, by po chwili przypomnieć sobie o Panu Z Poddasza.
Poczuła irracjonalny strach i zatrzymała się u dołu schodów. Jego rodzina. Jacy oni mogą być...? To nieproporcjonalnie silne uczucie wzmagały zasłyszane niedawno historie i obawa przed konsekwencjami zachowania Pana przy życiu. Nigdy zbyt wiele nie rozmawiała o tym z rodzicami, a w Uzdrowisku nie było telewizji, ale takie słowa jak „wojna” „bomba atomowa” albo „terroryzm” dawały się czasem usłyszeć tu i ówdzie... a przecież właśnie wtedy ginęły tłumy.
Zaczajona w cieniu, u dołu schodów, obserwowała uważnie znajomy, gustownie urządzony przez Moriko salon („Udajemy, że pacjenci to goście kurortu, co?”, stwierdził Burke), oświetlony miłym, żółtym blaskiem.
Dziewczynka nadal układała w głowie zdobyte informacje i, jej zdaniem, sprawy zdecydowanie zbyt szybko szły do przodu.
Moriko wyszła zza drzwi, oznaczonych tabliczką „Osobom nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony”, wycierając dłonie w jakiś ręcznik. Zaraz za nią pojawił się Quint, oboje lekko spięci, oraz Burke, z miną pełną kpiącego, aroganckiego zadowolenia.
Do budynku weszła drobna kobieta w brzydkim, tanim jasnoróżowym płaszczu, i pulchny ciemnowłosy chłopczyk. Gdyby Issei zobaczyła ich gdzieś na ulicy miasta, do którego regularnie jeździli na zakupy z rodzicami, nie zwróciłaby na nią najmniejszej uwagi. Wyglądała na spiętą, przestraszona osóbkę, rozpaczliwie walczącą o zachowanie aury kobiecości. Chłopczyk natomiast...
Ich spojrzenia się spotkały i z ust dziewczynki dobył się krzyk – tak głośny i przenikliwy, jakiego chyba jeszcze nigdy nie udało jej się z siebie wydobyć. Jej umysł zaskoczył – poczuła się, jakby coś sobie gwałtownie przypomniała, coś nieprzyjemnego, całkowicie wciągającego i angażującego – takie bywają jedynie złe wspomnienia. Z drobną tylko różnicą.
Mózg ruszył w drugą stronę, jakby przeoczył znak informujący o drodze jednokierunkowej.
Zwyczajnie, bez bólu, hałasu, czy rozbłysków światła, zobaczyła przyszłość.
Zobaczyła tego chłopca. Zobaczyła chorą teorię, w którą uwierzą tłumy. Zobaczyła krzyki, martwych, charyzmatycznego przywódcę.
„Dowiedzą się” - słowa stały się jasne. Nie usłyszą, nie zobaczą, Burke, dowiedzą się od niej, od Issei. Widziała też wyraźnie, że nie uwierzą. Nigdy jeszcze na świecie nie było kogoś takiego jak Sorai...? Teraz już jest.
Tamta jasnowidząca po części miała rację – w pewnym sensie, to przez Pana Z Poddasza zginą ludzie, lecz jedyna jego winą było to, że spłodził syna.
Issei mogłaby to wszystkim wytłumaczyć. Ale już wiedziała, że to nic nie da – i dlatego krzyczała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz