W pomieszczeniu panowała ciężka,
nieznośna cisza. Jedynym dźwiękiem, mocno zresztą stłumionym,
był dziwaczny odgłos nakładającego się na siebie krzyku, pisku,
trzasku i skrobania, dobiegający zza pancernych drzwi.
Ogromnych, ciężkich. Znajdowały się
idealnie naprzeciwko dwóch mężczyzn siedzących przy stole, niczym
materialny wyrzut sumienia.
- To niemoralne - mruknął wyższy z
nich.
- Niemoralne! - obruszył się niski,
otyły brunet. - Jak niby inaczej mamy to załatwić? My ratujemy
ludzi, Jake.
- Nawet strzał w głowę byłby
bardziej humanitarny. - zauważył Jake. - Tylko to świństwo nie
pozwala.
- Oczywista oczywistość. - prychnął
ten drugi.
Wyższy z mężczyzn zaczął
pojedynczo wyginać palce z donośnym trzaskiem. Oblizał usta i
głośno przełknął ślinę.
- Ja nie wytrzymam, Duan. - oznajmił
napiętym głosem. - Naprawdę. Wyjdę stąd i poddam się jakiejś
terapii. Albo przedawkuję narkotyki.
- Przestań histeryzować. - zbył go
Duan, sam jednak nie wyglądał na zachwyconego. - Już wiemy, po co
Bóg stworzył psychopatów, co? Niedługo będzie trzeba do niego
zajrzeć.
Jego towarzysz jęknął i powiódł
wzrokiem po ciasnym, ubogo urządzonym pokoiku.
- Kiedy to się wreszcie skończy...?
Ja do niego nie zajrzę, idź sam. Pewnie jeszcze żyje. - wzdrygnął
się i pociągnął łyka kawy ze stojącego przed nim kubka. -
Warta, dobre sobie. Jak niby on ma się stamtąd wydostać?
- Ciesz się, że nie jesteś po
drugiej stronie tych pieprzonych drzwi. - odrzekł względnie
spokojnie Duan. Podniósł się i ruszył w ich kierunku. Jego
towarzysz natomiast jęknął, wpadł do niewielkiej łazienki i
zwymiotował.
Niski, otyły mężczyzna nacisnął
guzik na ścianie i otworzył drzwi. Drażniąca mieszanina 10
najbardziej męczących dźwięków świata momentalnie ucichła,
monitory na ścianach zgasły.
Z podłogi podniósł się wychudzony,
drżący mężczyzna. Ciało miał pokryte siniakami i zadrapaniami,
które sam sobie zadał, pistolet jednak leżał na podłodze,
nietknięty.
- Cześć – mruknął tępo.
„Jezus”, pomyślał Duan. „To
przecież wrak człowieka, istne warzywo. Dlaczego właściwie sam
sobie nie pomoże...?”
I wtedy „wrak” niespodziewanie
sprężyście zerwał się z podłogi i skoczył w kierunku
mężczyzny. Zaskoczony Duan uniósł ręce, wyrzucając samemu sobie
tę lekkomyślność, lecz tamtemu udało się go odepchnąć.
- Jake! - wrzasnął mężczyzna, gdy
tymczasem więzień rzucił się do drzwi... które okazały się
otwarte.
Zanim do strażnika dotarło, co się
dzieje, uciekinier był już na zewnątrz.
- Jake!!! - ryknął znowu, i dostrzegł
młodego towarzysza, opartego o ścianę domu z oszołomioną miną.
„Warzywo” puściło się biegiem
przed siebie. Duan z początku ruszył za nim, by po kilku krokach
zaniechać tego zamiaru. Obserwował tylko chudą, zabiedzoną
sylwetkę, pędzącą w stronę pobliskiego lasu.
- Tam już go nie znajdziemy. -
zauważył Jake, podchodząc, jednak bez przesadnego przerażenia.
Duan milczał przez chwilę.
- Będziemy mieli na sumieniu mnóstwo
ludzi, jeśli... - nie musiał kończyć.
- Póki co nie mamy nawet jednego. -
zauważył Jake. - Ukarzą nas. Ale może to i dobrze.
- Zwiał – mruknął w zamyśleniu
starszy z mężczyzna.
***
Drobna dziewczynka o dużych,
niebieskich oczach niepewnie zajrzała do skromnie urządzonego
pokoju. Jej drobne paluszki kurczowo zaciskały się na tacy z
jedzeniem, którą kazano jej zanieść Panu Z Poddasza, usiłowała
uspokoić oddech.
Mężczyzna siedzący na łóżku
uniósł wzrok i uśmiechnął się delikatnie, zachęcając ją
gestem, żeby weszła. Miał miły uśmiech, ale zdawał się jakby
lekko nieobecny, co wydawało się Issei dość przerażające:
przecież równie dobrze mógł teraz myśleć o uprawach sorgo w
Afryce, obecnej sytuacji politycznej albo jednorożcach, jak i o
rytualnym morderstwie. Żadna opcja nie była mniej lub bardziej
prawdopodobna od reszty.
Ruszyła po skrzypiącej, porządnie
wypastowanej podłodze w kierunku niewielkiego stolika obok jego
łóżka. Wzrok miała utkwiony w przyjemnym widoku na ukwiecone
drzewa za oknem, wargi mocno zaciśnięte.
Stawiając tacę, odważyła się
zerknąć na... gościa? Klienta? Pacjenta? Jakkolwiek by opisać
specyficznego użytkownika przybytku, prowadzonego przez jej
rodziców, a funkcjonującego pod nazwą „Uzdrowisko”. Było to
coś pomiędzy szpitalem, sanatorium, spa, kurortem a domem opieki.
Natychmiast on również uniósł na
nią wzrok. Wyglądał całkiem normalnie: zwichrzone, ciemne włosy,
raczej przystojna, trochę wymęczona twarz, wymięty sweter i
dżinsy. A jednak przeszedł ją dreszcz. Mężczyzna miał minę,
jakby coś wiedział. Coś, czym raczej nie zamierza się podzielić,
lecz tym gorzej dla niej, gdyby to zrobił. Jakby bawiła go ta
świadomość. Jakby widział już tyle różnych rzeczy, że gdyby
teraz ktoś zagroził mu śmiercią, on spokojnie rozważyłby swoje
szanse na przeżycie, a gdyby były niewielkie – zwyczajnie to
zaakceptował.
Odwróciła się gwałtownie i
ruszyła do drzwi, wmawiając sobie, że to wcale nie wygląda na
ucieczkę. Za plecami usłyszała jego śmiech, i znów się
wzdrygnęła, po czym zbiegła po schodach na dół.
Idąc skomplikowaną siecią
korytarzy w stronę części mieszkalnej, stopniowo robiła się
coraz mniej wystraszona, i coraz bardziej na siebie zła. Minęła
znajomy hol, z dwoma krzykliwymi, pomarańczowymi, pretensjonalnymi
fotelami i obrazem z odwróconą plecami, piękną kobietą z kulą u
nogi. Przez okno wpadało pomarańczowe światło zachodzącego
słońca.
„To zwykły człowiek” - pomyślała
- „Z całkiem miłym uśmiechem! Nie ma się czego bać, do tego
już chyba setny raz zanoszę mu tacę z kolacją i jego tabletkami
nasennymi, a nadal mnie to stresuje!”
Skręciła w wąski korytarzyk.
„Może powinnam zobaczyć jego karę”
- pomyślała. - „I upewnić się, że nie jest jakimś
psycholem...”
Zatrzymała się przed witrażowymi
drzwiami pokoju funkcjonującego jako salon, czy też pokój
gościnny. Już miała nacisnąć na klamkę, kiedy zatrzymała ją
dźwięk znajomego głosu zza drzwi.
-... Hierarchia wartości, Quint!
Hierarchia! Priorytety! Jedno życie za setki innych, czy ty to
rozumiesz? - tubalny, podniesiony głos Burke'a Danielsa, przyjaciela
rodziców, a zarazem człowieka, który sprawił, że Uzdrowisko
wciąż stało na nogach, miało się nieźle i utrzymywało
równowagę.
- Ćśśś! - znacznie cichszy głos
jej ojca; Issei musiała przyłożyć ucho do drzwi, aby go usłyszeć.
- Skąd pewność, że miała rację?
- Quint! - niewiele cichszy, wzburzony
baryton Burke'a. Odgłos nalewania czegoś do szklanki. - Nikt nie ma
co do tego wątpliwości, poza tobą. Ona to po prostu potrafiła,
nikt nie wie dlaczego, ale tak było, do cholery! Musisz być taki
moralny, nie? Mi też się nie uśmiecha ta perspektywa, ale co
zrobisz? Dotoku już nie działa. Nie musimy uciekać się do takich
metod jak...
Issei weszła. Rozmowa urwała się
natychmiast; jej ojciec, matka, oraz Burke siedzieli wokół stołu,
ten ostatni ze szklaneczką brunatnego płynu w dłoniach. Nie
wyglądał na szczególnie wściekłego; raczej taki miał po prostu
styl wypowiedzi.
- Przypadkiem usłyszałam, o czym
rozmawialiście – oznajmiła. - Co to jest dotoku?
- Długo tam stoisz? - zapytała matka
surowo, zaciskając usta. Burke zaśmiał się niefrasobliwie.
- Odpuść, Moriko. - rzekł –
Zrobiłbym tak samo, ty zresztą też. Jak byłem mały, cały czas
bawiliśmy się z bratem w podsłuchiwanie naszej starszej siostry, i
rywalizowaliśmy między sobą, kto zdobędzie bardziej poufną
informację. To znaczy: te o szkole były nisko punktowane, te o
wstydliwych dolegliwościach trochę wyżej, nad nimi były te o
seksie, a na samej górze...
- Burke! - syknęła Moriko
ostrzegawczo. - Nie sądzę, żeby kogokolwiek to interesowało.
Mężczyzna wyglądał na
zadowolonego z siebie.
- Imponujące, jak szybko potrafisz
przejść od dyskusji na poważne tematy, do gadania takich bzdur jak
zwykle – zauważył Quint, śmiejąc, się, ale zaraz znów
spoważniał. - Z drugiej strony, dobrze, że jesteś, Iss. Byłaś u
Pana Z Poddasza?
- Chyba więźnia z poddasza –
zauważył Burke, śmiejąc się hałaśliwie.
- Ej! - wykrzyknęła Moriko.
- Więźnia...? - powtórzyła
zdezorientowana Issei. - I co to właściwie jest dotoku...?
Dziewczynka poczuła znajomy niepokój,
a przed oczami stanęła jej twarz ciemnowłosego mężczyzny.
- Dotoku to coś, co nie pozwalało
zabijać. - Odezwał się cicho ojciec. - Zastrzyk. Substancja, która
automatycznie, po świadomym zamordowaniu kogoś, zmusza do zabicia
również samego siebie.
Issei milczała, zdezorientowana.
- O tym się nie rozmawia. To niezbyt
przyjemny fragment historii, ale jeszcze do niedawna, każde z nas
miało coś takiego. Teoretycznie zwykłym ludziom nie powinna
przeszkadzać.
- Ale jak to działa? - zdumiała się
Issei. - Słyszałam o tym wcześniej, ale dość niekonkretnie. Nie
miałam pojęcia, że się wtedy umierało.
- Już to wycofano. - dodała Moriko. -
Nie działało idealnie, poza tym, to trochę zbyt brutalne, taka
eliminacja wadliwych jednostek.
- Eliminacja wadliwych jednostek. -
mruknął pod nosem Burke. - To brzmi jak fragment wykładu, którego
nawet tytuł jest niezrozumiały.
- Dobra, ale pytałeś o tego
mężczyznę? - Zauważyła Issei.
- Owszem. - westchnął Quint. - Jest z
nim pewien problem.
- To znaczy? - zapytała dziewczynka
niepewnie.
- Zastanawiamy się nad uśmierceniem
go. - oświadczyła matka. Jej córka gwałtownie wciągnęła
powietrze. - Nie oceniaj nas pochopnie. Mamy praktycznie
stuprocentową pewność, że jeśli my tego nie zrobimy, przez niego
zginą setki ludzi.
- Skąd...?
- Dawno temu przepowiedziała nam to
jasnowidząca. - odparł Quint.
- Chyba się przesłyszałam. -
Wydyszała Issei po chwili ciszy. Popatrywała na wszystkich
dorosłych po kolei, niepewna, czy przypadkiem się z niej nie
nabijają. - J a s n o w i d z ą c a? To jakaś... to jakaś...
- Bzdura? - dokończył Burke z niejaki
rozbawieniem. - Oczywiście. Wszyscy tak myśleli. Dokładnie tak. -
pociągnął łyka ze szklaneczki. - Więc ją sprawdzali. Początkowo
znajomi, rodzina, potem organizacje międzynarodowe. I wiesz co?
Miała stuprocentową skuteczność. STUPROCENTOWĄ. Dosłownie.
Nigdy nie popełniła błędu, kiedy wywoływała wizję. Ja sam też
miałem wątpliwości, oczywiście! W końcu nie jestem
niepoczytalny... nie prychaj, Morioko... ale fakt pozostał faktem.
Nigdy jeszcze na świecie nie było kogoś takiego jak Sorai. Wszyscy
o niej słyszeli, i ty również musiałaś.
- Sorai... - mruknęła Isssei. - Tak,
kojarzę, ale sadziłam, że to legenda.
- Fatalne braki w edukacji! - wydał
osąd Burke, a matka dziewczynki spiorunowała go wzrokiem. -
Fatalne. Ale nie przejmuj się, ktoś musi być przecież woźnym,
prawda? - obdarzył dziewczynkę przyjaznym uśmiechem, a ta
zaczerwieniła się gwałtownie. - Tak czy owak, podjęto decyzję o
pozbyciu się delikwenta. Kara śmierci była wówczas dość na
czasie, więc nie stanowiło to większego problemu, podobnie jak to,
że facet nic złego nie zrobił. Prawda jest taka, ze ludzie się
bali.
- Przecież ona mogła kłamać. -
zauważyła Issei.
- Otóż to! - potaknął jej tata.
- To nie w stylu Sorai, absolutnie. -
obruszył się Burke. - Poza tym, jaki miałaby w tym cel? Nawet go
nie znała. Ale wracając do tematu, nie wolno było go zamordować,
więc należało doprowadzić do tego, aby sam to zrobił. Mianowicie
człowiek ten został niemalże zagłodzony, a następnie
bombardowany boleśnie głośnymi dźwiękami, oraz ogromną,
nieznośną dla człowieka ilością bodźców. Ściany jego celi
pokrywały monitory. - przerwał na chwilę. - Ludzki mózg nie
wyrabia. Do tego był naraz dotykany, szturchany przez specjalne
maszyny, obdarowywany rozmaitymi zapachami, w tym aromatem jedzenia.
Na ziemi w celi leżał pistolet. Lecz facet, zamiast się zabić,
jakimś cudem uciekł. - zrobił kolejną pauzę, tym razem dla
efektu. - A teraz, kiedy zniesiono karę śmierci, leczy się u nas i
właśnie przebywa na poddaszu.
- Co! - wykrzyknęła dziewczynka,
która od dłuższej chwili domyślała się, do czego on zmierza,
lecz wydawało jej się to zbyt niewiarygodne. - To Pan Z
Poddasza...? Nikt przez niego nie zginął...?
- Jeszcze. - odparł ponuro Burke.
- Burke chce go uśmiercić. -
oznajmiła matka, zerkając z troską na córkę, czy aby nie jest
zbyt przerażona. - Za jego zgodą. Humanitarnie. W końcu ten
człowiek wiele przeżył, a ponadto, sam zapewne rozumie zagrożenie.
- A gdyby się nie zgodził?
- To byśmy nic nie zrobili. - oznajmił
Quint zdecydowanie, a jego przyjaciel rzucił mu powątpiewające
spojrzenie. - I teraz też nie powinniśmy. Moim zdaniem, nieważne,
co powiedziała ta cała Sorai, na chwilę obecną człowiek jest
niewinny.
- Kierujesz się emocjami. - zauważył
Burke.
- I nie myślisz perspektywicznie. -
potaknęła Moriko.
- Ponadto – dodał Daniels poważnie
– Niebawem i tak nadejdzie koniec świata, bo Moriko właśnie się
ze mną zgodziła.
- Przestań – odparła szorstko
kobieta, na co Burke uśmiechnął się błogo.
- Jednak wszystko po staremu. -
skomentował.
- O Boże, wy chcecie zabić człowieka!
- wykrzyknęła nagle Issei i wybuchnęła płaczem. Matka
natychmiast przyciągnęła ją do siebie.
- Spokojnie, spokojnie. - wymamrotała.
- To nie tak. Tylko to rozważamy, kochanie.
Quint pokręcił głową z dziwnym,
ponurym uśmiechem.
- A to się nazywa „Uzdrowisko...”
- zauważył. -Wiecie, że on też ma żonę i dziecko? Syna?
- Taa. - potwierdził Burke obojętnie.
- Mają go dzisiaj odwiedzić, nie? Próbujesz rozgrzać moje zimne
serduszko, Quint?
- Absolutnie nie próbuję rozgrzewać
twojego serduszka. - odrzekł ojciec Issei spokojnie. - Chcę tylko
dojść do jakiś wniosków.
- Jak dokładnie brzmiała ta wróżba?
- zainteresowała się nagle Issei, uspokajając się trochę.
- To zbyt trudny temat dla ciebie. -
zauważyła matka z troską.
- Nieprawda. - mruknęła dziewczynka,
żałując nagłego wybuchu płaczu. - Serio. Już mi przeszło.
- Kobiety – westchnął Burke, ale
dziwnym trafem spoglądał bardziej w stronę Moriko.
- „Niebawem dowiecie się, że za
jego sprawą zginą setki ludzi.” - odrzekł Quint.
Issei odczekała chwilę.
- Już? - zdziwiła się. - To tyle?
Nie powinno brzmieć jakoś... no... dziwniej? Bardziej tajemniczo?
- Zmienić ci szyk zdania? -
zaproponował drwiąco Daniels. - Będzie dostatecznie mistycznie?
„Dowiecie się, już niebawem, iż za sprawą jego setki ludzi
zginą”. Lepiej...? Proszę cię, dziewczyno, to zwykła kobieta.
Jasnowidzenie było dla niej naturalne, jak dla ciebie zapamiętywanie
przeszłości.
- „Dowiecie się”? - zapytała
Issei, ignorując Burke 'a. - Czyli że jeszcze nie wiemy?
- W sensie: zobaczycie. Albo usłyszycie
o tym. - westchnął Daniels. - Myśl, Issei!
- Dziś w każdym razie podejmiemy
decyzję. - podsumował Quint. Jak na ironię, wszyscy wówczas
zamilkli.
***
Około godzinę później na samym dole
odezwał się domofon. Było już niemal zupełnie ciemno, i gdy
Issei usłyszała ten dźwięk, doszła do wniosku, że wcale nie
zazdrości przybyszom. Zapewne właśnie teraz stali przed ciężką,
niegościnną bramą, pod ledwie widocznym, staromodnym szyldem z
napisem „Uzdrowisko”, zapewne po długotrwałych trudnościach ze
znalezieniem tego oddalonego od reszty świata miejsca.
Zbiegła na dół, przez chwilę
zastanawiając się, to przyszedł, by po chwili przypomnieć sobie o
Panu Z Poddasza.
Poczuła irracjonalny strach i
zatrzymała się u dołu schodów. Jego rodzina. Jacy oni mogą
być...? To nieproporcjonalnie silne uczucie wzmagały zasłyszane
niedawno historie i obawa przed konsekwencjami zachowania Pana przy
życiu. Nigdy zbyt wiele nie rozmawiała o tym z rodzicami, a w
Uzdrowisku nie było telewizji, ale takie słowa jak „wojna”
„bomba atomowa” albo „terroryzm” dawały się czasem usłyszeć
tu i ówdzie... a przecież właśnie wtedy ginęły tłumy.
Zaczajona w cieniu, u dołu schodów,
obserwowała uważnie znajomy, gustownie urządzony przez Moriko
salon („Udajemy, że pacjenci to goście kurortu, co?”,
stwierdził Burke), oświetlony miłym, żółtym blaskiem.
Dziewczynka nadal układała w głowie
zdobyte informacje i, jej zdaniem, sprawy zdecydowanie zbyt szybko
szły do przodu.
Moriko wyszła zza drzwi, oznaczonych
tabliczką „Osobom nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony”,
wycierając dłonie w jakiś ręcznik. Zaraz za nią pojawił się
Quint, oboje lekko spięci, oraz Burke, z miną pełną kpiącego,
aroganckiego zadowolenia.
Do budynku weszła drobna kobieta w
brzydkim, tanim jasnoróżowym płaszczu, i pulchny ciemnowłosy
chłopczyk. Gdyby Issei zobaczyła ich gdzieś na ulicy miasta, do
którego regularnie jeździli na zakupy z rodzicami, nie zwróciłaby
na nią najmniejszej uwagi. Wyglądała na spiętą, przestraszona
osóbkę, rozpaczliwie walczącą o zachowanie aury kobiecości.
Chłopczyk natomiast...
Ich spojrzenia się spotkały i z ust
dziewczynki dobył się krzyk – tak głośny i przenikliwy, jakiego
chyba jeszcze nigdy nie udało jej się z siebie wydobyć. Jej umysł
zaskoczył – poczuła się, jakby coś sobie gwałtownie
przypomniała, coś nieprzyjemnego, całkowicie wciągającego i
angażującego – takie bywają jedynie złe wspomnienia. Z drobną
tylko różnicą.
Mózg ruszył w drugą stronę, jakby
przeoczył znak informujący o drodze jednokierunkowej.
Zwyczajnie, bez bólu, hałasu, czy
rozbłysków światła, zobaczyła przyszłość.
Zobaczyła tego chłopca. Zobaczyła
chorą teorię, w którą uwierzą tłumy. Zobaczyła krzyki,
martwych, charyzmatycznego przywódcę.
„Dowiedzą się” - słowa stały
się jasne. Nie usłyszą, nie zobaczą, Burke, dowiedzą się od
niej, od Issei. Widziała też wyraźnie, że nie uwierzą. Nigdy
jeszcze na świecie nie było kogoś takiego jak Sorai...? Teraz już
jest.
Tamta jasnowidząca po części miała
rację – w pewnym sensie, to przez Pana Z Poddasza zginą ludzie,
lecz jedyna jego winą było to, że spłodził syna.
Issei mogłaby to wszystkim
wytłumaczyć. Ale już wiedziała, że to nic nie da – i dlatego
krzyczała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz