piątek, 3 listopada 2017

Najwyższy Urząd

Odbieralnia

- Halo, dzień dobry?
- Halo? Dzień dobry. Przepraszam, chyba zły numer... Z kim rozmawiam?
- Nie, sądzę, że dobry. Próbował się pan dodzwonić do pana przyjaciela – inicjały P.P, rozmiar buta 40, gra na pianinie. Mam rację?
- Tak. Tak, jak najbardziej. Ale...
- Przepraszam, proszę nie kończyć zdania. To już zbyt nużące. Chce pan zapytać, kim jestem. Otóż pana przyjaciel zatrudnił mnie jako odbierającą telefony.
- Sekretarkę?
- Nie. Odbierającą. Proszę powiedzieć, co to za sprawa.
- Właściwie...
- Po raz kolejny jestem zmuszona panu przerwać. Przepraszam serdecznie. Procedura. Proszę teraz wybrać, z czym pan dzwoni. 1 – plotka, 2 – skarga, 3 – problem, 4 – zmusza mnie do zadzwonienia poczucie przyzwoitości , 5 – sam pan nie wie, 6 – ważna informacja, 7 – niestandardowe.
- Niestandardowe.
- Na pewno?
- Nie! Nie, właściwie to mam skargę.
- Oczywiście. Moment, tylko wyjmę notatki. Inaczej mógłby pan usłyszeć nie to, co pan chce.

Zamienialnia

- Dzień dobry.
- Może lepiej pan stanie w kolejce, co, zamiast szerzyć jakieś niepopularne poglądy.
Niby zakaz palenia, ale i tak śmierdziało dymem.
- Niby zakaz palenia... - zaczął ktoś zdanie.
- Ciii! - syknęła reszta petentów, nie chcąc słuchać znowu tego samego. Na powrót zapadła cisza, przerywana chrapaniem jakiejś staruszki.
Wreszcie ten chory optymista ze swoim nachalnym „dzień dobry” wszedł do pomieszczenia przypominającego przestronny konfesjonał.
- Witam – powiedział nieco bardziej opanowanie, niż kiedy wchodził do poczekalni. Urzędniczka skinęła mu oszczędnie. - Niech mnie pani zapisze, dobra? Chcę zamienić rodzinę, umiejętność logicznego myślenia i wygodne, rozchodzone kapcie na dużą łódź i starego psa.

Pomagalnia

- Dzień dobry, mam problem.
- To doskonale.
- Tak?
- W doskonałe miejsce pani trafiła, chciałem powiedzieć. Jesteśmy tu od tego, żeby pani już go nie miała.
- Właściwie chciałabym się zabić.
- Z czym jest problem?
- Z listem. Wydaje mi się, że coś by wypadało zostawić, żeby potem o mnie nie gadali.
- Ach. Jasne. Pani pozwoli, że podyktuję.
- Tak. Tak, pozwalam.
- Więc: drodzy wstaw imię, nie radzę sobie już z wstaw odpowiednie, mam dosyć wstaw odpowiednie, świat jest a) okrutny b) straszny c) pełen słabej muzyki, jestem przytłoczona. Kocham was, żegnajcie, beze mnie będzie wam lepiej. I tyle.
- I tyle?
- Jasne.
- Dzięki. Poszło lepiej, niż sądziłam.

Kot Boga poruszył lewym uchem. Służyło do podsumowywania beznadziejnych pomysłów.
- No co? - obraził się Bóg.
- Po co to tworzysz? - zapytał układ wąsów kota.
Wszechmogący popatrzył najpierw na kota, potem na świat, widoczny w postaci zbioru cyfr na Boskim Podglądzie.
- Cholera jasna – mruknął. - Nie wiem. A ty znasz przyczynę każdego swojego działania?
„Oczywiście”, powiedziało prawe ucho kota.

niedziela, 15 października 2017

Procesy niszczenia białka

- Ładnie pachniesz – powiedziałem jej. - Wszystkie ładnie pachniecie; tylko dlatego nie jestem gejem.
     Nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko i złapała mnie pod ramię. Uśmiechnąłem się również, bo po prostu lubię być miłym facetem, ale od razu zacząłem się zastanawiać, kiedy ona właściwie puści moją rękę. Czy długo będę musiał chodzić z dziewczyną przyczepioną do ramienia...? Ratunku, nie pachniesz AŻ TAK ładnie. Dokąd ona może iść? Gdzie się je odkłada? Kto mógłby ją ode mnie odebrać..?
     Na szczęście, kiedy mijaliśmy drzwi do damskiej toalety, poczułem, jak dziewczyn odwija się ode mnie. Poczułem ulgę, ale równocześnie zacząłem się zastanawiać, jakby to było, gdybyśmy znaleźli się bliżej siebie. Nie lubiłem jej za bardzo i nie można powiedzieć, że miałem na to ochotę, ale sama 
i d e a była warta rozważenia. Co musiałoby ją do tego skłonić, co ona by o mnie myślała, co ja myślałbym o niej, generalnie – dużo myślenia.
      Jezu, jestem zepsuty, wszyscy umrzemy, gdzie jest instynkt rozmnażania, przecież ja jestem hetero zupełnie z przypadku. Panie doktorze, jestem wadliwy, czuję to każdym atomem swojego męskiego ciała, czy mogę się położyć o tu, na kozetce? Mógłbym stąd nie wstawać, mógłbym opowiadać o sobie w nieskończoność, może mi pan dorysować wąsy markerem, a potem obrysować białą kredą, a na grobie chcę napis


umarł na egocentryzm
gdyby żył, to by za sobą tęsknił
Jezu, przyjmij go do nieba,
zrób to dla mnie, stary


    Dobra, ale to nie jest ważne. My minęliśmy damską toaletę, ja i jedna znajoma, i jeden znajomy, i jedna znajoma znajomego, i weszliśmy w tłum. Ludzie tańczyli i produkowali ogromne ilości potu. Człowiek w siedemdziesięciu procentach składa się z wody, czy oni się nie boją, że jak się będą tak pocić, to się zużyją...? Nie cierpię takich miejsc, sam nie wiem, co ja właściwie tam robiłem. Denerwowały mnie te sztuczne uśmiechy, idiotyczny spływający makijaż i jeszcze bardziej idiotyczne małe kolorowe drinki w kieliszkach. I ludzie, którzy pili wódkę z colą. Jasne, o gustach się nie dyskutuje, powinienem uszanować


(DŁUGA LISTA RZECZY DO USZANOWANIA)

Ale co z tego, zamierzam dyskutować, o czymkolwiek, o gustach, zamierzam walczyć, rzucać się i gryźć tych, których poglądy mi nie odpowiadają, dla czystej przyjemności, zachowując komfortowe dla każdego pozory szacunku....


(Ej, Jezusie, jednak nie powinieneś go nigdzie wpuszczać.
Sorry za zamieszanie.)


    Wracając do wódki z colą. Albo pijesz colę, albo wódkę. To decyzja ideologiczna. Albo jesteś księżniczką, albo pracujesz w kopalni, nie możesz tak sobie o włazić w pantofelkach do kopalni. Albo masz dziesięć lat, albo pięćdziesiąt, nie możesz na zmiany. Przepraszam, kochani.
    - Usiądziemy tam – krzyknęła do mnie znajoma. Nie wiem, po co, jeśli za chwilę tam usiądziemy, to tylko mi zepsułaś niespodziankę, złotko; ale w porządku. Kiwnąłem głową, bo, jak już mówiłem, lubię udawać miłego faceta.
     Dostałem SMS – a. Zawsze sprawia mi to pewną przyjemność, bo często oznacza, że osoba, która mogła zadzwonić, jednak tego nie zrobiła, ja nie muszę odbierać, rozmawiać z nią i tak dalej. Treść jednak spodobała mi się mniej, bo Bardzo Ważna Osoba napisała, że coś jest nie tak – czułem, że jest smutna. Nie myślcie sobie, że zasmuciło mnie to, że ona jest smutna; nie mamy połączonych umysłów. Ludzie czasami są smutni – i dobrze, tak powinno być; mógłbym być wręcz zadowolony. A jednak, ja jako posiadacz BWO powinienem odpowiednio zareagować, sprawić, żeby poczuła się lepiej, albo przynajmniej – nie gorzej - i takie tam – a mi to nigdy nie wychodziło. Zawsze mówiłem coś nieodpowiedniego, nie myśląc o tym, że to nieodpowiednie i nieprzyjemne, BWO się na mnie wkurzała, ja w akcie samoobrony wkurzałem się na nią, i w efekcie tych wszystkich cholernych aktów ona czuła się jeszcze gorzej, a ja czułem, że to wszystko przeze mnie.
Dlatego wyciszyłem telefon.

- Cześć, Piotrze; tu Jezus. Wiesz, stoisz na tej bramce tylko dzięki znajomości ze mną; chyba o tym wiesz. To klub mojego ojca, który, nawiasem mówiąc, jest dosyć grubą rybą w tym świecie, bo sam go stworzył. Tak czy inaczej, jest taki koleś. Blondyn, dosyć niski, nazywa się Aleks. Kolczyk w jednym uchu, trochę za duży nos. Jak tutaj przyjdzie, wywal na zbity pysk bez zadawania pytań i powiedz mu, że na samym dole jest impreza w sam raz dla niego.

    Następnie wszedłem w tłum, starając nie myśleć o tym, jakim człowiekiem ja właściwie jestem i jaką świetną przemowę moralizującą bym sobie strzelił, połączoną z moralizującym strzałem w mordę, gdybym tylko nie był sam sobą.
Kobiety, pomimo że się pociły, nadal pachniały świetnie. Faceci pachnieli jak konie. Niech mi ktoś powie, że nie mam wpływu na moją orientację seksualną, błagam, niech ktoś teraz przyjdzie i mi to powie! Seksualną, niech to słowo będzie słowem klucz. Bo pomimo moich jakże racjonalnych, nowoczesnych poglądów związanych ze sprawami tego całego seksu, męczyło mnie nieodparte wrażenie że zupełnie nie mam wpływu na to, kogo kocham.
     Okropnie pomyślane, fatalnie, beznadziejnie. Nie robi mi różnicy, w jakie rejony wyślę swoje plemniki na wycieczkę, ale już ma dla mnie znaczenie, komu będę robił kanapki nawet wtedy, kiedy będę wkurzony i zmęczony. Plemniki, jesteście ważniejsze ode mnie. Co gorsza, można z was zrobić dzieci, które już w ogóle są ważniejsze od czegokolwiek.
     Okropnie pomyślane, fatalnie, beznadziejnie, zrobiłbym to zupełnie inaczej, Boże, słyszysz? Wyzywam cię na pojedynek, kto byłby lepszym Bogiem.
Zacząłem rozmawiać z całym mnóstwem kobiet; lubię kobiety, w pewnym sensie. Lubię je jako hobby, no i doceniam to, że golą nogi, nogi są obszerne terytorialnie, a one i tak je golą. Czarująca strata czasu. Piliśmy alkohol, niszczyliśmy sobie zęby i dziąsła papierosami i różnymi rzekomo leczniczymi roślinkami, niestety z dodatkiem tego nieszczęsnego tytoniu, który bonusowo produkuje miażdżycę. Jedna z moich towarzyszek była wyjątkowo miła, pojechaliśmy do niej do domu. Okazało się, że w łóżku trzyma fioletowego, pluszowego misia, co wydało mi się całkiem sympatyczne i trochę straciłem ochotę na nawiązywanie przelotnej znajomości, przelotnej w sensie przeleć – odleć, odleć - przeleć. Z drugiej strony na półce miała mnóstwo kryminałów i romansów, co wydało mi się bardzo przykrym połączeniem. Jeśli ktoś lubi obywa gatunki, często te romanse mają w sobie odrobinę kryminalnej sensacyjności, kryminały zaś odrobinę naiwnej romantyczności. A to jest jak wódka i Coca Cola – dobre osobno, ale mieszanka jest ideologiczną zbrodnią.
     Obudziłem się rano i popatrzyłem misiowi w oczy. Wydawał się smutny. Mój wyciszony telefon otaczała przygnębiająca aura potencjalnych nieodebranych połączeń, dziewczyna obok spała, a świt za oknem był młody, różowiutki i niewinny jak mały bobas.
- Nuda – powiedziałem, ale nikt oczywiście mi nie odpowiedział. Miałem ochotę w coś wygrać, w cokolwiek, ale wzięcie telefonu do ręki w celu zainstalowania odmóżdżającej gierki było zbyt angażujące emocjonalnie. Zmęczenie, znużenie, zmęczenie, znużenie, paranoja. Miałem ochotę sobie pokrzyczeć, ale wyczuwałem, a raczej wiedziałem, że społeczeństwo z reguły tego nie akceptuje.

JAK ŻYĆ W SPOŁECZEŃSTWIE? KRÓTKI PORADNIK

1. Nie biegaj nago
2. Nie obrażaj ludzi tylko dlatego, że lubią mieszać słodkie napoje z bąbelkami z gorzkimi napojami bez bąbelków
3. Nie wrzeszcz tylko dlatego, że akurat masz na to ochotę
4. Nie wrzeszcz

- Miłuj bliźniego swego. Punkt piąty.
- Posłuchaj, Jezusie, już chyba ustaliliśmy, że się jednak nie dogadamy, tak?
- Zwracasz się do mnie „stary” pomimo to.
- Wybacz. Coś z tym zrobię.

Wstałem.
- Dziewczyno? - zwróciłem się w kierunku kształtu, który spał obok mnie. Poruszyła się nieznacznie.
- Aleksander? - wymruczała.
Poczułem się, jakby dała mi w twarz. Cóż za prostacka demonstracja wyższości i przewagi. Mogła przynajmniej udawać, że też nie pamięta mojego imienia.
- Nie – odparłem złośliwie. - Nie jestem Aleksander i gdzie masz łazienkę?
Odkopała głowę spod kołdry i popatrzyła na mnie, zdumiona. Jasne włosy opadały jej na twarz. Taka rozczochrana przypominała trochę jakieś zwierzątko wyglądające z kryjówki. Ładny kobiecy zapach, którym wcześniej emanowała, trochę się ulotnił. Albo może ja go przytłumiłem brzydkim męskim zapachem, nie wiem.
- Jesteś – odpowiedziała zdziwiona. - Wyjdziesz z sypialni i w prawo... ale może mógłbyś...
     Wyszedłem. Czułem się naprawdę urażony. Pierwsze primo pamiętała moje imię, drugie primo przyznała się do tego, a trzecie nadal primo próbowała mi wcisnąć, że się nazywam tak, jak się nazywam. Nie znoszę takich ludzi. Co mogło dziać się w jej głowie? Pewnie jedna wielka kotłująca się mieszanina słodkiej Coca – Coli i bardzo brutalnych kryminalnych wątków. Obrzydliwe, wyżerające białko, okrutne, irytujące.
     Wszedłem do zastawionego kosmetykami pomieszczenia. Więc tak to robią. W ten sposób produkują zapach.
      Zacząłem przyglądać się temu, co stało na półkach. Krem do stóp, krem do twarzy na dzień, krem do rąk, nawilżający. Szampon zwykły i szampon suchy, odżywka do włosów i odżywka do włosów bez spłukiwania. Mydło i żel pod prysznic, żel z dodatkiem algi morskiej i aloesu, mydło malinowe. Perfumy. Dezodorant, który nie zostawia plam na czarnym i białym. Szminka, fluid, podkład, puder, kredka do oczu i pomada do brwi. Doskonała kolekcja.
     Opłukałem twarz wodą i popatrzyłem na siebie w lustrze. Tej ostatniej czynności szczerze nie znoszę. Zawsze zaczynam się wtedy zastanawiać, na kogo właściwie patrzę i zawsze dochodzę do jakichś wniosków, do których nie lubię dochodzić.
     Użyłem kilku jej kosmetyków, bo właściwie czemu i nie, to nie będzie dla niej żadna większa strata – i tak mnie już nigdy w życiu nie zobaczy. Która właściwie mogła być godzina?
Wyszedłem z łazienki trochę odświeżony.
- Aleks? - zawołała dziewczyna (jestem pewien, że pamiętałbym jej imię, gdyby tylko mnie tak nie rozproszyła tym, że ona pamiętała moje).
- Nie rozmawiaj ze mną – odkrzyknąłem. - To bez sensu!
Stała w sypialni, ubrana w skąpą piżamkę. Moje oświadczenie sprawiło, że jej usta ułożyły się w literkę „o”.
- Nie znamy się, nie lubimy się, nie potrzebujemy się – wyrecytowałem poważnie, jakby to były założenia jakiegoś dziwnego zakonu. - Na zewnątrz świeci słońce. Wyjście z twojego mieszkania to nieporównywalnie lepsza opcja, niż branie kolejnej dawki niezręczności.
- Przesadzasz trochę – powiedziała ona. Nie byłem pewien, co dokładnie ma na myśli. Założyłem kurtkę i buty.
- No to cześć! - zawołałem. Ona wyglądała, jakby dalej nie całkiem rozumiała, co się dzieje. Poczułem ulgę; najwyraźniej nie zamierzała naciskać na jakiekolwiek dalsze kontakty.
Zszedłem schodami w dół, wyszedłem z klatki schodowej, a moja ulga rosła w miarę oddalania się od mieszkania bezimiennej. Kiedy byłem już kilka ulic dalej, prysnęła zupełnie, ustępując miejsca absolutnemu znużeniu i frustracji. To były moje uczucia bazowe, mój stan neutralny, moje ustawienia domyślne. Słońce grzało wręcz odrobinę za mocno. Przyroda robiła to, co zawsze – wiecie, latające ptaszki, drzewa z liśćmi i te sprawy. Włożyłem w uszy słuchawki.


- Cześć, Jezu, wiem, że tam na dole to konkurencyjny klub, ale może mimo wszystko zabawa jest lepsza niż tutaj?


Szedłem szybko, by móc zwolnić kroku podczas mijania budki z tanim żarciem. Krzykliwe plakaty, okropne zdjęcia tłustych frytek, a w menu tylko i wyłącznie dania mogące przyprawić o cukrzycę, nadciśnienie i cholesterol. Czy ja wziąłem od tamtej dziewczyny telefon? To znaczy: mój telefon?
Kiedy tylko przyszło mi na myśl, że mógłbym musieć tam wrócić z tak głupiego powodu, przeszedł mnie dreszcz. Naprawdę. Romantyczny dramatyczny zimny dreszcz w ciepły dzień.
     Mój wzrok padł ponownie na budę z fast foodem.
Aleksander, musimy rozważyć pewną kwestię.
Czy zamierzasz się zabić? Zginąć w wypadku? Przypadkiem spłonąć żywcem? Jeśli tak, to kiedy?
Bo jeśli tak. Jeśli tak, to możesz teraz zjeść hamburgera. Dodałem notatkę w telefonie z opisem „Dzisiaj umieram” po czym śmiałym, pewnym krokiem ruszyłem po moją dawkę zwierzęcego tłuszczu, konserwantów, ulepszaczy smaku, barwników, aromatów i całej reszty szalenie szkodliwej chemii.

środa, 14 czerwca 2017

Upadek obyczajów

Nie dało się spać. Ta opcja została zupełnie wyłączona.
       Przewracałam się więc tylko z boku na bok, zwijałam w różne kształty, odkrywałam i przykrywałam, zupełnie bezcelowo. Sen nie chciał się uruchomić. Kiedy zamykałam oczy, miałam wrażenie, że moje ciało jest nieprzyjemnie ciężkie, że wszystko dookoła jest za gorące (poza moimi stopami, w stopy zawsze zimno...) a w głowie dźwięczała mi prosta, rytmiczna piosenka dla dzieci. 
         Nigdy nie słyszałam jej we właściwym tempie, raz była dziwnie powolna, raz mocno przyśpieszona, na zmiany.
        Wyobraziłam sobie siebie od góry i od boku i od dołu, rozłożoną na łóżku. Wyobraziłam sobie roztocza buszujące po pokoju. Wyobraziłam sobie, jak światła zza okna przesuwają się po moim suficie – białe i żółte kształty, pojawiające się wtedy, kiedy przejeżdżał samochód. Jakaś kobieta coś krzyknęła – mogło to być imię psa, tak brzmiało.
        I wtedy, jakby w odpowiedzi, usłyszałam inny krzyk. Przejmujący i przeraźliwy. Dobiegał zza ściany.
        Leżałam jeszcze przez chwilę, pozwalając moim myślom ulotnić się stopniowo z głowy. Roztocza, światła i dźwięki piosenki zanikły powoli, pozostawiając mój umysł czysty i nieskażony.
         Podniosłam się. Rozprostowanie mokrego od potu ciała było pewną ulgą. Dlaczego właściwie pocę się, gdy próbuję zasnąć, czy to jest jakiś wysiłek fizyczny?
        Oczywiście natychmiast nadciągnęła fala senności, każąca mi natychmiast wracać do łóżka, och tak, do łóżka, aby spędzić tam kolejne bezsensowne godziny. Czy nie wiesz o tym, mój mózgu? Domagasz się snu, ale nie umiem przecież ci go dać. Tylko zmarnujemy czas, leżąc.
          Rozległ się kolejny głośny krzyk i trochę się rozbudziłam. Kochany odbiorco, ten krzyk brzmiał, jakby mój szanowny sąsiad co najmniej po kolei wyrywał owej pani rzęsy pęsetką. Powiedziałabym, że w najgorszym razie ją mordował, ale mógł przecież robić coś gorszego i bardziej pomysłowego, niż po prostu ją zabijać, prawda?
         Podeszłam do drzwi. Jakie to było surrealistyczne, zimna podłoga pod stopami, nieosiągalna potrzeba snu – i te wrzaski! Dziecinna piosenka znów rozbrzmiała mi w głowie, być może podejmując marną próbę uspokojenia mnie.
- Ciii – nakazałam jej.
Pewnie myślisz, że to dziwne, że nadal nie przyjechała policja. Że nikt nie walił w drzwi tamtego mieszkania. Że nikt nie poszedł sprawdzić, co się dzieje.
         Zabawne jest to, że zapewne za progiem każdego mieszkania kuliła się osoba myśląca dokładnie tak samo. To by było dziwne, gdyby nikt nie zareagował. Nie będę dzwonić na policję, na pewno już ktoś dzwonił. Jeśli zacznę działać, mogę coś zepsuć. A przecież jest tylu ludzi dookoła.
        Miałam zatem pewność, że nikt nie próbuje nic zrobić. Co więcej – ja również nie zamierzałam natychmiast wzywać policji. Mogłabym to zrobić w zupełnie innych czasach, dawnych czasach, kiedy jeszcze sypiałam. Dzisiaj nie otrzymałam swojej porcji normalności w postaci odpowiedniej dawki snu, nie mogłam zatem reagować zupełnie normalnie i właściwie. Przyznaj, że to byłoby nielogiczne, niewłaściwe, wręcz niesprawiedliwe, przeczące ideałom, jakie przedstawia nam się w czasach przedszkolnych.
         Założyłam zatem szlafrok i wyszłam na klatkę schodową. Miała świetną akustykę. Szarawe ściany, niczym znudzone dzieciaki, odbijały dźwięk jedna do drugiej, tak, że głos kobiety zagościł w każdym zakamarku budynku. Tak, że żaden z sąsiadów nie mógłby już z czystym sumieniem powiedzieć „Nie wiedziałem, że robił jej krzywdę; spałem i nie słyszałem niczego”.
         Zapaliłam światło i ruszyłam w kierunku wiadomych drzwi. Mój czas był ograniczony – po pewnym czasie lampy po prostu gasły, a nie chciałam znaleźć się tutaj sama w ciemnościach, nie wiedząc, co się dzieje. To było jedyne, czego było mi trzeba – wiedza.
         No i kofeina. Mnóstwo kofeiny, tauryny, pseudoefedryny, rozmaitych substancji stawiających na nogi po ciężkiej nocy.
        Nacisnęłam na klamkę.
Drzwi były zamknięte, naturalnie. Kto morduje przy otwartych? Zabijanie to czynność podobna do oddawaniu moczu. Człowiek potrzebuje prywatności i zwykle nie pokazuje światu efektów, w przeciwieństwie do zwierzęcia.
        Cóż mi pozostało? Światło wreszcie automatycznie zgasło, pozostawiając mnie w niewiedzy i ciemności. Zrobiłam zatem jedyną rozsądną rzecz, jaką mogłam, chyba się ze mną zgodzisz – zapukałam.
        Drzwi otworzyły się dosyć szybko.
Stanął w nich Mój Sąsiad, od tej pory nazywany Mordercą (zakładam, że słusznie). Jeśli masz ochotę, mogę utworzyć zdrobnienie: jeśli powiem po prostu „Mor”, będziesz wiedział o kogo chodzi.
        Nie był to mężczyzna zbyt atrakcyjny, ale bardzo zadbany. Niewysoki, ubrany w marynarkę, lekko otyły, o przyczesanych do tyłu siwiejących włosach. Pod szyją miał muszkę pasującą do czarującego mężczyzny.
- Och, a jednak ktoś zajrzał – powiedział takim tonem, jakby ucieszył go mój widok. Bardzo miłe. - Niestety, jest zbyt późno – kontynuował tym samym uprzejmym tonem głosu. - Niezmiernie mnie cieszy pani wizyta, oczywiście, ale jest trochę za późno – po pierwsze w kontekście godziny, proszę na przyszłość odwiedzać mnie wcześniej. Po drugie, i całkiem możliwe, iż dla pani ważniejsze – w kontekście życia owej krzykliwej niewiasty. Albowiem gdy usłyszałem pani pukanie, musiałem pospiesznie zadać jej ostateczny cios nożem, aby ją uciszyć – przykra sprawa. Obecnie nie żyje, że tak powiem, całkowicie. Leży i stygnie, mam na myśli. Uprzednio wierzgała i szarpała się jak oszalała, obecnie jednak jest już jedynie, cóż, n a w o z e m o r g a n i c z n y m, rozumie pani, pokarmem dla robaków, ogólnie – częścią ekosystemu. To znaczy będzie, gdy ją zakopię. Proszę mi powiedzieć, czemu zawdzięczam tak późną wizytę?
- Nie mogę spać – powiedziałam.
- A ja morduję ludzi – wyznał z zakłopotaniem, tak jakbym miała jeszcze jakieś wątpliwości. - Ach ach, krępujące problemy, na które nawet nie można kupić leków w pierwszym lepszym markecie! Pomyśli pani – o leki na nietrzymanie moczu czy ból głowy o wiele łatwiej, niż o leki nasenne albo tłumiące ów szczególny rodzaj agresji. Zupełnie, jakby czyjś mokry materac i boląca głowa były ważniejszymi problemami, niż morderstwa, dajmy na to. Co to się stało ze społeczeństwem, czy ludzkie życie nie przedstawia już sobą żadnej wartości, ja się pytam? Znieczulica społeczna i zanik wartości, ot, co nam dolega. Ale, ale – zmitygował się – Nie stójmy w progu. Cóż ze mnie za gospodarz!
        Przesunął się, robiąc mi miejsce w drzwiach. Czarujący człowiek.
Korytarz pokrywała lekko podstarzała tapeta w różyczki. Było przyjemnie czysto; pachniało odświeżaczem powietrza i nieco krwią – lekko zaskoczył mnie ten pierwszy aromat.
- Proszę, proszę – powiedział. Zamknął drzwi od jednego z pokoi i uśmiechnął się przepraszająco. - Bałagan – wyjaśnił – Rzucała się.
          Weszliśmy zatem do kuchni. Była niewielka, ale przytulna. Na ścianie wisiały w ramkach obrazki – zdjęcie pieczarek, kwiatu magnolii, oraz Mordercy z hipotetyczną wnuczką. Umyte garnki wisiały grzecznie na swoich haczykach, blaty wyraźnie zostały niedawno przemyte, podobnie jak podłoga. Okno było uchylone i wpuszczało świeże powietrze wraz z cichymi dźwiękami nocnej ulicy.
- Pije pani coś?
- Wino, herbatę, sok porzeczkowy – wymieniłam.
Skinął głową i nastawił czajnik.
- Więc, jak mówiłem, fatalne czasy – zagaił. - Zgodzi się pani ze mną?
- Tak. Nie śpię prawie od tygodnia i nie mam co z tym zrobić.
Pokręcił głową ze współczuciem.
- Fatalnie, fatalnie. Można by rzec: bardzo niekomfortowo. Lubi pani żarty?
- Słucham?
- Żarty, dowcipy.
- Nie. Ale dzisiaj chciałabym posłuchać.
- W porządku. Zatem był pewnego razu diabeł. Chodził po Ziemi i sprowadzał zło, rozumie pani.
- Tak.
- I na swojej drodze natrafił w pewnym momencie... och, nie, zaraz, to trochę rasistowskie. Jakby się tak zastanowić, większość dowcipów jest zupełnie nieodpowiednia.
- Oczywiście.
- To fatalne. Myślę, że pani to rozumie – pani, która przyszła do mnie w szlafroku. W szlafroku, nie piżamie! Tak, jak należało. Nie wypada pokazywać się mężczyźnie w piżamie, tudzież koszuli nocnej.
- Bardzo pan przekonujący.
Zaśmiał się skromnie, stawiając przede mną herbatę. Obok niej leżało małe ciasteczko, niczym w kawiarni.
- Czy ja wiem. Proszę liczyć barany.
- Słucham?
- Na problemy ze snem.
- Czy to pomoże?
- Nie, ale przynajmniej będzie miała pani świadomość, że pani spróbowała, prawda?
- No tak. Tak, oczywiście.
Napiłam się herbaty. Była gorąca i gorzka.
- Może pani powiedzieć u jakiegoś specjalisty, że próbowała pani coś z tym robić. Ale nic nie pomogło.
- Oczywiście, racja.
Chwilę przed tym, zanim dopiłam herbatę, on powiedział:
- A zatem pora na panią. Nie wypada, by kobieta spędzała tyle czasu w nocy w mieszkaniu obcego mężczyzny. Mogą nas posądzić o upadek obyczajów i brak moralności.
Jaki on był błyskotliwy...!
- Więc dziękuję bardzo za herbatę.
Skinął głową, a ja ruszyłam do drzwi, spokojniejsza. Miałam nadzieję, że nie będzie musiał iść do więzienia – z jakim zepsuciem musiałby się wówczas spotkać, to nie do pomyślenia...! Taki człowiek jak on. O nie, Bóg nie jest tak niesprawiedliwy.
- Do widzenia panu – powiedziałam.
- Do widzenia – odrzekł.
Gdy znalazłam się na klatce schodowej, światło już się paliło. Zza drzwi wychyliła się głowa.
- To psychopata, prawda? - szepnęła konspiracyjnie, nie ukazując się nawet w całości.
- Och, możliwe – odparłam. - Z kolei ja bardzo źle śpię.

sobota, 27 maja 2017

Przerost formy nad domem i flory nad treścią

Anu był znudzony do granic możliwości.
         Patrząc na całą tę sprawę obiektywnie, wcale nie miał jakichś naprawdę dobrych powodów do bycia znudzonym. Niewątpliwie mniejsze, niż na przykład więzień, marynarz albo kasjerka – a jednak. Wszystkie aktywności, za jakie się zabierał w przypływie heroicznej potrzeby walki ze znudzeniem, wydawały się wyjątkowo jałowe, nużące, w gruncie rzeczy nieistotne dla nikogo. Rzeczy się stają, idee istnieją, powiedział Platon. Albo, innymi słowy: wszystko chuj. Anu męczył się, obserwując czerwone wnętrze własnego pokoju, szarawe wnętrze własnej głowy, oraz wszelkie „wnętrza” na jakie natrafiał. Najbardziej ludzkie. Mówiono mu kiedyś, kiedy był mały, że one są najważniejsze; że nie wolno oceniać człowieka po pozorach, że nie można przejmować się wyglądem – tak naprawdę były to cholernie niepraktyczne rady. Znał całkiem sporo ładnych ludzi, którym miło było się przyjrzeć i prawie żadnego interesującego. Pieprzone umoralniające ideały, które utrudniają życie. „Dobrzy to ci, którzy zadowalają się marzeniem o tym, co źli rzeczywiście robią”, powiedział jeszcze Platon. Beznadziejnie to wymyślili.
        Oczywiście Anu nie mógł pogrążyć się w idealnym braku działania, jak roślina. Chociaż dążył do tego. Wykonywał mnóstwo małych czynności tak powoli, jak tylko się dało – przygotowywał proste potrawy, oglądał nieangażujące filmy, układał w szafach, dzwonił do swoich nudnych znajomych i odbywał z nimi nudne pogawędki. Po jego głowie krążyły niejasne myśli i pomysły pełne rozmaitych celów i ambicji, ale realizacja ich była zdecydowanie poza jego zasięgiem.
         Zmiana nastała, kiedy na jego parapecie wyrosła roślinka.
Na parapecie w sensie dosłownym. Za oknem, w małej szparze wypełnionej ziemią. Nigdy takiej nie widział. Zielone, nieduże, gładkie listki, przedzielone na pół podłużną kreską. Wyglądała sympatycznie.
- Cześć – powiedział Anu.
        Następnego dnia ją trochę podlał.
Po dwóch kolejnych zauważył, że bracia jego małej roślinki rosną poniżej parapetu, i stopniowo zaczynają wspinać po ścianach domu. Może się stęsknili.
        To była zmiana.
Anu, rozmawiając ze wszystkimi nudziarzami, którzy nazbierali się przez całe życie, nieustannie zastanawiał się, co u jego roślinek. Rosną? Pną się wyżej? A co, jeśli uschły?
        Roślinki jednak były niezniszczalne. Rosły w siłę i potęgę, wspinając się odważnie powyżej parapetu. Cieszył się ich szczęściem i sukcesami, nie przejmując się, że nie ma zbyt wielu własnych.
Niebawem zaczęły zasłaniać okno. Anu obudził się, a jego pokój pływał w zieleni, nie do końca jasnej, nie do końca ciemnej, pełnej świetlnych refleksów. Zupełnie, jakby śpiąc, zamienił się w rybę żyjącą w akwarium.
- Cześć – przywitał się sennie z roślinkami. Pachniały przyjemnie, jak jakiś kosmetyk – szampon albo mydło. Postanowił nie ruszać się z domu. W pokoju – akwarium dawne czynności odzyskały swój urok – zieleń przytłumiła czerwień, inspiracja wróciła. Trwał tak przez parę tygodni, w szczęśliwej symbiozie z organicznym światem. Znajomi usiłowali dobić się do niego, przerażeni perspektywą niemożliwości zanudzania go. Dzwonili, wysyłali wiadomości, on jednak był przyjemnie głuchy na te próby wciągnięcia go z powrotem do starego życia. Czuł się świeży, zadowolony i aspołeczny. Irytowały go wszelkie próby nawiązywania przyjacielskiej relacji.
        Aż wreszcie roślinki zaczęły otwierać okna. Nie zaskoczyło go to specjalnie – był bardzo senny. W końcu to się stało w nocy. A może nie? Roślinna zasłona zgęstniała na tyle, że zazwyczaj było ciemno.
        Tak czy inaczej, jasnozielone pędy, podobne do palców, wciskały się pod framugi i ciągnęły mocno do siebie. Następnie wpełzały powstałymi szparami, układały się w różnych miejscach pokoju, w tym także na nim – i zasypiały.
- Dobranoc – powiedział im, otumaniony i śpiący.
        Rano był nimi cały opleciony, niczym dziwaczny druid. Miał wrażenie, że nucą coś cichutko, coś o Indianach. Telefon zarósł cały, tak, że nawet nie miał możliwości go odebrać.
        Zaniepokoiło go lekko to wszystko. Lubił jednak swoich towarzyszy i nie zamierzał ich przepędzać. Wątpliwości nabrał dopiero, kiedy okazało się, że nie może wziąć kąpieli, bo wanna jest zbyt zarośnięta. Cóż, na szczęście roślinki również ładnie pachniały, nawet przyjemniej, niż jego mydło, owinął się więc nimi i uznał, że to wystarczy - i tak obecnie wychodził jedynie po zakupy. W gruncie rzeczy w ten sposób również ubrania stawały się zbędne. Niesamowicie praktyczne. Platon powiedział coś takiego, coś o istnieniu idei – zatem nie liczy się ubranie, tylko idea ubrania. Chyba o to mu chodziło. A skoro o to chodziło Platonowi, to kim był Anu, żeby się wykłócać...?
         A zatem roślinki rosły dalej. Rosły, a może przemieszczały się? Było zbyt ciemno, żeby ocenić. Mężczyzna żył w nieokreślonym, pachnącym gąszczu, w którym zgubiło się pojęcie czasu i logiki. Jego przyjaciele zaczęli wgryzać się w ściany, chociaż nigdy by nie podejrzewał, że to potrafią. Telefon dzwonił coraz rzadziej, a jeśli już ktoś go czasami odbierał, to tylko rośliny.
        Nie nudził się już; nie pamiętał już pojęcia nudy. Wiele pojęć wyleciało mu z głowy, był zbyt zajęty, by je pamiętać.
         Oczywiście i ten okres musiał się wreszcie skończyć. A było to zakończenie spektakularne i widowiskowe – wielki huk, kiedy dom pękał na pół pod naporem roślin, uciszył dzwoniące telefony raz na zawsze.