Anu był znudzony do granic możliwości.
Patrząc na całą tę sprawę
obiektywnie, wcale nie miał jakichś naprawdę dobrych powodów do
bycia znudzonym. Niewątpliwie mniejsze, niż na przykład więzień,
marynarz albo kasjerka – a jednak. Wszystkie aktywności, za jakie
się zabierał w przypływie heroicznej potrzeby walki ze znudzeniem,
wydawały się wyjątkowo jałowe, nużące, w gruncie rzeczy
nieistotne dla nikogo. Rzeczy się stają, idee istnieją, powiedział
Platon. Albo, innymi słowy: wszystko chuj. Anu męczył się,
obserwując czerwone wnętrze własnego pokoju, szarawe wnętrze
własnej głowy, oraz wszelkie „wnętrza” na jakie natrafiał.
Najbardziej ludzkie. Mówiono mu kiedyś, kiedy był mały, że one
są najważniejsze; że nie wolno oceniać człowieka po pozorach, że
nie można przejmować się wyglądem – tak naprawdę były to
cholernie niepraktyczne rady. Znał całkiem sporo ładnych ludzi,
którym miło było się przyjrzeć i prawie żadnego interesującego.
Pieprzone umoralniające ideały, które utrudniają życie. „Dobrzy
to ci, którzy zadowalają się marzeniem o tym, co źli rzeczywiście
robią”, powiedział jeszcze Platon. Beznadziejnie to wymyślili.
Oczywiście Anu nie mógł pogrążyć
się w idealnym braku działania, jak roślina. Chociaż dążył do
tego. Wykonywał mnóstwo małych czynności tak powoli, jak tylko
się dało – przygotowywał proste potrawy, oglądał nieangażujące
filmy, układał w szafach, dzwonił do swoich nudnych znajomych i
odbywał z nimi nudne pogawędki. Po jego głowie krążyły niejasne
myśli i pomysły pełne rozmaitych celów i ambicji, ale realizacja
ich była zdecydowanie poza jego zasięgiem.
Zmiana nastała, kiedy na jego
parapecie wyrosła roślinka.
Na parapecie w sensie dosłownym. Za
oknem, w małej szparze wypełnionej ziemią. Nigdy takiej nie
widział. Zielone, nieduże, gładkie listki, przedzielone na pół
podłużną kreską. Wyglądała sympatycznie.
- Cześć – powiedział Anu.
Następnego dnia ją trochę podlał.
Po dwóch kolejnych zauważył, że
bracia jego małej roślinki rosną poniżej parapetu, i stopniowo
zaczynają wspinać po ścianach domu. Może się stęsknili.
To była zmiana.
Anu, rozmawiając ze wszystkimi
nudziarzami, którzy nazbierali się przez całe życie, nieustannie
zastanawiał się, co u jego roślinek. Rosną? Pną się wyżej? A
co, jeśli uschły?
Roślinki jednak były niezniszczalne.
Rosły w siłę i potęgę, wspinając się odważnie powyżej
parapetu. Cieszył się ich szczęściem i sukcesami, nie przejmując
się, że nie ma zbyt wielu własnych.
Niebawem zaczęły zasłaniać okno.
Anu obudził się, a jego pokój pływał w zieleni, nie do końca
jasnej, nie do końca ciemnej, pełnej świetlnych refleksów.
Zupełnie, jakby śpiąc, zamienił się w rybę żyjącą w
akwarium.
- Cześć – przywitał się sennie z
roślinkami. Pachniały przyjemnie, jak jakiś kosmetyk – szampon
albo mydło. Postanowił nie ruszać się z domu. W pokoju –
akwarium dawne czynności odzyskały swój urok – zieleń
przytłumiła czerwień, inspiracja wróciła. Trwał tak przez parę
tygodni, w szczęśliwej symbiozie z organicznym światem. Znajomi
usiłowali dobić się do niego, przerażeni perspektywą
niemożliwości zanudzania go. Dzwonili, wysyłali wiadomości, on
jednak był przyjemnie głuchy na te próby wciągnięcia go z
powrotem do starego życia. Czuł się świeży, zadowolony i
aspołeczny. Irytowały go wszelkie próby nawiązywania
przyjacielskiej relacji.
Aż wreszcie roślinki zaczęły
otwierać okna. Nie zaskoczyło go to specjalnie – był bardzo
senny. W końcu to się stało w nocy. A może nie? Roślinna zasłona
zgęstniała na tyle, że zazwyczaj było ciemno.
Tak czy inaczej, jasnozielone pędy,
podobne do palców, wciskały się pod framugi i ciągnęły mocno do
siebie. Następnie wpełzały powstałymi szparami, układały się w
różnych miejscach pokoju, w tym także na nim – i zasypiały.
- Dobranoc – powiedział im,
otumaniony i śpiący.
Rano był nimi cały opleciony, niczym
dziwaczny druid. Miał wrażenie, że nucą coś cichutko, coś o
Indianach. Telefon zarósł cały, tak, że nawet nie miał
możliwości go odebrać.
Zaniepokoiło go lekko to wszystko.
Lubił jednak swoich towarzyszy i nie zamierzał ich przepędzać.
Wątpliwości nabrał dopiero, kiedy okazało się, że nie może
wziąć kąpieli, bo wanna jest zbyt zarośnięta. Cóż, na
szczęście roślinki również ładnie pachniały, nawet
przyjemniej, niż jego mydło, owinął się więc nimi i uznał, że
to wystarczy - i tak obecnie wychodził jedynie po zakupy. W gruncie
rzeczy w ten sposób również ubrania stawały się zbędne.
Niesamowicie praktyczne. Platon powiedział coś takiego, coś o
istnieniu idei – zatem nie liczy się ubranie, tylko idea ubrania.
Chyba o to mu chodziło. A skoro o to chodziło Platonowi, to kim był
Anu, żeby się wykłócać...?
A zatem roślinki rosły dalej. Rosły,
a może przemieszczały się? Było zbyt ciemno, żeby ocenić.
Mężczyzna żył w nieokreślonym, pachnącym gąszczu, w którym
zgubiło się pojęcie czasu i logiki. Jego przyjaciele zaczęli
wgryzać się w ściany, chociaż nigdy by nie podejrzewał, że to
potrafią. Telefon dzwonił coraz rzadziej, a jeśli już ktoś go
czasami odbierał, to tylko rośliny.
Nie nudził się już; nie pamiętał
już pojęcia nudy. Wiele pojęć wyleciało mu z głowy, był zbyt
zajęty, by je pamiętać.
Oczywiście i ten okres musiał się
wreszcie skończyć. A było to zakończenie spektakularne i
widowiskowe – wielki huk, kiedy dom pękał na pół pod naporem
roślin, uciszył dzwoniące telefony raz na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz