sobota, 27 maja 2017

Przerost formy nad domem i flory nad treścią

Anu był znudzony do granic możliwości.
         Patrząc na całą tę sprawę obiektywnie, wcale nie miał jakichś naprawdę dobrych powodów do bycia znudzonym. Niewątpliwie mniejsze, niż na przykład więzień, marynarz albo kasjerka – a jednak. Wszystkie aktywności, za jakie się zabierał w przypływie heroicznej potrzeby walki ze znudzeniem, wydawały się wyjątkowo jałowe, nużące, w gruncie rzeczy nieistotne dla nikogo. Rzeczy się stają, idee istnieją, powiedział Platon. Albo, innymi słowy: wszystko chuj. Anu męczył się, obserwując czerwone wnętrze własnego pokoju, szarawe wnętrze własnej głowy, oraz wszelkie „wnętrza” na jakie natrafiał. Najbardziej ludzkie. Mówiono mu kiedyś, kiedy był mały, że one są najważniejsze; że nie wolno oceniać człowieka po pozorach, że nie można przejmować się wyglądem – tak naprawdę były to cholernie niepraktyczne rady. Znał całkiem sporo ładnych ludzi, którym miło było się przyjrzeć i prawie żadnego interesującego. Pieprzone umoralniające ideały, które utrudniają życie. „Dobrzy to ci, którzy zadowalają się marzeniem o tym, co źli rzeczywiście robią”, powiedział jeszcze Platon. Beznadziejnie to wymyślili.
        Oczywiście Anu nie mógł pogrążyć się w idealnym braku działania, jak roślina. Chociaż dążył do tego. Wykonywał mnóstwo małych czynności tak powoli, jak tylko się dało – przygotowywał proste potrawy, oglądał nieangażujące filmy, układał w szafach, dzwonił do swoich nudnych znajomych i odbywał z nimi nudne pogawędki. Po jego głowie krążyły niejasne myśli i pomysły pełne rozmaitych celów i ambicji, ale realizacja ich była zdecydowanie poza jego zasięgiem.
         Zmiana nastała, kiedy na jego parapecie wyrosła roślinka.
Na parapecie w sensie dosłownym. Za oknem, w małej szparze wypełnionej ziemią. Nigdy takiej nie widział. Zielone, nieduże, gładkie listki, przedzielone na pół podłużną kreską. Wyglądała sympatycznie.
- Cześć – powiedział Anu.
        Następnego dnia ją trochę podlał.
Po dwóch kolejnych zauważył, że bracia jego małej roślinki rosną poniżej parapetu, i stopniowo zaczynają wspinać po ścianach domu. Może się stęsknili.
        To była zmiana.
Anu, rozmawiając ze wszystkimi nudziarzami, którzy nazbierali się przez całe życie, nieustannie zastanawiał się, co u jego roślinek. Rosną? Pną się wyżej? A co, jeśli uschły?
        Roślinki jednak były niezniszczalne. Rosły w siłę i potęgę, wspinając się odważnie powyżej parapetu. Cieszył się ich szczęściem i sukcesami, nie przejmując się, że nie ma zbyt wielu własnych.
Niebawem zaczęły zasłaniać okno. Anu obudził się, a jego pokój pływał w zieleni, nie do końca jasnej, nie do końca ciemnej, pełnej świetlnych refleksów. Zupełnie, jakby śpiąc, zamienił się w rybę żyjącą w akwarium.
- Cześć – przywitał się sennie z roślinkami. Pachniały przyjemnie, jak jakiś kosmetyk – szampon albo mydło. Postanowił nie ruszać się z domu. W pokoju – akwarium dawne czynności odzyskały swój urok – zieleń przytłumiła czerwień, inspiracja wróciła. Trwał tak przez parę tygodni, w szczęśliwej symbiozie z organicznym światem. Znajomi usiłowali dobić się do niego, przerażeni perspektywą niemożliwości zanudzania go. Dzwonili, wysyłali wiadomości, on jednak był przyjemnie głuchy na te próby wciągnięcia go z powrotem do starego życia. Czuł się świeży, zadowolony i aspołeczny. Irytowały go wszelkie próby nawiązywania przyjacielskiej relacji.
        Aż wreszcie roślinki zaczęły otwierać okna. Nie zaskoczyło go to specjalnie – był bardzo senny. W końcu to się stało w nocy. A może nie? Roślinna zasłona zgęstniała na tyle, że zazwyczaj było ciemno.
        Tak czy inaczej, jasnozielone pędy, podobne do palców, wciskały się pod framugi i ciągnęły mocno do siebie. Następnie wpełzały powstałymi szparami, układały się w różnych miejscach pokoju, w tym także na nim – i zasypiały.
- Dobranoc – powiedział im, otumaniony i śpiący.
        Rano był nimi cały opleciony, niczym dziwaczny druid. Miał wrażenie, że nucą coś cichutko, coś o Indianach. Telefon zarósł cały, tak, że nawet nie miał możliwości go odebrać.
        Zaniepokoiło go lekko to wszystko. Lubił jednak swoich towarzyszy i nie zamierzał ich przepędzać. Wątpliwości nabrał dopiero, kiedy okazało się, że nie może wziąć kąpieli, bo wanna jest zbyt zarośnięta. Cóż, na szczęście roślinki również ładnie pachniały, nawet przyjemniej, niż jego mydło, owinął się więc nimi i uznał, że to wystarczy - i tak obecnie wychodził jedynie po zakupy. W gruncie rzeczy w ten sposób również ubrania stawały się zbędne. Niesamowicie praktyczne. Platon powiedział coś takiego, coś o istnieniu idei – zatem nie liczy się ubranie, tylko idea ubrania. Chyba o to mu chodziło. A skoro o to chodziło Platonowi, to kim był Anu, żeby się wykłócać...?
         A zatem roślinki rosły dalej. Rosły, a może przemieszczały się? Było zbyt ciemno, żeby ocenić. Mężczyzna żył w nieokreślonym, pachnącym gąszczu, w którym zgubiło się pojęcie czasu i logiki. Jego przyjaciele zaczęli wgryzać się w ściany, chociaż nigdy by nie podejrzewał, że to potrafią. Telefon dzwonił coraz rzadziej, a jeśli już ktoś go czasami odbierał, to tylko rośliny.
        Nie nudził się już; nie pamiętał już pojęcia nudy. Wiele pojęć wyleciało mu z głowy, był zbyt zajęty, by je pamiętać.
         Oczywiście i ten okres musiał się wreszcie skończyć. A było to zakończenie spektakularne i widowiskowe – wielki huk, kiedy dom pękał na pół pod naporem roślin, uciszył dzwoniące telefony raz na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz