środa, 14 czerwca 2017

Upadek obyczajów

Nie dało się spać. Ta opcja została zupełnie wyłączona.
       Przewracałam się więc tylko z boku na bok, zwijałam w różne kształty, odkrywałam i przykrywałam, zupełnie bezcelowo. Sen nie chciał się uruchomić. Kiedy zamykałam oczy, miałam wrażenie, że moje ciało jest nieprzyjemnie ciężkie, że wszystko dookoła jest za gorące (poza moimi stopami, w stopy zawsze zimno...) a w głowie dźwięczała mi prosta, rytmiczna piosenka dla dzieci. 
         Nigdy nie słyszałam jej we właściwym tempie, raz była dziwnie powolna, raz mocno przyśpieszona, na zmiany.
        Wyobraziłam sobie siebie od góry i od boku i od dołu, rozłożoną na łóżku. Wyobraziłam sobie roztocza buszujące po pokoju. Wyobraziłam sobie, jak światła zza okna przesuwają się po moim suficie – białe i żółte kształty, pojawiające się wtedy, kiedy przejeżdżał samochód. Jakaś kobieta coś krzyknęła – mogło to być imię psa, tak brzmiało.
        I wtedy, jakby w odpowiedzi, usłyszałam inny krzyk. Przejmujący i przeraźliwy. Dobiegał zza ściany.
        Leżałam jeszcze przez chwilę, pozwalając moim myślom ulotnić się stopniowo z głowy. Roztocza, światła i dźwięki piosenki zanikły powoli, pozostawiając mój umysł czysty i nieskażony.
         Podniosłam się. Rozprostowanie mokrego od potu ciała było pewną ulgą. Dlaczego właściwie pocę się, gdy próbuję zasnąć, czy to jest jakiś wysiłek fizyczny?
        Oczywiście natychmiast nadciągnęła fala senności, każąca mi natychmiast wracać do łóżka, och tak, do łóżka, aby spędzić tam kolejne bezsensowne godziny. Czy nie wiesz o tym, mój mózgu? Domagasz się snu, ale nie umiem przecież ci go dać. Tylko zmarnujemy czas, leżąc.
          Rozległ się kolejny głośny krzyk i trochę się rozbudziłam. Kochany odbiorco, ten krzyk brzmiał, jakby mój szanowny sąsiad co najmniej po kolei wyrywał owej pani rzęsy pęsetką. Powiedziałabym, że w najgorszym razie ją mordował, ale mógł przecież robić coś gorszego i bardziej pomysłowego, niż po prostu ją zabijać, prawda?
         Podeszłam do drzwi. Jakie to było surrealistyczne, zimna podłoga pod stopami, nieosiągalna potrzeba snu – i te wrzaski! Dziecinna piosenka znów rozbrzmiała mi w głowie, być może podejmując marną próbę uspokojenia mnie.
- Ciii – nakazałam jej.
Pewnie myślisz, że to dziwne, że nadal nie przyjechała policja. Że nikt nie walił w drzwi tamtego mieszkania. Że nikt nie poszedł sprawdzić, co się dzieje.
         Zabawne jest to, że zapewne za progiem każdego mieszkania kuliła się osoba myśląca dokładnie tak samo. To by było dziwne, gdyby nikt nie zareagował. Nie będę dzwonić na policję, na pewno już ktoś dzwonił. Jeśli zacznę działać, mogę coś zepsuć. A przecież jest tylu ludzi dookoła.
        Miałam zatem pewność, że nikt nie próbuje nic zrobić. Co więcej – ja również nie zamierzałam natychmiast wzywać policji. Mogłabym to zrobić w zupełnie innych czasach, dawnych czasach, kiedy jeszcze sypiałam. Dzisiaj nie otrzymałam swojej porcji normalności w postaci odpowiedniej dawki snu, nie mogłam zatem reagować zupełnie normalnie i właściwie. Przyznaj, że to byłoby nielogiczne, niewłaściwe, wręcz niesprawiedliwe, przeczące ideałom, jakie przedstawia nam się w czasach przedszkolnych.
         Założyłam zatem szlafrok i wyszłam na klatkę schodową. Miała świetną akustykę. Szarawe ściany, niczym znudzone dzieciaki, odbijały dźwięk jedna do drugiej, tak, że głos kobiety zagościł w każdym zakamarku budynku. Tak, że żaden z sąsiadów nie mógłby już z czystym sumieniem powiedzieć „Nie wiedziałem, że robił jej krzywdę; spałem i nie słyszałem niczego”.
         Zapaliłam światło i ruszyłam w kierunku wiadomych drzwi. Mój czas był ograniczony – po pewnym czasie lampy po prostu gasły, a nie chciałam znaleźć się tutaj sama w ciemnościach, nie wiedząc, co się dzieje. To było jedyne, czego było mi trzeba – wiedza.
         No i kofeina. Mnóstwo kofeiny, tauryny, pseudoefedryny, rozmaitych substancji stawiających na nogi po ciężkiej nocy.
        Nacisnęłam na klamkę.
Drzwi były zamknięte, naturalnie. Kto morduje przy otwartych? Zabijanie to czynność podobna do oddawaniu moczu. Człowiek potrzebuje prywatności i zwykle nie pokazuje światu efektów, w przeciwieństwie do zwierzęcia.
        Cóż mi pozostało? Światło wreszcie automatycznie zgasło, pozostawiając mnie w niewiedzy i ciemności. Zrobiłam zatem jedyną rozsądną rzecz, jaką mogłam, chyba się ze mną zgodzisz – zapukałam.
        Drzwi otworzyły się dosyć szybko.
Stanął w nich Mój Sąsiad, od tej pory nazywany Mordercą (zakładam, że słusznie). Jeśli masz ochotę, mogę utworzyć zdrobnienie: jeśli powiem po prostu „Mor”, będziesz wiedział o kogo chodzi.
        Nie był to mężczyzna zbyt atrakcyjny, ale bardzo zadbany. Niewysoki, ubrany w marynarkę, lekko otyły, o przyczesanych do tyłu siwiejących włosach. Pod szyją miał muszkę pasującą do czarującego mężczyzny.
- Och, a jednak ktoś zajrzał – powiedział takim tonem, jakby ucieszył go mój widok. Bardzo miłe. - Niestety, jest zbyt późno – kontynuował tym samym uprzejmym tonem głosu. - Niezmiernie mnie cieszy pani wizyta, oczywiście, ale jest trochę za późno – po pierwsze w kontekście godziny, proszę na przyszłość odwiedzać mnie wcześniej. Po drugie, i całkiem możliwe, iż dla pani ważniejsze – w kontekście życia owej krzykliwej niewiasty. Albowiem gdy usłyszałem pani pukanie, musiałem pospiesznie zadać jej ostateczny cios nożem, aby ją uciszyć – przykra sprawa. Obecnie nie żyje, że tak powiem, całkowicie. Leży i stygnie, mam na myśli. Uprzednio wierzgała i szarpała się jak oszalała, obecnie jednak jest już jedynie, cóż, n a w o z e m o r g a n i c z n y m, rozumie pani, pokarmem dla robaków, ogólnie – częścią ekosystemu. To znaczy będzie, gdy ją zakopię. Proszę mi powiedzieć, czemu zawdzięczam tak późną wizytę?
- Nie mogę spać – powiedziałam.
- A ja morduję ludzi – wyznał z zakłopotaniem, tak jakbym miała jeszcze jakieś wątpliwości. - Ach ach, krępujące problemy, na które nawet nie można kupić leków w pierwszym lepszym markecie! Pomyśli pani – o leki na nietrzymanie moczu czy ból głowy o wiele łatwiej, niż o leki nasenne albo tłumiące ów szczególny rodzaj agresji. Zupełnie, jakby czyjś mokry materac i boląca głowa były ważniejszymi problemami, niż morderstwa, dajmy na to. Co to się stało ze społeczeństwem, czy ludzkie życie nie przedstawia już sobą żadnej wartości, ja się pytam? Znieczulica społeczna i zanik wartości, ot, co nam dolega. Ale, ale – zmitygował się – Nie stójmy w progu. Cóż ze mnie za gospodarz!
        Przesunął się, robiąc mi miejsce w drzwiach. Czarujący człowiek.
Korytarz pokrywała lekko podstarzała tapeta w różyczki. Było przyjemnie czysto; pachniało odświeżaczem powietrza i nieco krwią – lekko zaskoczył mnie ten pierwszy aromat.
- Proszę, proszę – powiedział. Zamknął drzwi od jednego z pokoi i uśmiechnął się przepraszająco. - Bałagan – wyjaśnił – Rzucała się.
          Weszliśmy zatem do kuchni. Była niewielka, ale przytulna. Na ścianie wisiały w ramkach obrazki – zdjęcie pieczarek, kwiatu magnolii, oraz Mordercy z hipotetyczną wnuczką. Umyte garnki wisiały grzecznie na swoich haczykach, blaty wyraźnie zostały niedawno przemyte, podobnie jak podłoga. Okno było uchylone i wpuszczało świeże powietrze wraz z cichymi dźwiękami nocnej ulicy.
- Pije pani coś?
- Wino, herbatę, sok porzeczkowy – wymieniłam.
Skinął głową i nastawił czajnik.
- Więc, jak mówiłem, fatalne czasy – zagaił. - Zgodzi się pani ze mną?
- Tak. Nie śpię prawie od tygodnia i nie mam co z tym zrobić.
Pokręcił głową ze współczuciem.
- Fatalnie, fatalnie. Można by rzec: bardzo niekomfortowo. Lubi pani żarty?
- Słucham?
- Żarty, dowcipy.
- Nie. Ale dzisiaj chciałabym posłuchać.
- W porządku. Zatem był pewnego razu diabeł. Chodził po Ziemi i sprowadzał zło, rozumie pani.
- Tak.
- I na swojej drodze natrafił w pewnym momencie... och, nie, zaraz, to trochę rasistowskie. Jakby się tak zastanowić, większość dowcipów jest zupełnie nieodpowiednia.
- Oczywiście.
- To fatalne. Myślę, że pani to rozumie – pani, która przyszła do mnie w szlafroku. W szlafroku, nie piżamie! Tak, jak należało. Nie wypada pokazywać się mężczyźnie w piżamie, tudzież koszuli nocnej.
- Bardzo pan przekonujący.
Zaśmiał się skromnie, stawiając przede mną herbatę. Obok niej leżało małe ciasteczko, niczym w kawiarni.
- Czy ja wiem. Proszę liczyć barany.
- Słucham?
- Na problemy ze snem.
- Czy to pomoże?
- Nie, ale przynajmniej będzie miała pani świadomość, że pani spróbowała, prawda?
- No tak. Tak, oczywiście.
Napiłam się herbaty. Była gorąca i gorzka.
- Może pani powiedzieć u jakiegoś specjalisty, że próbowała pani coś z tym robić. Ale nic nie pomogło.
- Oczywiście, racja.
Chwilę przed tym, zanim dopiłam herbatę, on powiedział:
- A zatem pora na panią. Nie wypada, by kobieta spędzała tyle czasu w nocy w mieszkaniu obcego mężczyzny. Mogą nas posądzić o upadek obyczajów i brak moralności.
Jaki on był błyskotliwy...!
- Więc dziękuję bardzo za herbatę.
Skinął głową, a ja ruszyłam do drzwi, spokojniejsza. Miałam nadzieję, że nie będzie musiał iść do więzienia – z jakim zepsuciem musiałby się wówczas spotkać, to nie do pomyślenia...! Taki człowiek jak on. O nie, Bóg nie jest tak niesprawiedliwy.
- Do widzenia panu – powiedziałam.
- Do widzenia – odrzekł.
Gdy znalazłam się na klatce schodowej, światło już się paliło. Zza drzwi wychyliła się głowa.
- To psychopata, prawda? - szepnęła konspiracyjnie, nie ukazując się nawet w całości.
- Och, możliwe – odparłam. - Z kolei ja bardzo źle śpię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz