Nie dało się spać. Ta opcja została
zupełnie wyłączona.
Przewracałam się więc tylko z boku
na bok, zwijałam w różne kształty, odkrywałam i przykrywałam,
zupełnie bezcelowo. Sen nie chciał się uruchomić. Kiedy zamykałam
oczy, miałam wrażenie, że moje ciało jest nieprzyjemnie ciężkie,
że wszystko dookoła jest za gorące (poza moimi stopami, w stopy
zawsze zimno...) a w głowie dźwięczała mi prosta, rytmiczna
piosenka dla dzieci.
Nigdy nie słyszałam jej we właściwym tempie,
raz była dziwnie powolna, raz mocno przyśpieszona, na zmiany.
Wyobraziłam sobie siebie od góry i
od boku i od dołu, rozłożoną na łóżku. Wyobraziłam sobie
roztocza buszujące po pokoju. Wyobraziłam sobie, jak światła zza
okna przesuwają się po moim suficie – białe i żółte kształty,
pojawiające się wtedy, kiedy przejeżdżał samochód. Jakaś
kobieta coś krzyknęła – mogło to być imię psa, tak brzmiało.
I wtedy, jakby w odpowiedzi,
usłyszałam inny krzyk. Przejmujący i przeraźliwy. Dobiegał zza
ściany.
Leżałam jeszcze przez chwilę,
pozwalając moim myślom ulotnić się stopniowo z głowy. Roztocza,
światła i dźwięki piosenki zanikły powoli, pozostawiając mój
umysł czysty i nieskażony.
Podniosłam się. Rozprostowanie
mokrego od potu ciała było pewną ulgą. Dlaczego właściwie pocę
się, gdy próbuję zasnąć, czy to jest jakiś wysiłek fizyczny?
Oczywiście natychmiast nadciągnęła
fala senności, każąca mi natychmiast wracać do łóżka, och tak,
do łóżka, aby spędzić tam kolejne bezsensowne godziny. Czy nie
wiesz o tym, mój mózgu? Domagasz się snu, ale nie umiem przecież
ci go dać. Tylko zmarnujemy czas, leżąc.
Rozległ się kolejny głośny krzyk i
trochę się rozbudziłam. Kochany odbiorco, ten krzyk brzmiał,
jakby mój szanowny sąsiad co najmniej po kolei wyrywał owej pani
rzęsy pęsetką. Powiedziałabym, że w najgorszym razie ją
mordował, ale mógł przecież robić coś gorszego i bardziej
pomysłowego, niż po prostu ją zabijać, prawda?
Podeszłam do drzwi. Jakie to było
surrealistyczne, zimna podłoga pod stopami, nieosiągalna potrzeba
snu – i te wrzaski! Dziecinna piosenka znów rozbrzmiała mi w
głowie, być może podejmując marną próbę uspokojenia mnie.
- Ciii – nakazałam jej.
Pewnie myślisz, że to dziwne, że
nadal nie przyjechała policja. Że nikt nie walił w drzwi tamtego
mieszkania. Że nikt nie poszedł sprawdzić, co się dzieje.
Zabawne jest to, że zapewne za
progiem każdego mieszkania kuliła się osoba myśląca dokładnie
tak samo. To by było dziwne, gdyby nikt nie zareagował. Nie będę
dzwonić na policję, na pewno już ktoś dzwonił. Jeśli zacznę
działać, mogę coś zepsuć. A przecież jest tylu ludzi dookoła.
Miałam zatem pewność, że nikt nie
próbuje nic zrobić. Co więcej – ja również nie zamierzałam
natychmiast wzywać policji. Mogłabym to zrobić w zupełnie innych
czasach, dawnych czasach, kiedy jeszcze sypiałam. Dzisiaj nie
otrzymałam swojej porcji normalności w postaci odpowiedniej dawki
snu, nie mogłam zatem reagować zupełnie normalnie i właściwie.
Przyznaj, że to byłoby nielogiczne, niewłaściwe, wręcz
niesprawiedliwe, przeczące ideałom, jakie przedstawia nam się w
czasach przedszkolnych.
Założyłam zatem szlafrok i wyszłam
na klatkę schodową. Miała świetną akustykę. Szarawe ściany,
niczym znudzone dzieciaki, odbijały dźwięk jedna do drugiej, tak,
że głos kobiety zagościł w każdym zakamarku budynku. Tak, że
żaden z sąsiadów nie mógłby już z czystym sumieniem powiedzieć
„Nie wiedziałem, że robił jej krzywdę; spałem i nie słyszałem
niczego”.
Zapaliłam światło i ruszyłam w
kierunku wiadomych drzwi. Mój czas był ograniczony – po pewnym
czasie lampy po prostu gasły, a nie chciałam znaleźć się tutaj
sama w ciemnościach, nie wiedząc, co się dzieje. To było jedyne,
czego było mi trzeba – wiedza.
No i kofeina. Mnóstwo kofeiny,
tauryny, pseudoefedryny, rozmaitych substancji stawiających na nogi
po ciężkiej nocy.
Nacisnęłam na klamkę.
Drzwi były zamknięte, naturalnie. Kto
morduje przy otwartych? Zabijanie to czynność podobna do oddawaniu
moczu. Człowiek potrzebuje prywatności i zwykle nie pokazuje światu
efektów, w przeciwieństwie do zwierzęcia.
Cóż mi pozostało? Światło
wreszcie automatycznie zgasło, pozostawiając mnie w niewiedzy i
ciemności. Zrobiłam zatem jedyną rozsądną rzecz, jaką mogłam,
chyba się ze mną zgodzisz – zapukałam.
Drzwi otworzyły się dosyć szybko.
Stanął w nich Mój Sąsiad, od tej
pory nazywany Mordercą (zakładam, że słusznie). Jeśli masz
ochotę, mogę utworzyć zdrobnienie: jeśli powiem po prostu „Mor”,
będziesz wiedział o kogo chodzi.
Nie był to mężczyzna zbyt
atrakcyjny, ale bardzo zadbany. Niewysoki, ubrany w marynarkę, lekko
otyły, o przyczesanych do tyłu siwiejących włosach. Pod szyją
miał muszkę pasującą do czarującego mężczyzny.
- Och, a jednak ktoś zajrzał –
powiedział takim tonem, jakby ucieszył go mój widok. Bardzo miłe.
- Niestety, jest zbyt późno – kontynuował tym samym uprzejmym
tonem głosu. - Niezmiernie mnie cieszy pani wizyta, oczywiście, ale
jest trochę za późno – po pierwsze w kontekście godziny, proszę
na przyszłość odwiedzać mnie wcześniej. Po drugie, i całkiem
możliwe, iż dla pani ważniejsze – w kontekście życia owej
krzykliwej niewiasty. Albowiem gdy usłyszałem pani pukanie,
musiałem pospiesznie zadać jej ostateczny cios nożem, aby ją
uciszyć – przykra sprawa. Obecnie nie żyje, że tak powiem,
całkowicie. Leży i stygnie, mam na myśli. Uprzednio wierzgała i
szarpała się jak oszalała, obecnie jednak jest już jedynie, cóż,
n a w o z e m o r g a n i c z n y m, rozumie pani, pokarmem dla
robaków, ogólnie – częścią ekosystemu. To znaczy będzie, gdy
ją zakopię. Proszę mi powiedzieć, czemu zawdzięczam tak późną
wizytę?
- Nie mogę spać – powiedziałam.
- A ja morduję ludzi – wyznał z
zakłopotaniem, tak jakbym miała jeszcze jakieś wątpliwości. -
Ach ach, krępujące problemy, na które nawet nie można kupić
leków w pierwszym lepszym markecie! Pomyśli pani – o leki na
nietrzymanie moczu czy ból głowy o wiele łatwiej, niż o leki
nasenne albo tłumiące ów szczególny rodzaj agresji. Zupełnie,
jakby czyjś mokry materac i boląca głowa były ważniejszymi
problemami, niż morderstwa, dajmy na to. Co to się stało ze
społeczeństwem, czy ludzkie życie nie przedstawia już sobą
żadnej wartości, ja się pytam? Znieczulica społeczna i zanik
wartości, ot, co nam dolega. Ale, ale – zmitygował się – Nie
stójmy w progu. Cóż ze mnie za gospodarz!
Przesunął się, robiąc mi miejsce w
drzwiach. Czarujący człowiek.
Korytarz pokrywała lekko podstarzała
tapeta w różyczki. Było przyjemnie czysto; pachniało odświeżaczem
powietrza i nieco krwią – lekko zaskoczył mnie ten pierwszy
aromat.
- Proszę, proszę – powiedział.
Zamknął drzwi od jednego z pokoi i uśmiechnął się
przepraszająco. - Bałagan – wyjaśnił – Rzucała się.
Weszliśmy zatem do kuchni. Była
niewielka, ale przytulna. Na ścianie wisiały w ramkach obrazki –
zdjęcie pieczarek, kwiatu magnolii, oraz Mordercy z hipotetyczną
wnuczką. Umyte garnki wisiały grzecznie na swoich haczykach, blaty
wyraźnie zostały niedawno przemyte, podobnie jak podłoga. Okno
było uchylone i wpuszczało świeże powietrze wraz z cichymi
dźwiękami nocnej ulicy.
- Pije pani coś?
- Wino, herbatę, sok porzeczkowy –
wymieniłam.
Skinął głową i nastawił czajnik.
- Więc, jak mówiłem, fatalne czasy –
zagaił. - Zgodzi się pani ze mną?
- Tak. Nie śpię prawie od tygodnia i
nie mam co z tym zrobić.
Pokręcił głową ze współczuciem.
- Fatalnie, fatalnie. Można by rzec:
bardzo niekomfortowo. Lubi pani żarty?
- Słucham?
- Żarty, dowcipy.
- Nie. Ale dzisiaj chciałabym
posłuchać.
- W porządku. Zatem był pewnego razu
diabeł. Chodził po Ziemi i sprowadzał zło, rozumie pani.
- Tak.
- I na swojej drodze natrafił w pewnym
momencie... och, nie, zaraz, to trochę rasistowskie. Jakby się tak
zastanowić, większość dowcipów jest zupełnie nieodpowiednia.
- Oczywiście.
- To fatalne. Myślę, że pani to
rozumie – pani, która przyszła do mnie w szlafroku. W szlafroku,
nie piżamie! Tak, jak należało. Nie wypada pokazywać się
mężczyźnie w piżamie, tudzież koszuli nocnej.
- Bardzo pan przekonujący.
Zaśmiał się skromnie, stawiając
przede mną herbatę. Obok niej leżało małe ciasteczko, niczym w
kawiarni.
- Czy ja wiem. Proszę liczyć barany.
- Słucham?
- Na problemy ze snem.
- Czy to pomoże?
- Nie, ale przynajmniej będzie miała
pani świadomość, że pani spróbowała, prawda?
- No tak. Tak, oczywiście.
Napiłam się herbaty. Była gorąca i
gorzka.
- Może pani powiedzieć u jakiegoś
specjalisty, że próbowała pani coś z tym robić. Ale nic nie
pomogło.
- Oczywiście, racja.
Chwilę przed tym, zanim dopiłam
herbatę, on powiedział:
- A zatem pora na panią. Nie wypada,
by kobieta spędzała tyle czasu w nocy w mieszkaniu obcego
mężczyzny. Mogą nas posądzić o upadek obyczajów i brak
moralności.
Jaki on był błyskotliwy...!
- Więc dziękuję bardzo za herbatę.
Skinął głową, a ja ruszyłam do
drzwi, spokojniejsza. Miałam nadzieję, że nie będzie musiał iść
do więzienia – z jakim zepsuciem musiałby się wówczas spotkać,
to nie do pomyślenia...! Taki człowiek jak on. O nie, Bóg nie jest
tak niesprawiedliwy.
- Do widzenia panu – powiedziałam.
- Do widzenia – odrzekł.
Gdy znalazłam się na klatce
schodowej, światło już się paliło. Zza drzwi wychyliła się
głowa.
- To psychopata, prawda? - szepnęła
konspiracyjnie, nie ukazując się nawet w całości.
- Och, możliwe – odparłam. - Z
kolei ja bardzo źle śpię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz