niedziela, 10 lipca 2016

Dekadenci - część 1

- Tatusiu! Tatusiu, podaj do mnie! - głos córki dociera do mnie jakby przez mgłę. Zaniedbany plac zabaw, obdarci chłopcy w piaskownicy, drzewa powoli wypuszczające liście – to wszystko jakby powoli się oddala i traci znaczenie.
Widzę tylko ciemne, burzowe chmury na niebie, i wzbiera we mnie ta dziwna, nieodpowiednia ekscytacja, towarzysząca mi już od jakiegoś czasu. Pospiesznie sprawdzam godzinę; jest 18.12, jakby to cokolwiek znaczyło. I tak nie wiem, ile czasu jeszcze pozostało; w końcu nie daję wiary żadnej konkretnej przepowiedni czy dacie; nie mam nic, prócz słów Bajarza.
- Tato! - głosik Coralie zaczyna uderzać w płaczliwe tony, a mnie natychmiast ogarniają wyrzuty sumienia.

- Przepraszam – mówię. - Zamyśliłem się. Łap, Coralie.
Rzucam sześciolatce piłkę; delikatnie, tak, żeby raczej złapała, ale bez żadnych forów.
Udaje jej się. Szczerzy zęby w triumfalnym, szczerbatym uśmiechu mistrzyni placu zabaw. Za jej plecami dwie dziewczynki huśtają się na odrapanych huśtawkach, i zdumione przekrzywiają głowy, gdy moja córka wrzeszczy:
- UDAŁO SIĘ! Z TAK DALEKA!!!
Śmieję się, ale czuję się jeszcze gorzej. Jest tak cholernie słodka. Jak mogę myśleć o tym, o czym myślę, skoro mam Coralie?
„Nie, mało tego, Nick” - poprawiam sam siebie surowo. - „To TWOJA córka. To oczywiste, że się nią przejmujesz. Ale czy pomyślałeś o tych dzieciakach dookoła ciebie, prawdopodobnie przyszłych kieszonkowcach, które dałyby się pokroić za coś do żarcia? Tych smarkaczach, które też mają rodziców? Albo o całej tej pieprzonej dzielnicy, pełnej żebraków, pijaków, budek z jedzeniem bez smaku, obleganych trzepaków i podwórek z zardzewiałymi huśtawkami? Nie? A może...
Może to nieprawda. Ale przecież ty na swój sposób to WIESZ. A może oszalałeś, i tamten facet również?”
- Mogę się teraz pobujać? - woła Coralie, biegnąc do mnie. Rozczochrane, długie brązowe włosy powiewają za nią na wietrze, nóżki w znoszonych podkolanówkach sprawnie omijają przeszkody.
Łapię ją i podnoszę do góry.
- Ale huśtawka jest zajęta – zauważam, kręcąc nią dookoła. Piszczy i śmieje się.
- To co – mówi – Pójdziemy o nią...pójdziemy o nią...- Z trudem łapie oddech od biegania i śmiechu. - Pójdziemy o nią walczyć!
- Tak? - podrzucam ją w powietrze. - Po prostu podejdziemy i zrzucimy dzieci z huśtawki?
Chichocze.
- Tak!
- Zajebisty pomysł.
Łapie mnie za włosy, sięgające poniżej ramion.
- No to co? - pyta przekornie.
- A może będziemy dzisiaj dobrymi altruistami i zadowolimy się zjeżdżalnią? - proponuję.
- Kto to „altruista”?
- Ktoś, kto bezinteresownie pomaga innym.
- No to my nimi nie będziemy, bo im przecież nie pomożemy! - wykrzykuje triumfalnie mała.
- Owszem, obronimy dzieci przed dwójką brutali, którzy zwalają je z huśtawek – odpowiadam, a ona się śmieje.
- Oszust! - oskarża mnie.
Przytulam ją. Wokół nas robi się coraz ciemniej; chmury rozpychają się na niebie, stopniowo zajmując coraz więcej miejsca.
Nagle chłopcy w piaskownicy gwałtownie unoszą głowy, dziewczynki natomiast zeskakują z huśtawek.
Podążam wzrokiem za ich spojrzeniami, i dostrzegam Nieznanego.
Jedna z dziewczynek piszczy, chłopcy przekrzywiają nieufnie głowy. Matka jednego z nich – jedyny rodzic na placu poza mną – podnosi się z ławki i stanowczo łapie brudną od piasku dłoń syna. Odchodzą, niespiesznie, ale zdecydowanie. Dziewczynki patrzą na siebie i po chwili biegną za tą dwójką, pozostawiając po sobie jedynie wciąż rozbujane huśtawki.
W piaskownicy pozostaje tylko jeden chłopczyk; dość brudny, niziutki, na oko ośmiolatek, w ogrodniczkach. Zapamiętale stawia babki, nie patrząc w tamtym kierunku.
Moja Coral nie wygląda na jakoś strasznie przerażoną, chociaż w pierwszej chwili wtuliła się we mnie mocniej. Przygląda się postaci, stojącej nadal w tym samym miejscu. Rozmawialiśmy parę razy o Nieznanych, chociaż w naszej dzielnicy raczej się nie pokazują. To dlatego rodzice spokojnie wypuszczają dzieci... no i dlatego, że większość nie jest zbyt odpowiedzialna, chociaż nie twierdzę, że się od nich szczególnie różnię.
- Spoko – szepczę do Coralie. - Oni nie są groźni, tak się tylko mówi...
Czarna, chuda postać w czarnej masce, oznaczonej wielkim, białym iksem ani drgnie. Czasem znikają po chwili, czasem potrafią tak stać godzinami. Mój znajomy mówił mi, że kiedyś stracił przez takiego samochód na trzy dni, jako że był człowiekiem dość przesądnym, a sukinsyn stał tuż obok drzwi.
- To czemu ludzie poszli? - mówi cichutko mała. Nie panikuje, ale oczy ma większe niż normalnie.
- Bo wielu ludzi wierzy, że oni stanowią jakąś złą wróżbę, przynoszą pecha. Moim zdaniem to czyste bzdury. - odpowiadam, starając się nie zniżać głosu. W końcu nigdy się nie zdarzyło, żeby Nieznany zrobił komukolwiek krzywdę. Wprawdzie zdarzały się historie, prawdopodobnie plotki i miejskie legendy, jakoby któryś z nich przepowiedział komuś coś przerażającego, co się sprawdziło, albo sprowadził klątwę na rodzinę, lecz były to raczej nietrzymające się kupy bajdurzenia.
- Obiecujesz...? - upewnia się dziewczynka.
- Yhm... - odpowiadam, lecz nagle ogarnia mnie cudowna myśl. A co, jeśli te dziwne stworzenia są symptomem? Zapowiedzią? Co jeśli...
Znów to poczucie winy.
- Czyli możemy iść się huśtać? - zdecydowany głosik Coralie odwraca moją uwagę od rozmyślań. Unoszę brwi, zaskoczony. Postać stoi niemalże tuż obok huśtawek.
- Odważna laska z ciebie – zauważam.
- Powiedziałeś, że nie są groźni.
Czuję się przytłoczony jej zaufaniem, ale zaimponowała mi. No i zamierzam być konsekwentny. Ruszamy w tamtą stronę; moja córka niepewnie popatruje na stwora, ale nadal zmierza do celu. Po chwili wdrapuje się na siedzenie i uśmiecha się tylko odrobinę nieśmiało.
- Huśtaj, tata! - woła ze swoją zwykłą werwą.
Czarne stworzenie nadal stoi w takiej samej pozycji.
Zaczynam ją bujać, na początku obserwując stwora, a potem bez reszty dając się pochłonąć jej okrzykom „wyżej, wyżej!”. Niebawem oboje całkiem o nim zapominamy, po prostu korzystając ze zwolnionych miejsc. Wreszcie męczę się i proszę ją, żeby się trochę sama pohuśtała. Lecz moja córka zwalnia, hamując nogami o piasek.
- Hej! - woła do czarnego stwora. Zero reakcji, obserwuję go z niepokojem. Niby w to wszystko nie wierzę, ale to jednak MOJE dziecko.
- Dzięki, że przyszedłeś! - woła. - Teraz mogę się huśtać. To suuuper. Ale głupio, że się ciebie boją!
Nagle Nieznany odwraca się w jej stronę. Mała sztywnieje, lekko spłoszona, lecz nic więcej się nie dzieje. Dziewczynka śmieje się z ulga.
- Wygląda na to, że też trochę się boję. - mówi. - Przepraszam. To do zobaczenia!
Zeskakuje z huśtawki, zadowolona, i odmaszerowuje w stronę piaskownicy. Ja, chcąc nie chcąc, podążam za nią, będąc pod wrażeniem tego, co zrobiła moja córka, oraz jej zaufania do moich słów.
Lecz zarazem muszę się do czegoś przyznać. Mimo tego wszystkiego, i tak, idąc za nią, zerkam w niebo z przyjemną mieszaniną podniecenia i strachu, towarzyszącą mi od tygodni. Wydaje mi się, że mam obsesję.






1 komentarz: