sobota, 11 czerwca 2016

Dziwny dźwięk

Noemi obudził jakiś Dziwny Dźwięk.
Dziwne Dźwięki bywają niebezpieczne, jeśli mieszka się pod mostem. Zwłaszcza, że dziewczynki nie budziły już zwykłe nocne odgłosy, jakich boją się inne dzieci, w końcu przywykła.
- Sean – szepnęła do swojego towarzysza. - Usłyszałam coś.
- Może to wiatr. - mruknął na wpół śpiąco.
- Nie!
Chłopcom pewnie wydaje się, że dziewczynki są zbyt głupie, by rozpoznać, co słyszą.

 
- Może zwykłe widmo...
- Widma nie mieszkają w tak byle jakich domach, jak te tutaj! Obudź się wreszcie i chodź sprawdzić!
Nadal spał. Jedenastolatka zawahała się przez chwilę, po czym mocno pociągnęła go za ucho.
- Noemi, cholero! - wykrzyknął oburzony, ale rozbudził się i usiadł. Dziewczynka zachichotała pomimo powagi sytuacji; jej imię oznaczało w końcu „moja słodka” i zabawnie brzmiało w takim kontekście.
- Co słyszałaś. - zapytał rzeczowo, stawiając na końcu zdania bardziej kropkę niż pytajnik. Sean miał dość długie (jak wszyscy tutaj) rozczochrane brązowe włosy, duże oczy w tym samym kolorze, a na sobie znaleziony gdzieś na śmietnisku powyciągany, szaro – zielony sweter. Noemi nie wiedziała, ile naprawdę chłopak ma lat – czasem mówił dwanaście, czasem dziesięć, innym razem piętnaście. Ponadto zachowywał się raz jak sześcio, raz jak czterdziestolatek, z wyglądu zaś sprawiał wrażenie czasem drobnego nastolatka, a czasem dziecka.
- Płacz. - odparła. - Małego.
- Małego?
- Chyba dziecka.
- Chyba? - parsknął.
- Czemu zawsze trzeba się z tobą kłócić o takie bzdury! - rozzłościła się. - Chyba dziecka, może czegoś innego, czegoś małego... - urwała, słysząc, jak głupio to brzmi.
- Innego? - Sean unosi brwi w sposób, którego Noemi nie znosiła – lekko drwiący i pobłażliwy. - Na pewno to jakieś małe stworzenie nieznanego gatunku postanowiło sobie popłakać w nocy w Nadrzecznej.
- Może po prostu pójdziemy sprawdzić, co?
Sean westchnął i wstał. Był bardzo niski, chociaż jakoś nie odnosiło się takiego wrażenia na pierwszy rzut oka. Mimo to Noemi uczepiła się kurczowo jego swetra, a on westchnął ponownie..
Ruszyli w niepewną ciemność. Dzielnica Nadrzeczna raczej nie obfitowała w oświetlone obszary; w końcu mieszkał tu przeważnie najgorszy margines slumsów oraz ludzie, którym wyjątkowo brakowało pieniędzy. Wszystko za sprawą Rzeki, Rzeki Szaleństwa. Wystarczyło spojrzeć w jej kierunku, a coś w dziwacznym szumie i kolorze wody powodowało, iż nim zdążyłeś się zorientować, usiłowałeś się w niej utopić.
Obywatele Wallen przywykli jednak do perspektywy możliwej śmierci w każdej chwili, i po prostu starli się tam nie patrzeć, podczas swoich, przeważnie dość częstych, wizyt w Nadrzecznej. W końcu najniebezpieczniejsze miejsce w slumsach, i tak pozbawionych pisanego prawa, miało co nieco do zaoferowania. Ostatecznie tytułu „najgorszej dzielnicy” nie zdobywa się ot tak.
Płacz, który teraz słyszał i Sean, dobiegał jednak nie od strony Rzeki, lecz właśnie owych podejrzanych zabudowań. To znaczy... podejrzanych dla kogoś spoza dzielnicy. Dla stałych mieszkańców rzeczy nielegalne i tajemnicze należały już do szarej codzienności, a wystraszyć ich można było co najwyżej za pomocą sterty dokumentów i armii przedstawicieli prawa. Tak czy inaczej, łkanie stopniowo przybierało na sile, im bardziej się zbliżali. Dało się również usłyszeć w nim dziwne, przenikliwe nuty, jakby ktoś wytrenował niemowlę w wydawaniu maksymalnie wkurzających dźwięków.
- Czymkolwiek jest ten dzieciak, mógłby posłużyć do promowania aborcji. - zauważył Sean.
- Hej!- zaprotestowała Noemi. - Może jest na przykład bardzo głodny...
Urwała. Im dalej szli, tym bardziej nienaturalna wydawała się siła głosu dziecka. To, że nikt dotąd go nie usłyszał, graniczyło z cudem, bo to stworzenie mogłoby być wokalistą rockowej kapeli bez mikrofonu.
- Sean! -zawołała Noemi, wystraszona. Chłopak jednak nawet na nią nie spojrzał, utkwiwszy wzrok w szarym, walącym się budynku, z którego dobiegały wrzaski. Ze ściany obserwowała ich namalowana na murze naga kobietą, z palcem przytkniętym do ust.
Co za ironia.
- Dlaczego nikt nie przyszedł? - zadał sobie pytanie Sean, zatrzymując się kawałek przed budynkiem, w kojących ciemnościach. Obok mieścił się stary magazyn, oraz niechlujny, rozwalony niczym grubas na kanapie, zapuszczony dom, równie prowizoryczny, jak cała ta Dzielnica. Wyglądał jednak na zamieszkany, o ile dało się to ocenić przy marnym blasku księżyca.
- Chodźmy stąd. - mruknęła Noemi. Po ulicy przetoczyła się z niemal niedosłyszalnym stukotem puszka po ogniu konserwowym.
Sean zawahał się. Cala ta sprawa nie wyglądała dobrze. W pobliżu nie było nawet naćpanych bezdomnych. Nikt z budynku obok nie zareagował... albo i to zrobił, ale ślad już po nim zaginął. Dziecko nie brzmiało jak żaden ze znanych chłopakowi gatunków ludzi – ani Vingowie, ani kolorowi, ani Jaszczuroludzie, ani wampiry, ani nikt inny nie wydawał z siebie takich odgłosów. Tak, sprawa była mocno niepewna.
Sean podszedł do drzwi i nacisnął na klamkę.
- Hej! - pisnęła Noemi.
Oczom chłopaka ukazało się małe, szare pomieszczenie. Ze ścian odpadały resztki tynku i strzępki przyklejonych tu wcześniej plakatów oraz ulotek, w powietrzu zaś wisiał aromat stęchlizny i taniej stołówki.
Lecz nie to jako pierwsze rzucało się w oczy. Nieco istotniejszym elementem otoczenia było ogromne, czerwone od płaczu, dziko wyjące dziecko.
Miało około metra wzrostu, poza tym jednak odznaczało się proporcjami zwykłego bobasa mającego około rok. W pasie przepasane było białym materiałem.
- Cześć! - oznajmiło donośnym, dziecinnym głosikiem.
- Ty mówisz? - wybąkała zdezorientowana Noemi.
- No, tak! - prychnęło oburzone dziecko. - To chyba słychać, nie? A może właśnie szczekam?
- To... - zaczął powoli Sean w oszołomieniu.
- ...gigantyczne dziecko?! - dokończyła Noemi nieco piskliwie.
- Nie. To w ogóle nie było śmieszne.
- Sean!
- Jakim cudem tylko my cię usłyszeliśmy? - zapytał chłopak, przekrzywiając głowę, i całkowicie ignorując Noemi. - I co tu robisz? Masz jakieś imię?
- Nie wolno zadawać więcej niż jedno pytanie naraz. - Obwieścił bobas. - Ale dzisiaj ci wybaczę. Mam na imię Dziecko. Kazała mi tu czekać Pani Bóg. A słyszeliście mnie tylko wy, bo zrobiłem dzióbek.
- Dzióbek?
Dziecko zwinęło usta w trąbkę.
- T a k i. Mogę precyzyjnie kierować wydawanym dźwiękiem. Wiesz, żeby nie budzić wszystkich wokół, tylko konkretne osoby. Jestem udoskonalone.
- Przez kogo?
- Przez Panią Bóg.
- A płeć?
- Jaka chcecie, o ile zamierzacie mnie adoptować.
- Nie. Absolutnie. - zadecydował Sean. - Hm, a po co w ogóle chciałeś kogoś wzywać?
Dziecko uśmiechnęło się szeroko.
- No bo chcę jeść.
Noemi i Sean wymienili spojrzenia.
- A ile masz lat? - zapytała dziewczynka.
- To organizm około rocznego dziecka, jeśli to masz na myśli. - odparł bobas. - Ale umiem mówić i siadać. I raczkuję.
- Niesamowite. - zachwyciła się niepewnie Noemi. Stopniowo odczepiała spoconą dłoń od ramienia Seana, bo sytuacja z przerażającej zmieniła się w po prostu dziwną. - To chyba znaczy, że już wszystko możesz jeść. Przynajmniej tak karmią dzieciaki tancerki.
- Wędrowne tancerki chyba nie są jakimiś autorytetami w tej kwestii. - zauważył Sean. - Często każą dzieciom czekać na siebie w którymś z miast, przez które akurat przejeżdżają, a potem je tam zostawiają. Ej, a może twoja mama była jakąś olbrzymia tancerką?
- Nie, nie mam mamy. Jest tylko Pani Bóg. - zaprotestował bobas. - Czy wy mnie wreszcie nakarmicie, czy mam sprawić, żebyście byli zmuszeni mnie przewijać?
- To dlatego dzieci nie mówią - mruknęła zniesmaczona Noemi. - No dobra, to co byś chciał zjeść?
- Zjem wszystko. - dziecko mlasnęło. - Tak jak powiedziałaś.
- Może chodźmy w kierunku Czarnego Rynku? To chyba najlepsze miejsce, żeby znaleźć Wszystko. - zaproponował Sean. Nazwa ta była na wpół żartobliwa, gdyż Rynek był po prostu miejscem w centrum miasta, gdzie sprzedawano rozmaite towary, oraz gdzie prezentowali swe talenty Kuglarze. Jednak, jak to w części miasta w praktyce pozbawionej prawa, znaczna ilość odbywających się tam transakcji była nielegalna. Przedstawiciele wyższych dzielnic, to znaczy, klas średnich i arystokracji, teoretycznie walczyli z szerzącym się w slumsach bezprawiem, lecz dawno już utracili wszelki zapał i nadzieje związane z tym przedsięwzięciem. Wysyłani w tę część miasta Stróże przeważnie idealnie spełniali stereotyp leniwego funkcjonariusza pożerającego pączki.
- Zwłaszcza w nocy. - zgodziła się Noemi. We trójkę opuścili szary budynek; Dziecko raczkowało za nimi z tyłu.
Mniej więcej w połowie drogi przerwało im głośne chrupnięcie.
Sean i Noemi odwrócili się równocześnie.
- Hej, coś ty zrobiło? - wykrzyknęła Noemi.
-Zjadłom. - przyznało skromnie Dziecko.
- Co?!
- Krzaczuszek.
- Co takiego?
- Krzaczuszek.
- Zeżarłoś krzak?! - Sean nie dowierzał.
- Nie krzak. - odburknęło Dziecko z irytacją. - Mały taki. Krzaczuszek.
Chłopak przystanął.
- To po co my idziemy na Rynek?! - wykrzyknął. - Ty przecież możesz jeść cokolwiek.
- Mówiłom, że wszystko.
Sean, przejęty, podbiegł do najbliższej połaci trawy i podniósł duży kamień.
- A co, jak się zatruje? - zatroskała się Noemi.
- Wtedy będziemy się martwić. Nie histeryzuj.
Przyniósł Dziecku kamień.
- Chcesz? - upewnił się.
Ono bez słowa go połknęło.
- Niesamowite! - zachwycił się. - Nadal jesteś głodne?
- Yhm, tak. Kamieniom brakuje wartości odżywczych.
- Jak twój organizm może działać... - zastanowił się chłopak, w pospiechu zrywając trawę.
Niebawem Dziecko było już po zjedzeniu kamienia, znacznej ilości drobnych roślin, krzaka, kory z drzewa, pudełka z tłustym jedzeniem z całonocnego baru (kupowała je Noemi, podczas gdy Sean czekał z ich olbrzymim podopiecznym), dziesięciu gotowanych jajek z Taniego Sklepu dla Bezdomnych i kawałka kartonu ze śmietnika.
- Może starczy – zbuntował się Sean. - To w końcu nasze ciężko ukradzione pieniądze.
- Ja nie kradnę. - zaznaczyła Noemi. - Nie ucz Dziecka takich rzeczy.
- Żyje w slumsach. - uśmiechnął się z rozbawieniem Sean. - Im szybciej, tym lepiej.
- Wyobrażasz sobie giganta – kieszonkowca?!
- Jestem głodne. - przerwało im Dziecko.
- Nadal?!
- Tak. I nawet wiem, co chcę zjeść.
- Słucham. - westchnął Sean z rezygnacją.
- Tamto. - Dziecko wskazało tłustym paluszkiem w kierunku okna domu z czerwonej cegły kawałek dalej. Wisiały w nim fikuśne firanki w panterkę, aktualnie zaciągnięte. Za nimi nie paliło się żadne światło.
- Dlaczego akurat to, aniołku? - zapytał przez zaciśnięte zęby Sean.
- Wygląda na smaczne. Właściwie to wygląda na naprawdę pyszne. Podobno umiesz kraść, więc włam się tam i ukradnij dla mnie tę smaczną rzecz.
- A jeśli nie?
- To zrobię teraz siku. A potem zacznę krzyczeć bez dzióbka, tak, że usłyszą mnie wszyscy dookoła!
- Ależ ty jesteś rozpieszczone. - zauważył Sean niechętnie, ale ruszył w stronę budynku. Nie czuł się zbyt pewnie, w środku nocy kradnąc firanki. Jeżeli miałby być szczery, nigdy się nigdzie nie WŁAMYWAŁ. Ponadto, raczej starał się unikać spacerków po Nadrzecznej w środku nocy. Wydawała się jeszcze bardziej niebezpieczna, a do tego jakby zapuszczona i ponura. Pijackie wrzaski bez widocznego właściciela, byle jakie domy, smród ryb i wszechobecne graffiti jakby zyskiwały nowe znaczenie.
Chcąc nie chcąc, podszedł do drzwi z wybitą szybą. Teoretycznie obok był domofon i nie dało się wejść, jeśli ktoś nas nie wpuści, jednak w praktyce wystarczyło wsunąć rękę przez dziurę w szybie i nacisnąć na klamkę od środka. Ach, ta przemyślna architektura slumsów. Niebawem chłopak wspiął się po schodach i stanął pod drzwiami, za którymi, jak mu się wydawało, mieszkał właściciel „pysznych” firanek.
Chłopak wziął głęboki oddech, zęby się uspokoić. Kiedyś znajomy akrobata pokazywał mu, jak się posługiwać wytrychem. To nie powinno być trudne... prawda? W końcu zawsze nosił ten drucik przy sobie, licząc, że w końcu się przyda...
Bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy gigantyczne dziecko będzie chciało zjeść zasłony, po które trzeba się włamać.
Wsunął wytrych w zamek i, delikatnie nim poruszając, zaczął przestawiać zapadki.
Udało się. Najważniejsze teraz to nie dać się przyłapać.
Powoli nacisnął na klamkę, zestresowany, drzwi jednak otworzył szybko, by nie zdążyły upiornie zaskrzypieć. W tym obcym mieszkaniu dziwnie pachniało jakimś nieznanym mu kremem, jajecznicą i czymś, czego nie umiał określić. Każdy dom po prostu posiada inną woń.
Powoli ruszył przed siebie, nie znając ustawienia sprzętów i mebli. W mroku majaczyły mu jedynie niewyraźne sylwetki przedmiotów. Jakieś pudła, szafka, kulawy stołek... usilnie starał się nie wyobrażać sobie przyczajonych tu i ówdzie postaci.
Z pokoju po jego lewej dobiegło go chrapanie, a po plecach przemknął mu dreszcz, lecz wcale nie dlatego, iż bał się przyłapania. Po prostu na swój sposób współczuł właścicielowi mieszkania, że kiedy on sobie smacznie śpi, jakieś natręt skrada mu się po mieszkaniu. Aż strach pomyśleć, ilu ludzi zapewne plątało się w pobliżu jego samego, Seana, kiedy spał pod mostem, na zapleczach barów czy burdeli u zaprzyjaźnionych pełnoletnich, bądź też w opuszczonych budynkach.
Tak czy inaczej, ruszył do salonu. Właściciel mieszkania dotąd się nie obudził, i chłopak poczuł się nieco pewniej.
Jednak kiedy wszedł do pokoju, omal nie zemdlał.
Jego noga natrafiła na coś małego i miękkiego w dziwnie „żywy” sposób. Cofnął ją pospiesznie, walcząc z chęcią wydania z siebie przeraźliwego okrzyku.
Na cienkiej karimacie na podłodze ktoś spał. Ktoś z głową zwróconą w drugą stronę, nakryty niemal w całości kołdrą, z jedną z rąk skierowaną ku górze. To właśnie na palce tej dłoni lekko nastąpił Sean.
Przez jedną straszną chwilę był pewien, że obudził owego człowieka. Że ten za chwilę zerwie się z ziemi, dowie o włamaniu i wezwie stróży... albo gorzej, jak to się mawiało w slumsach.
Lecz nic takiego się nie stało. Postać poruszyła się nieco i wymamrotała coś przez sen.
Chłopiec czekał chwilę w napięciu, lecz ten ktoś wciąż spał. Chyba, bo Sean nie widział jego twarzy. Tak czy inaczej, zapanował nad przerażeniem, i cały spocony ruszył w stronę okna. Zaraz będzie po wszystkim...
Dotarł do zasłon, nie wywołując po drodze niepotrzebnych hałasów. Tylko jak je ściągnąć? Sean raczej nie miał w swoim życiu specjalnie wielu okazji do nawiązywania kontaktu z firankami. Zerknął w górę, co okazało się dobrym posunięciem: dostrzegł małe kółeczka podtrzymujące materiał. Odczepiać je po kolei czy...?
Szarpnął.
Zasłonki zwaliły mu się na głowę, ale przynajmniej zaskakująco łatwo je zerwał.
Ciekawe, co pomyśli sobie rano właściciel domu, kiedy dostrzeże, że nie ma zasłon...?
Zerknął w kierunku postaci na materacu, upewniając się, że śpi. Bardzo uważał, żeby za długo się na nią nie gapić, bo miał wrażenie, iż wówczas ludzie wykazują tendencję do otwierania oczu.
Starannie zwinął materiał, żeby żadne nieposłuszne rogi o nic nie haczyły i żeby nie mieć ograniczonej widoczności. Z bijącym mocno sercem, ruszył do wyjścia.
Odetchnął z ulgą, kiedy znalazł się na świeżym powietrzu.
- Noemi - syknął w przestrzeń.
Jego przyjaciółka i ogromne raczkujące dziecko wychynęli zza budynku.
- Mam – szepnął.
- Co tak cicho? - zapytała Noemi z niejakim rozbawieniem. - Już nie musisz uważać na hałasy. Trudno ci było się włamać? Było bardzo strasznie?
- Wcale. - skłamał Sean. Nawet nie myślał o tym, że kłamie.
- Mniam! - ucieszyło się Dziecko.
Sean westchnął ciężko, po czym podał mu zasłony.
- To nie musi być smaczne – uprzedził, dziecko jednak zwinęło materiał w kulkę i wepchnęło sobie w całości do ust.
- Zjesz to? - zdziwiła się Noemi.
- Tak.
- Smaczne?
- Nie.
Dziecko przełknęło hałaśliwie.
- Najadłom się.
- Nie sądziłam, ze to możliwe. - zauważyła zaskoczona Noemi. - Słuchaj, a gdzie jest właściwie teraz Pani Bóg?
- Nie wiem. - odparło. Czknęło i dodało: - Ale w każdej chwili mogę ją zawołać.
- Co! - wykrzyknęli Sean i Noemi równocześnie.
- Czemuś tego nie zrobiło? - wykrzyknął chłopak.
- Bo się obraziłom. Podobno jestem nieudanym prototypem, tak mnie nazwała – no to się obraziłom i poszłom. Ale jak zrobię dzióbek, to przyjdzie.
- Rób, do cholery! - warknął Sean.
- Myślisz, że powinnom już jej wybaczyć?
- Zdecydowanie!
Dziecko zwinęło usta w trąbkę. Ani uszu Seana, ani Noemi nie dobiegł żaden dźwiek.
- Już. Teraz czekamy. - Obwieściło Dziecko. - Nie trzeba długo krzyczeć, pani Bóg szybko reaguje.
Siedzieli tak w pełnej napięcia ciemności i ciszy. Gdzieś w Nadrzecznej zawył pies, jakby ktoś go zatrudnił do budowania napięcia. Powiewał wiatr.
- Ta dzielnica wygląda jak scenografia niskobudżetowego przedstawienia. - zauważyła Noemi.
- Ta dzielnica wygląda po prostu na niskobudżetową. - odrzekł Sean. - Czy ty nas nie nabierasz, Dziecko?
- Co to znaczy niskobudżetowy? - odparło ono niewinnie.
Sean wstał.
- Hej! Wcale nie wydałoś z siebie dźwięku!
- Owszem.
- Jasne! - prychnął Sean. Jego złość narastała z każdą chwilą. - My cię karmimy, kradniemy dla ciebie zasłony, a ty po prostu udawałoś...!
- BŁOGOSŁAWIENI KTÓRZY NIE WIDZIELI, A UWIERZYLI! - rozległ się nagle potężny głos, chciałoby się rzec „znikąd”, lecz chociaż doskonale roznosił się po okolicy, dobiegał jakby najbardziej ze strony zachodniej.
- Słucham? - zdziwiła się uprzejmie Noemi po chwili ciszy.
- Nic takiego, miałam ochotę to powiedzieć. - usłyszała w odpowiedzi niezbyt wysoki, ale raczej przyjemny, choć gderliwy kobiecy głos. - Okazja trafia się przeważnie w tramwajach, ale tam nie ma takiego efektu.
Zza rogu wyłoniła się dość wysoka kobieta, około 30 – 40 letnia, o blond włosach spiętych w kok. Na sobie miała różową sukienkę, fioletowy szal, oraz żółte buty i rękawiczki.
- Jestem Bogiem. - oznajmiła uroczyście.
- Serio...? - wydukał Sean.
- Nie. Ja stworzyłam Dziecko, ale laboratoryjnie. Miało być potomkiem idealnym do sprzedaży, ale coś mi się pochrzaniło i zrobiło się cholernie wielkie. Zresztą... - westchnęła. - Nie tylko to się nie zgadza.
- Słucham? - Nie dowierzała Noemi. -I tak po prostu się pojawiasz, tak po prostu nam to tłumaczysz? Nie powinniśmy sami dopytać, albo coś? Nie powinniśmy cię długo i z wieloma trudami poszukiwać?
- Nie rozumiem, po co sobie utrudniać życie. - odparła Pani Bóg. - Zawsze mnie to drażniło w książkach i filmach, prawdę mówiąc: jeśli bohaterowi się powie, że coś jest niemożliwe, a przynajmniej niewyobrażalnie trudne, niemal na pewno mu się to uda. Tyle, że strasznie długo to będzie trwało. - westchnęła. - Za to przeważnie pojawiają się całkiem „niespodziewane problemy”, przeważnie natury sercowej. No bo powiedzcie mi, dlaczego ktoś, kto potrafi przeskoczyć z motoru do samolotu, przejąć stery i uratować tenże samolot przed rozwaleniem się o skały, nie może uratować własnej żony...? Zresztą, nieistotne. Męczy was to Dziecko?
- Strasznie. - westchnęła Noemi, postanawiając przemilczeć wypowiedź o samolotach i niewyobrażalnie trudnych problemach. - Musieliśmy mu ukraść zasłony!
- Ściślej rzecz biorąc, nie musieliście. Mogliście uciec w cholerę, bo ono nie potrafi się zbyt szybko przemieszczać. - westchnęła. - Jestem Lavinia, swoją drogą.
- Noemi.
- Sean.
- Czy teraz zabierzesz je z powrotem? - dodał chłopak.
- Ej! Bo się obrażę! - wrzasnęło Dziecko, na nikim jednak ta groźba nie zrobiła większego wrażenia.
- Nie całkiem. - odparła Lavinia.- Czekałam, aż mnie zawoła, żeby móc je, no wiecie, anulować.
- Anulować? - Sean uniósł brwi.
- Taa, wiecie. Puf! - Lavinia gwałtownie machnęła ręką. - Po problemie, nie ma, nec locus, ubi mały śmierdziel! Wieszak niepotrzebny. Takie są zalety laboratorium.
- Po problemie, mówisz? - powtórzyła Noemi.
Dziecko obserwowało wszystkich po kolei z dziwnym wyrazem twarzy.
- Nie musicie dziękować. - zapewniła Lavinia.






Jakiś czas później dwie ludzkie sylwetki po ciemku wracały do „domu”, o ile można tak nazwać własne miejsce pod mostem. Oświetlał je jedynie księżyc, ubrania powiewały na wietrze. Postacie były nieduże, wręcz dziecięce, lecz mimo późnej pory, bynajmniej nie słaniały się na nogach ze zmęczenia. Może dlatego, że bezdomni mali ludzie często w nocy czuwają? A może dlatego, że po prostu ostatnio dużo się działo? Ciężko było powiedzieć.
Wreszcie jedna z nich westchnęła.
- Myślisz, że to była zła decyzja, Sean?
- Nie. - zaprzeczył dziecięcy głosik.
Za dwiema postaciami raczkował gigantyczny bobas.
- Właściwie to czemu pani Bóg?
- Bo mnie stworzyła, myślalom, że to oczywiste.
- Jasne. A kim my teraz dla ciebie jesteśmy?
- Opiekunami. Chyba, ze zasłużycie na coś innego.
Noemi roześmiała się, dodając swoją kropelkę do morza hałasów dzielnicy Nadrzecznej.

1 komentarz: