Noemi
obudził jakiś Dziwny Dźwięk.
Dziwne
Dźwięki bywają niebezpieczne, jeśli mieszka się pod mostem.
Zwłaszcza, że dziewczynki nie budziły już zwykłe nocne odgłosy,
jakich boją się inne dzieci, w końcu przywykła.
-
Sean – szepnęła do swojego towarzysza. - Usłyszałam coś.
-
Może to wiatr. - mruknął na wpół śpiąco.
-
Nie!
-
Może zwykłe widmo...
-
Widma nie mieszkają w tak byle jakich domach, jak te tutaj! Obudź
się wreszcie i chodź sprawdzić!
Nadal
spał. Jedenastolatka zawahała się przez chwilę, po czym mocno
pociągnęła go za ucho.
-
Noemi, cholero! - wykrzyknął oburzony, ale rozbudził się i
usiadł. Dziewczynka zachichotała pomimo powagi sytuacji; jej imię
oznaczało w końcu „moja słodka” i zabawnie brzmiało w takim
kontekście.
-
Co słyszałaś. - zapytał rzeczowo, stawiając na końcu zdania
bardziej kropkę niż pytajnik. Sean miał dość długie (jak
wszyscy tutaj) rozczochrane brązowe włosy, duże oczy w tym samym
kolorze, a na sobie znaleziony gdzieś na śmietnisku powyciągany,
szaro – zielony sweter. Noemi nie wiedziała, ile naprawdę chłopak
ma lat – czasem mówił dwanaście, czasem dziesięć, innym razem
piętnaście. Ponadto zachowywał się raz jak sześcio, raz jak
czterdziestolatek, z wyglądu zaś sprawiał wrażenie czasem
drobnego nastolatka, a czasem dziecka.
-
Płacz. - odparła. - Małego.
-
Małego?
-
Chyba dziecka.
-
Chyba? - parsknął.
-
Czemu zawsze trzeba się z tobą kłócić o takie bzdury! -
rozzłościła się. - Chyba dziecka, może czegoś innego, czegoś
małego... - urwała, słysząc, jak głupio to brzmi.
-
Innego? - Sean unosi brwi w sposób, którego Noemi nie znosiła –
lekko drwiący i pobłażliwy. - Na pewno to jakieś małe stworzenie
nieznanego gatunku postanowiło sobie popłakać w nocy w
Nadrzecznej.
-
Może po prostu pójdziemy sprawdzić, co?
Sean
westchnął i wstał. Był bardzo niski, chociaż jakoś nie odnosiło
się takiego wrażenia na pierwszy rzut oka. Mimo to Noemi uczepiła
się kurczowo jego swetra, a on westchnął ponownie..
Ruszyli
w niepewną ciemność. Dzielnica Nadrzeczna raczej nie obfitowała w
oświetlone obszary; w końcu mieszkał tu przeważnie najgorszy
margines slumsów oraz ludzie, którym wyjątkowo brakowało
pieniędzy. Wszystko za sprawą Rzeki, Rzeki Szaleństwa. Wystarczyło
spojrzeć w jej kierunku, a coś w dziwacznym szumie i kolorze wody
powodowało, iż nim zdążyłeś się zorientować, usiłowałeś
się w niej utopić.
Obywatele
Wallen przywykli jednak do perspektywy możliwej śmierci w każdej
chwili, i po prostu starli się tam nie patrzeć, podczas swoich,
przeważnie dość częstych, wizyt w Nadrzecznej. W końcu
najniebezpieczniejsze miejsce w slumsach, i tak pozbawionych pisanego
prawa, miało co nieco do zaoferowania. Ostatecznie tytułu
„najgorszej dzielnicy” nie zdobywa się ot tak.
Płacz,
który teraz słyszał i Sean, dobiegał jednak nie od strony Rzeki,
lecz właśnie owych podejrzanych zabudowań. To znaczy...
podejrzanych dla kogoś spoza dzielnicy. Dla stałych mieszkańców
rzeczy nielegalne i tajemnicze należały już do szarej
codzienności, a wystraszyć ich można było co najwyżej za pomocą
sterty dokumentów i armii przedstawicieli prawa. Tak czy inaczej,
łkanie stopniowo przybierało na sile, im bardziej się zbliżali.
Dało się również usłyszeć w nim dziwne, przenikliwe nuty, jakby
ktoś wytrenował niemowlę w wydawaniu maksymalnie wkurzających
dźwięków.
-
Czymkolwiek jest ten dzieciak, mógłby posłużyć do promowania
aborcji. - zauważył Sean.
-
Hej!- zaprotestowała Noemi. - Może jest na przykład bardzo
głodny...
Urwała.
Im dalej szli, tym bardziej nienaturalna wydawała się siła głosu
dziecka. To, że nikt dotąd go nie usłyszał, graniczyło z cudem,
bo to stworzenie mogłoby być wokalistą rockowej kapeli bez
mikrofonu.
-
Sean! -zawołała Noemi, wystraszona. Chłopak jednak nawet na nią
nie spojrzał, utkwiwszy wzrok w szarym, walącym się budynku, z
którego dobiegały wrzaski. Ze ściany obserwowała ich namalowana
na murze naga kobietą, z palcem przytkniętym do ust.
Co
za ironia.
-
Dlaczego nikt nie przyszedł? - zadał sobie pytanie Sean,
zatrzymując się kawałek przed budynkiem, w kojących ciemnościach.
Obok mieścił się stary magazyn, oraz niechlujny, rozwalony niczym
grubas na kanapie, zapuszczony dom, równie prowizoryczny, jak cała
ta Dzielnica. Wyglądał jednak na zamieszkany, o ile dało się to
ocenić przy marnym blasku księżyca.
-
Chodźmy stąd. - mruknęła Noemi. Po ulicy przetoczyła się z
niemal niedosłyszalnym stukotem puszka po ogniu konserwowym.
Sean
zawahał się. Cala ta sprawa nie wyglądała dobrze. W pobliżu nie
było nawet naćpanych bezdomnych. Nikt z budynku obok nie
zareagował... albo i to zrobił, ale ślad już po nim zaginął.
Dziecko nie brzmiało jak żaden ze znanych chłopakowi gatunków
ludzi – ani Vingowie, ani kolorowi, ani Jaszczuroludzie, ani
wampiry, ani nikt inny nie wydawał z siebie takich odgłosów. Tak,
sprawa była mocno niepewna.
Sean
podszedł do drzwi i nacisnął na klamkę.
-
Hej! - pisnęła Noemi.
Oczom
chłopaka ukazało się małe, szare pomieszczenie. Ze ścian
odpadały resztki tynku i strzępki przyklejonych tu wcześniej
plakatów oraz ulotek, w powietrzu zaś wisiał aromat stęchlizny i
taniej stołówki.
Lecz
nie to jako pierwsze rzucało się w oczy. Nieco istotniejszym
elementem otoczenia było ogromne, czerwone od płaczu, dziko wyjące
dziecko.
Miało
około metra wzrostu, poza tym jednak odznaczało się proporcjami
zwykłego bobasa mającego około rok. W pasie przepasane było
białym materiałem.
-
Cześć! - oznajmiło donośnym, dziecinnym głosikiem.
-
Ty mówisz? - wybąkała zdezorientowana Noemi.
-
No, tak! - prychnęło oburzone dziecko. - To chyba słychać, nie? A
może właśnie szczekam?
-
To... - zaczął powoli Sean w oszołomieniu.
-
...gigantyczne dziecko?! - dokończyła Noemi nieco piskliwie.
-
Nie. To w ogóle nie było śmieszne.
-
Sean!
-
Jakim cudem tylko my cię usłyszeliśmy? - zapytał chłopak,
przekrzywiając głowę, i całkowicie ignorując Noemi. - I co tu
robisz? Masz jakieś imię?
-
Nie wolno zadawać więcej niż jedno pytanie naraz. - Obwieścił
bobas. - Ale dzisiaj ci wybaczę. Mam na imię Dziecko. Kazała mi tu
czekać Pani Bóg. A słyszeliście mnie tylko wy, bo zrobiłem
dzióbek.
-
Dzióbek?
Dziecko
zwinęło usta w trąbkę.
-
T a k i. Mogę precyzyjnie kierować wydawanym dźwiękiem. Wiesz,
żeby nie budzić wszystkich wokół, tylko konkretne osoby. Jestem
udoskonalone.
-
Przez kogo?
-
Przez Panią Bóg.
-
A płeć?
-
Jaka chcecie, o ile zamierzacie mnie adoptować.
-
Nie. Absolutnie. - zadecydował Sean. - Hm, a po co w ogóle chciałeś
kogoś wzywać?
Dziecko
uśmiechnęło się szeroko.
-
No bo chcę jeść.
Noemi
i Sean wymienili spojrzenia.
-
A ile masz lat? - zapytała dziewczynka.
-
To organizm około rocznego dziecka, jeśli to masz na myśli. -
odparł bobas. - Ale umiem mówić i siadać. I raczkuję.
-
Niesamowite. - zachwyciła się niepewnie Noemi. Stopniowo odczepiała
spoconą dłoń od ramienia Seana, bo sytuacja z przerażającej
zmieniła się w po prostu dziwną. - To chyba znaczy, że już
wszystko możesz jeść. Przynajmniej tak karmią dzieciaki tancerki.
-
Wędrowne tancerki chyba nie są jakimiś autorytetami w tej kwestii.
- zauważył Sean. - Często każą dzieciom czekać na siebie w
którymś z miast, przez które akurat przejeżdżają, a potem je
tam zostawiają. Ej, a może twoja mama była jakąś olbrzymia
tancerką?
-
Nie, nie mam mamy. Jest tylko Pani Bóg. - zaprotestował bobas. -
Czy wy mnie wreszcie nakarmicie, czy mam sprawić, żebyście byli
zmuszeni mnie przewijać?
-
To dlatego dzieci nie mówią - mruknęła zniesmaczona Noemi. - No
dobra, to co byś chciał zjeść?
-
Zjem wszystko. - dziecko mlasnęło. - Tak jak powiedziałaś.
-
Może chodźmy w kierunku Czarnego Rynku? To chyba najlepsze miejsce,
żeby znaleźć Wszystko. - zaproponował Sean. Nazwa ta była na
wpół żartobliwa, gdyż Rynek był po prostu miejscem w centrum
miasta, gdzie sprzedawano rozmaite towary, oraz gdzie prezentowali
swe talenty Kuglarze. Jednak, jak to w części miasta w praktyce
pozbawionej prawa, znaczna ilość odbywających się tam transakcji
była nielegalna. Przedstawiciele wyższych dzielnic, to znaczy, klas
średnich i arystokracji, teoretycznie walczyli z szerzącym się w
slumsach bezprawiem, lecz dawno już utracili wszelki zapał i
nadzieje związane z tym przedsięwzięciem. Wysyłani w tę część
miasta Stróże przeważnie idealnie spełniali stereotyp leniwego
funkcjonariusza pożerającego pączki.
-
Zwłaszcza w nocy. - zgodziła się Noemi. We trójkę opuścili
szary budynek; Dziecko raczkowało za nimi z tyłu.
Mniej
więcej w połowie drogi przerwało im głośne chrupnięcie.
Sean
i Noemi odwrócili się równocześnie.
-
Hej, coś ty zrobiło? - wykrzyknęła Noemi.
-Zjadłom.
- przyznało skromnie Dziecko.
-
Co?!
-
Krzaczuszek.
-
Co takiego?
-
Krzaczuszek.
-
Zeżarłoś krzak?! - Sean nie dowierzał.
-
Nie krzak. - odburknęło Dziecko z irytacją. - Mały taki.
Krzaczuszek.
Chłopak
przystanął.
-
To po co my idziemy na Rynek?! - wykrzyknął. - Ty przecież możesz
jeść cokolwiek.
-
Mówiłom, że wszystko.
Sean,
przejęty, podbiegł do najbliższej połaci trawy i podniósł duży
kamień.
-
A co, jak się zatruje? - zatroskała się Noemi.
-
Wtedy będziemy się martwić. Nie histeryzuj.
Przyniósł
Dziecku kamień.
-
Chcesz? - upewnił się.
Ono
bez słowa go połknęło.
-
Niesamowite! - zachwycił się. - Nadal jesteś głodne?
-
Yhm, tak. Kamieniom brakuje wartości odżywczych.
-
Jak twój organizm może działać... - zastanowił się chłopak, w
pospiechu zrywając trawę.
Niebawem
Dziecko było już po zjedzeniu kamienia, znacznej ilości drobnych
roślin, krzaka, kory z drzewa, pudełka z tłustym jedzeniem z
całonocnego baru (kupowała je Noemi, podczas gdy Sean czekał z ich
olbrzymim podopiecznym), dziesięciu gotowanych jajek z Taniego
Sklepu dla Bezdomnych i kawałka kartonu ze śmietnika.
-
Może starczy – zbuntował się Sean. - To w końcu nasze ciężko
ukradzione pieniądze.
-
Ja nie kradnę. - zaznaczyła Noemi. - Nie ucz Dziecka takich rzeczy.
-
Żyje w slumsach. - uśmiechnął się z rozbawieniem Sean. - Im
szybciej, tym lepiej.
-
Wyobrażasz sobie giganta – kieszonkowca?!
-
Jestem głodne. - przerwało im Dziecko.
-
Nadal?!
-
Tak. I nawet wiem, co chcę zjeść.
-
Słucham. - westchnął Sean z rezygnacją.
-
Tamto. - Dziecko wskazało tłustym paluszkiem w kierunku okna domu
z czerwonej cegły kawałek dalej. Wisiały w nim fikuśne firanki w
panterkę, aktualnie zaciągnięte. Za nimi nie paliło się żadne
światło.
-
Dlaczego akurat to, aniołku? - zapytał przez zaciśnięte zęby
Sean.
-
Wygląda na smaczne. Właściwie to wygląda na naprawdę pyszne.
Podobno umiesz kraść, więc włam się tam i ukradnij dla mnie tę
smaczną rzecz.
-
A jeśli nie?
-
To zrobię teraz siku. A potem zacznę krzyczeć bez dzióbka, tak,
że usłyszą mnie wszyscy dookoła!
-
Ależ ty jesteś rozpieszczone. - zauważył Sean niechętnie, ale
ruszył w stronę budynku. Nie czuł się zbyt pewnie, w środku nocy
kradnąc firanki. Jeżeli miałby być szczery, nigdy się nigdzie
nie WŁAMYWAŁ. Ponadto, raczej starał się unikać spacerków po
Nadrzecznej w środku nocy. Wydawała się jeszcze bardziej
niebezpieczna, a do tego jakby zapuszczona i ponura. Pijackie wrzaski
bez widocznego właściciela, byle jakie domy, smród ryb i
wszechobecne graffiti jakby zyskiwały nowe znaczenie.
Chcąc
nie chcąc, podszedł do drzwi z wybitą szybą. Teoretycznie obok
był domofon i nie dało się wejść, jeśli ktoś nas nie wpuści,
jednak w praktyce wystarczyło wsunąć rękę przez dziurę w szybie
i nacisnąć na klamkę od środka. Ach, ta przemyślna architektura
slumsów. Niebawem chłopak wspiął się po schodach i stanął pod
drzwiami, za którymi, jak mu się wydawało, mieszkał właściciel
„pysznych” firanek.
Chłopak
wziął głęboki oddech, zęby się uspokoić. Kiedyś znajomy
akrobata pokazywał mu, jak się posługiwać wytrychem. To nie
powinno być trudne... prawda? W końcu zawsze nosił ten drucik przy
sobie, licząc, że w końcu się przyda...
Bo
przecież nigdy nie wiadomo, kiedy gigantyczne dziecko będzie
chciało zjeść zasłony, po które trzeba się włamać.
Wsunął
wytrych w zamek i, delikatnie nim poruszając, zaczął przestawiać
zapadki.
Udało
się. Najważniejsze teraz to nie dać się przyłapać.
Powoli
nacisnął na klamkę, zestresowany, drzwi jednak otworzył szybko,
by nie zdążyły upiornie zaskrzypieć. W tym obcym mieszkaniu
dziwnie pachniało jakimś nieznanym mu kremem, jajecznicą i czymś,
czego nie umiał określić. Każdy dom po prostu posiada inną woń.
Powoli
ruszył przed siebie, nie znając ustawienia sprzętów i mebli. W
mroku majaczyły mu jedynie niewyraźne sylwetki przedmiotów. Jakieś
pudła, szafka, kulawy stołek... usilnie starał się nie wyobrażać
sobie przyczajonych tu i ówdzie postaci.
Z
pokoju po jego lewej dobiegło go chrapanie, a po plecach przemknął
mu dreszcz, lecz wcale nie dlatego, iż bał się przyłapania. Po
prostu na swój sposób współczuł właścicielowi mieszkania, że
kiedy on sobie smacznie śpi, jakieś natręt skrada mu się po
mieszkaniu. Aż strach pomyśleć, ilu ludzi zapewne plątało się w
pobliżu jego samego, Seana, kiedy spał pod mostem, na zapleczach
barów czy burdeli u zaprzyjaźnionych pełnoletnich, bądź też w
opuszczonych budynkach.
Tak
czy inaczej, ruszył do salonu. Właściciel mieszkania dotąd się
nie obudził, i chłopak poczuł się nieco pewniej.
Jednak
kiedy wszedł do pokoju, omal nie zemdlał.
Jego
noga natrafiła na coś małego i miękkiego w dziwnie „żywy”
sposób. Cofnął ją pospiesznie, walcząc z chęcią wydania z
siebie przeraźliwego okrzyku.
Na
cienkiej karimacie na podłodze ktoś spał. Ktoś z głową zwróconą
w drugą stronę, nakryty niemal w całości kołdrą, z jedną z rąk
skierowaną ku górze. To właśnie na palce tej dłoni lekko
nastąpił Sean.
Przez
jedną straszną chwilę był pewien, że obudził owego człowieka.
Że ten za chwilę zerwie się z ziemi, dowie o włamaniu i wezwie
stróży... albo gorzej, jak to się mawiało w slumsach.
Lecz
nic takiego się nie stało. Postać poruszyła się nieco i
wymamrotała coś przez sen.
Chłopiec
czekał chwilę w napięciu, lecz ten ktoś wciąż spał. Chyba, bo
Sean nie widział jego twarzy. Tak czy inaczej, zapanował nad
przerażeniem, i cały spocony ruszył w stronę okna. Zaraz będzie
po wszystkim...
Dotarł
do zasłon, nie wywołując po drodze niepotrzebnych hałasów. Tylko
jak je ściągnąć? Sean raczej nie miał w swoim życiu specjalnie
wielu okazji do nawiązywania kontaktu z firankami. Zerknął w górę,
co okazało się dobrym posunięciem: dostrzegł małe kółeczka
podtrzymujące materiał. Odczepiać je po kolei czy...?
Szarpnął.
Zasłonki
zwaliły mu się na głowę, ale przynajmniej zaskakująco łatwo je
zerwał.
Ciekawe,
co pomyśli sobie rano właściciel domu, kiedy dostrzeże, że nie
ma zasłon...?
Zerknął
w kierunku postaci na materacu, upewniając się, że śpi. Bardzo
uważał, żeby za długo się na nią nie gapić, bo miał wrażenie,
iż wówczas ludzie wykazują tendencję do otwierania oczu.
Starannie
zwinął materiał, żeby żadne nieposłuszne rogi o nic nie haczyły
i żeby nie mieć ograniczonej widoczności. Z bijącym mocno sercem,
ruszył do wyjścia.
Odetchnął
z ulgą, kiedy znalazł się na świeżym powietrzu.
-
Noemi - syknął w przestrzeń.
Jego
przyjaciółka i ogromne raczkujące dziecko wychynęli zza budynku.
-
Mam – szepnął.
-
Co tak cicho? - zapytała Noemi z niejakim rozbawieniem. - Już nie
musisz uważać na hałasy. Trudno ci było się włamać? Było
bardzo strasznie?
-
Wcale. - skłamał Sean. Nawet nie myślał o tym, że kłamie.
-
Mniam! - ucieszyło się Dziecko.
Sean
westchnął ciężko, po czym podał mu zasłony.
-
To nie musi być smaczne – uprzedził, dziecko jednak zwinęło
materiał w kulkę i wepchnęło sobie w całości do ust.
-
Zjesz to? - zdziwiła się Noemi.
-
Tak.
-
Smaczne?
-
Nie.
Dziecko
przełknęło hałaśliwie.
-
Najadłom się.
-
Nie sądziłam, ze to możliwe. - zauważyła zaskoczona Noemi. -
Słuchaj, a gdzie jest właściwie teraz Pani Bóg?
-
Nie wiem. - odparło. Czknęło i dodało: - Ale w każdej chwili
mogę ją zawołać.
-
Co! - wykrzyknęli Sean i Noemi równocześnie.
-
Czemuś tego nie zrobiło? - wykrzyknął chłopak.
-
Bo się obraziłom. Podobno jestem nieudanym prototypem, tak mnie
nazwała – no to się obraziłom i poszłom. Ale jak zrobię
dzióbek, to przyjdzie.
-
Rób, do cholery! - warknął Sean.
-
Myślisz, że powinnom już jej wybaczyć?
-
Zdecydowanie!
Dziecko
zwinęło usta w trąbkę. Ani uszu Seana, ani Noemi nie dobiegł
żaden dźwiek.
-
Już. Teraz czekamy. - Obwieściło Dziecko. - Nie trzeba długo
krzyczeć, pani Bóg szybko reaguje.
Siedzieli
tak w pełnej napięcia ciemności i ciszy. Gdzieś w Nadrzecznej
zawył pies, jakby ktoś go zatrudnił do budowania napięcia.
Powiewał wiatr.
-
Ta dzielnica wygląda jak scenografia niskobudżetowego
przedstawienia. - zauważyła Noemi.
-
Ta dzielnica wygląda po prostu na niskobudżetową. - odrzekł Sean.
- Czy ty nas nie nabierasz, Dziecko?
-
Co to znaczy niskobudżetowy? - odparło ono niewinnie.
Sean
wstał.
-
Hej! Wcale nie wydałoś z siebie dźwięku!
-
Owszem.
-
Jasne! - prychnął Sean. Jego złość narastała z każdą chwilą.
- My cię karmimy, kradniemy dla ciebie zasłony, a ty po prostu
udawałoś...!
-
BŁOGOSŁAWIENI KTÓRZY NIE WIDZIELI, A UWIERZYLI! - rozległ się
nagle potężny głos, chciałoby się rzec „znikąd”, lecz
chociaż doskonale roznosił się po okolicy, dobiegał jakby
najbardziej ze strony zachodniej.
-
Słucham? - zdziwiła się uprzejmie Noemi po chwili ciszy.
-
Nic takiego, miałam ochotę to powiedzieć. - usłyszała w
odpowiedzi niezbyt wysoki, ale raczej przyjemny, choć gderliwy
kobiecy głos. - Okazja trafia się przeważnie w tramwajach, ale tam
nie ma takiego efektu.
Zza
rogu wyłoniła się dość wysoka kobieta, około 30 – 40 letnia,
o blond włosach spiętych w kok. Na sobie miała różową sukienkę,
fioletowy szal, oraz żółte buty i rękawiczki.
-
Jestem Bogiem. - oznajmiła uroczyście.
-
Serio...? - wydukał Sean.
-
Nie. Ja stworzyłam Dziecko, ale laboratoryjnie. Miało być
potomkiem idealnym do sprzedaży, ale coś mi się pochrzaniło i
zrobiło się cholernie wielkie. Zresztą... - westchnęła. - Nie
tylko to się nie zgadza.
-
Słucham? - Nie dowierzała Noemi. -I tak po prostu się pojawiasz,
tak po prostu nam to tłumaczysz? Nie powinniśmy sami dopytać, albo
coś? Nie powinniśmy cię długo i z wieloma trudami poszukiwać?
-
Nie rozumiem, po co sobie utrudniać życie. - odparła Pani Bóg. -
Zawsze mnie to drażniło w książkach i filmach, prawdę mówiąc:
jeśli bohaterowi się powie, że coś jest niemożliwe, a
przynajmniej niewyobrażalnie trudne, niemal na pewno mu się to uda.
Tyle, że strasznie długo to będzie trwało. - westchnęła. - Za
to przeważnie pojawiają się całkiem „niespodziewane problemy”,
przeważnie natury sercowej. No bo powiedzcie mi, dlaczego ktoś, kto
potrafi przeskoczyć z motoru do samolotu, przejąć stery i uratować
tenże samolot przed rozwaleniem się o skały, nie może uratować
własnej żony...? Zresztą, nieistotne. Męczy was to Dziecko?
-
Strasznie. - westchnęła Noemi, postanawiając przemilczeć
wypowiedź o samolotach i niewyobrażalnie trudnych problemach. -
Musieliśmy mu ukraść zasłony!
-
Ściślej rzecz biorąc, nie musieliście. Mogliście uciec w
cholerę, bo ono nie potrafi się zbyt szybko przemieszczać. -
westchnęła. - Jestem Lavinia, swoją drogą.
-
Noemi.
-
Sean.
-
Czy teraz zabierzesz je z powrotem? - dodał chłopak.
-
Ej! Bo się obrażę! - wrzasnęło Dziecko, na nikim jednak ta
groźba nie zrobiła większego wrażenia.
-
Nie całkiem. - odparła Lavinia.- Czekałam, aż mnie zawoła, żeby
móc je, no wiecie, anulować.
-
Anulować? - Sean uniósł brwi.
-
Taa, wiecie. Puf! - Lavinia gwałtownie machnęła ręką. - Po
problemie, nie ma, nec locus, ubi mały śmierdziel! Wieszak
niepotrzebny. Takie są zalety laboratorium.
-
Po problemie, mówisz? - powtórzyła Noemi.
Dziecko
obserwowało wszystkich po kolei z dziwnym wyrazem twarzy.
-
Nie musicie dziękować. - zapewniła Lavinia.
Jakiś
czas później dwie ludzkie sylwetki po ciemku wracały do „domu”,
o ile można tak nazwać własne miejsce pod mostem. Oświetlał je
jedynie księżyc, ubrania powiewały na wietrze. Postacie były
nieduże, wręcz dziecięce, lecz mimo późnej pory, bynajmniej nie
słaniały się na nogach ze zmęczenia. Może dlatego, że bezdomni
mali ludzie często w nocy czuwają? A może dlatego, że po prostu
ostatnio dużo się działo? Ciężko było powiedzieć.
Wreszcie
jedna z nich westchnęła.
-
Myślisz, że to była zła decyzja, Sean?
-
Nie. - zaprzeczył dziecięcy głosik.
Za
dwiema postaciami raczkował gigantyczny bobas.
-
Właściwie to czemu pani Bóg?
-
Bo mnie stworzyła, myślalom, że to oczywiste.
-
Jasne. A kim my teraz dla ciebie jesteśmy?
-
Opiekunami. Chyba, ze zasłużycie na coś innego.
Noemi
roześmiała się, dodając swoją kropelkę do morza hałasów
dzielnicy Nadrzecznej.
Sean <3
OdpowiedzUsuń