sobota, 11 czerwca 2016

Zjawisko pogodowe

Wallen na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło brutalnym, prymitywnym, zacofanym miastem, z iście średniowiecznym podziałem na trzy klasy społeczne, żyjące w osobnych dzielnicach. Zwłaszcza slumsy zdawały się być potraktowane przez rozwój cywilizacji jak wielka, paskudna kałuża, którą należy ominąć szerokim łukiem. Zresztą... chyba i ewolucja myślała podobnie, bo mieszkańcy tej części miasta bardzo by się zdziwili, gdyby ktoś im powiedział, że światem wcale nie rządzą najsilniejsi, a najwyższej wartości nie stanowi posiadanie pożywienia.


Jednak slumsy posiadały coś takiego, jak własny instytut meteorologiczny.
Może nie był duży, jednak bardzo prężnie się rozwijał – na przykład niedawno wzbogacił się o poruszane wiatrem dzwoneczki.
Jego personel stanowiły trzy osoby.
Może to brzmieć śmiesznie, lecz te trzy osoby były prawdziwymi pasjonatami nauk pogodowych, ich wpływu na nastrój oraz na Rzekę Szaleństwa (Zresztą, temat Rzeki stanowił osobną gałąź nauki, tak jak i sama Rzeka stanowiła całkowicie indywidualny byt). W Oficjalnym Instytucie Meteorologicznym Slumsów, mieszczącym się w jednym z mieszkań w Starej Dzielnicy, znajdowało się także kilka całkiem skutecznych przyrządów, sprowadzanych aż z Mista, do czasu, aż nie skończyły się pieniądze.
Które to przyrządy obecnie całkiem zwariowały.
- Martin...? - odezwał się niepewnie Andreas, wpatrując się w płaską, przypominającą nieco lustro tabliczkę, która powinna informować o zachmurzeniu i temperaturze. - Wykaz zachmurzenia... erm... zwariował.
- Co? - Odparł Martin z rozdrażnieniem. „Co za amatorzy, pomyślał”. - Nic się nie wyświetla? Odpowiednio go wyregulowałeś?
- Ale wyświetla. Tak jakby. To znaczy, właściwie to migocze.
- Słucham...?
Właściciel Instytutu (No dobra, po prostu to on wynajął mieszkanie) podszedł pewnym krokiem do urządzenia.
I zobaczył brązowo – złote rozbłyski światła.
- Co to ma być! - wykrzyknął ze złością logicznie myślącego człowieka, którego znienacka wysłano do Narni.
- Hm, jaką właściwie mamy fazę księżyca? - odezwała się nagle Inez. - Z moich pomiarów wynika, że księżyc właściwie nie istnieje.
- Co?! - Martin nie wiedział, w którą stronę się zwrócić.
- Ponadto – ciągnęła niezrażona kobieta, analizując swoje notatki – Każdy nastrojometr pokazuje co innego. Wszystkie są zgodne tylko co do tego, że wpływ obecnej pogody na nastroje w Wallen waha się między dużym, a bardzo dużym.



Angelo podjął w swoim życiu w gruncie rzeczy tylko jedną ryzykowną decyzję. Najbardziej niepokojące było jednak to, ze właściwie nie miał powodu jej podejmować.
Całe życie upłynęło mu na robieniu rzeczy sensownych. W końcu, nie tylko mieszkał w Dzielnicach Arystokracji – on był arystokratą, na bogów! Za żonę wziął kobietę z dobrego rodu, o nienagannych manierach, która doskonale sprawdzała się w swojej roli. W arystokracji bowiem funkcja małżonka była bardziej urzędowa, niż sercowa, i to kobiety wybierane były przez mężczyzn, o ile rodzina owego mężczyznę zaakceptowała. Samych żon nikt specjalnie nie pytał o zdanie.
Jednak wracając do Angelo i jego dotychczasowych rozsądnych decyzji. Człowiek ten miał także dom, odpowiednio duży i luksusowy, wyglądający niczym pałac – jak wszystkie w okolicy. Pracował jako jeden z Doradców króla Serafina Tristiana Anastazego, co było rolą więcej niż prestiżową. Nad nim stał jedynie sam król, oraz czterej Arcydoradcy. Objęcie funkcji takiej jak ta wymagało nie lada wysiłku i poświęcenia, długich lat nauki i rezygnowania z wielu drobnych przyjemności i rozrywek – lecz były to tylko kolejne dobre decyzje na drodze Angelo. Córkę swoją, Dolores, zamierzał wydać za syna brata Arcydoradcy, tym samym zapewniając jej godziwą przyszłość, przypominającą nieco jego własne życie.
Bogowie, nawet, kiedy wybierał pokojówkę, starannie studiował jej referencje, a nim zdecydował się na którąś z potraw w karcie restauracji, rozważał kwestie smaku, kaloryczność, cenę, wygląd dania i porę roku. Zawsze starannie prowadził dziennik wydatków, zawsze na czas zmieniał kartkę w kalendarzu, jego zegarek zawsze dobrze chodził. Ten mężczyzna sam był jednym wielkim żywym zegarkiem!
Lecz dzisiaj postanowił zrobić sobie wolne od pracy, przebrać się za zajączka i wyruszyć na spacer.
Tego pomysłu nie analizował wcale, stwierdził po prostu, że ma na to wyjątkowa ochotę. Poza tym, na jego biurku piętrzyła się groźnie wyglądająca sterta „papierkowej roboty” - normalnie nigdy nie określał tak swojej, jakby nie patrzeć, bardzo ważnej pracy, lecz dziś ten zwrot jakoś pasował. Poza tym, zwracanie się do wszystkich swoim otoczeniu zgodnie z ich pozycją społeczną i innymi takimi wydawało mu się strasznie nudne. Doszedł do wniosku, że na jedne dziś zostanie kimś całkiem innym, kogo nie da się nijak zaszufladkować.
Ogromy, biały puchaty zajączek nasuwał się sam przez siebie. Musiałby to być kostium, w którym nikt go nie pozna, całkowicie zakrywający jego osobę.
Ze swoją standardową miną Bardzo Ważnej Osobistości wymknął się ze swojego gabinetu, w duchu jednak już zacierał ręce i chichotał jak mały chłopiec na myśl o czekającej go zabawie w wielkiego królika (czy tam zająca, jeden pies).
Ruszył ulicą, dla odmiany nie przyglądając się pałacom wokół, tylko rozważając, gdzie znajdzie tutaj wypożyczalnię kostiumów.
Przypomniał sobie, że kiedyś dawno temu, szukali z żoną stroju na bal przebierańców dla córeczki. Pokłócili się wtedy, ponieważ Dolores koniecznie chciała wygrać konkurs na najlepsze przebranie, a to się przecież nie uda, jeśli nie uszyją go sami. W końcu chodziła do elitarnej szkoły, gdzie każdego było stać na kupne kostiumy.
I nagle go olśniło. Pojechali wówczas do teatru!

Ogromny księżyc jako pierwsza dostrzegła Stara Szalona Jolie.
Był nie tylko ogromny, do tego miał kolor wnętrza nieco zbyt dojrzałego arbuza. I świecił. Jolie nie miała o tym pojęcia, lecz księżyc wcale nie świeci, odbija jedynie światło słońca – jest nędznym naśladowcą bez własnego zdania. Ten jednak wyglądał, jakby miał sporo do powiedzenia na najróżniejsze tematy.
Stara, niemal bezzębna, brudna kobieta, odziana w szmaty nieokreślonego koloru, rozdziawiła usta ze zdumieniem. Otaczające ją slumsy nagle stały się dziwacznym, lekko różowawym miejscem, które mogłoby jej się z powodzeniem śnić. Zdawało się jednak, że to zmiana na korzyść. W powietrzu pojawiło się coś nieokreślenie słodkiego, jakby nadchodziła jakaś nowa, nieznana dotąd pora roku, albo daleki, lepszy kuzyn mocnej, dobrej ulewy. Lecz księżyc przyniósł ze sobą również coś w rodzaju atmosfery oczekiwania.
- Co to jee... tu mi, hę? - wymamrotała Jolie. Schody, na których zawsze przesiadywała w ubogiej, cuchnącej Dzielnicy Nadrzecznej, nadal były twarde, brudne i niewygodne, lecz to na chwilę straciło znaczenie, jakby ktoś właśnie wrzucił jej stuzłotowy banknot do papierowego kubka.
Kobieta poczuła, że chce mieć coś wspólnego z tym różowym dziwactwem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miała wrażenie, że naprawdę interesuje ją coś innego, niż pieniądze, jedzenie i alkohol.
Właściwie to miała ochotę wręcz dać temu wielkiemu arbuzowi prezent. Z cichym jękiem sięgnęła pod schody, po pustą butelkę po piwie. I podreptała w kierunku, który jakoś wydawał jej się właściwy.


Sean był rozczarowany. Naprawdę, porządnie rozczarowany. Nawet jego samego dziwiło, dlaczego ta cała sytuacja robi na nim takie wrażenie.
Tak czy inaczej, pół siedział, pół wisiał na ogrodzeniu małego domku z zapuszczonym ogrodem na mniej niebezpiecznym krańcu Nadrzecznej. Zaś po drugiej stronie stali Mersedes, Shamil i Malaury.
- Więc, co tam u ciebie? - zagaiła przepraszająco dziewczyna po długiej chwili ciszy.
- Nic specjalnego. - mruknął ponuro.
Kiedyś inaczej im się rozmawiało. Znali się jeszcze, kiedy Sean podróżował z Tancerzami. I stanowili dość zgrany skład, ale w tej chwili Sean miał wrażenie, że to nie są już te same osoby. Jak to możliwe, że parę lat temu przekrzykiwali się w rozmowie, a teraz nikt nie był w stanie nic z siebie wydusić?
Spotkali się po dłuższym czasie i wszyscy byli inni.
Sean usiłował desperacko przypomnieć sobie, o czym wcześniej rozmawiali.
- Pamiętacie Kota? - odezwał się Shamil, mając na myśli do połowy łysego zwierzaka, który w pewnym momencie zaczął pałętać się wśród tancerzy, o wyjątkowo pomysłowym imieniu.
- Taa – uśmiechnęła się Mersedes i to właściwie było tyle w tym temacie. Wszystkie słowa, jakie przychodziły im do głowy, wydawały się niewłaściwe, nudne lub głupie.
„Może za bardzo dorośliśmy”, pomyślał Sean.
- Muszę iść – rzucił wreszcie, zeskoczył z płotu i ruszył przed siebie.
- Spotkamy się jeszcze? - zawołała Mersedes wymuszonym tonem, jakby tak należało.
- Nie – odkrzyknął Sean. Czuł się dziwnie. Jakby brakowało mu innych, ale nie tylko, brakowało mu właściwie niecodziennych relacji z innymi.
Na przykład spotkać obcą osobę, opowiedzieć historie swojego życia, po czym odejść. Bez takich sytuacji jak teraz – zwykłych, normalnych, przykrych następstw kontaktów międzyludzkich, takich jak to, że po długim czasie ludzie, których nazywał przyjaciółmi, nie wydają się nawet szczególnie sympatyczni.
Do tego męcząco pachniało czymś mokrym i jakimiś kwiatami. Męcząco, a właściwie bardziej nagląco, jakby ten zapach wiedział, czego brakuje Seanowi, a on sam nie.

Helena właściwie się tego spodziewała.
W końcu normalnie raczej nie chodziła na spacery, lecz dzisiaj niespodziewanie postanowiła wybrać się do Samotnej Dzielnicy.
Nikt nigdy tu nie przychodził. Dawniej ta okolica była ośrodkiem życia towarzyskiego, kulturalnego i rozrywkowego slumsów, nie przypominała jednak Nadrzecznej. Budowle były w miarę porządne, zrobione z szarego kamienia, sama Dzielnica dość czysta i nieźle utrzymana. Odbywały się koncerty, przedstawienia, imprezy, od wieczora do rana i nie tylko. Wszędzie przyczepiano balony, dekoracje tematyczne i sezonowe, których potem nikomu nie chciało się zdejmować, światełka, serpentyny. Szare budowle tonęły w różnobarwnych ozdobach.
Ale to było kiedyś. Ludzie, którzy tu mieszkali, zestarzeli się i nie założyli rodzin, bądź po prostu wynieśli. Teraz było tu pusto i cicho, a na wietrze powiewały resztki starych upiększeń.
Szesnastoletnia Helena jednak zawsze podziwiała swoisty urok tego miejsca, zatem doskonale wiedziała, dokąd powinna się udać, wychodząc. I nie zawiodła się.
Na niebie świecił wielki księżyc w dziwacznym kolorze. Wokół zbierały się chmury, jednak żadna go nie przysłaniała, zaś na ich tle zaczęły pojawiać się świetliste, przeplatające się nawzajem kręgi.
To jednak nie było wszystko. Dziewczyna wiedziała, ze jeszcze na coś czeka. Miała niejasne, niekonkretne przeczucia, co do tego, na co, kojarzące się ze słowami „pachnący”, „szybko”, „dużo”, „inaczej”.


Przez pierwsze dwie godziny Angelo świetnie się bawił. Zaglądał do sklepów, machał puchatą łapką zszokowanym kasjerom. Kicał za obcymi ludźmi, dopóki nie zaczęli na niego krzyczeć. Chował się w krzakach i starannie je obwąchiwał. Niespodziewanie przytulał obce kobiety, które reagowały bardzo różnie. Popisywał się przed nieznajomymi puchatym ogonkiem.
Tylko że nikt nie odnosił się do niego tak, jak by mu się marzyło. Wszyscy byli tacy zdziwieni, wręcz trochę oburzeni, po prostu sztywni. W końcu, czego mógł się spodziewać po Arystokratach? On sam w każdy inny dzień byłby identyczny!
Ale teraz... teraz chciał, by inni działali tak naturalnie i instynktownie jak on sam. Jakby dopiero zostali stworzeni, nie mieli jeszcze domów, ognia, ubrań, uprzedzeń, problemów, migreny i zahamowań.
Postanowił wybrać się do Slumsów. Normalnie byłby to szalony pomysł, ale w końcu, gdzie ludzie będą bardziej naturalni, hę?

Seana jego własne kroki zdradziły i doprowadziły do miejsca, do którego wcale się nie wybierał. Czuł coraz większą irytację, która powoli przeradzała się bardziej w energię. Zapach wwiercał mu się w nos, drażniąco mocny, a także na swój sposób przyjemny. Trafił do Samotnej Dzielnicy, i dopiero wówczas dostrzegł, co się stało z niebem. Zauważył również, że siedzi tam jakaś dziewczyna, wyglądająca na dobrze zrobiony rysunek. Było coś uroczego w sposobie, w jaki trzymała zgięte łokcie, coś zaplanowanego w ułożeniu jej włosów i lekkim zmrużeniu powiek, jakby nie była człowiekiem, tylko obrazem.
- Cześć – odezwała się najswobodniej w świecie.
Po chwili pojawili się i inni.
„Właściwy kierunek” szalonej Jolie doprowadził ją do Samotnej Dzielnicy, dokładnie do tego samego miejsca, co Seana. Kobieta była o tym przekonana, więc z szacunkiem złożyła na ziemi butelkę po piwie, nie chcąc w tym ważnym momencie mieć zajętych rąk.
Królik Angelo, gdy tylko przebył Dzielnice klasy średnie i przekroczył mur oddzielający je od slumsów, ruszył prosto przed siebie, aż znalazł się właśnie w tym miejscu. Wiedział, że to właściwi ludzie.
Inez nie zamierzała sprzeczać się ze wskazaniami nastrojometru. Kuszący zapach za oknem skłonił ją, by udała się na spacer, przy okazji analizując warunki atmosferyczne. Tutaj były jakby najbardziej nasilone, i to właśnie to miejsce najbardziej nadawało się do badań. Lecz na razie ich nie przeprowadzała, tylko czekała wraz z resztą.
Byli też inni. Pogoda miała swoją siłę. Całe tłumy rozmaitych ludzi, głównie ze slumsów, ale i z arystokracji i klas średnich. W taki czy inny sposób trafili tutaj.
Wszyscy wymienili między sobą spojrzenia. To, co ma się dziać dalej, nagle stało się odrobinę bardziej jasne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz