Jednak slumsy posiadały coś takiego,
jak własny instytut meteorologiczny.
Może nie był duży, jednak bardzo
prężnie się rozwijał – na przykład niedawno wzbogacił się o
poruszane wiatrem dzwoneczki.
Jego personel stanowiły trzy osoby.
Może to brzmieć śmiesznie, lecz te
trzy osoby były prawdziwymi pasjonatami nauk pogodowych, ich wpływu
na nastrój oraz na Rzekę Szaleństwa (Zresztą, temat Rzeki
stanowił osobną gałąź nauki, tak jak i sama Rzeka stanowiła
całkowicie indywidualny byt). W Oficjalnym Instytucie
Meteorologicznym Slumsów, mieszczącym się w jednym z mieszkań w
Starej Dzielnicy, znajdowało się także kilka całkiem skutecznych
przyrządów, sprowadzanych aż z Mista, do czasu, aż nie skończyły
się pieniądze.
Które to przyrządy obecnie całkiem
zwariowały.
- Martin...? - odezwał się niepewnie
Andreas, wpatrując się w płaską, przypominającą nieco lustro
tabliczkę, która powinna informować o zachmurzeniu i temperaturze.
- Wykaz zachmurzenia... erm... zwariował.
- Co? - Odparł Martin z
rozdrażnieniem. „Co za amatorzy, pomyślał”. - Nic się nie
wyświetla? Odpowiednio go wyregulowałeś?
- Ale wyświetla. Tak jakby. To znaczy,
właściwie to migocze.
- Słucham...?
Właściciel Instytutu (No dobra, po
prostu to on wynajął mieszkanie) podszedł pewnym krokiem do
urządzenia.
I zobaczył brązowo – złote
rozbłyski światła.
- Co to ma być! - wykrzyknął ze
złością logicznie myślącego człowieka, którego znienacka
wysłano do Narni.
- Hm, jaką właściwie mamy fazę
księżyca? - odezwała się nagle Inez. - Z moich pomiarów wynika,
że księżyc właściwie nie istnieje.
- Co?! - Martin nie wiedział, w którą
stronę się zwrócić.
- Ponadto – ciągnęła niezrażona
kobieta, analizując swoje notatki – Każdy nastrojometr pokazuje
co innego. Wszystkie są zgodne tylko co do tego, że wpływ obecnej
pogody na nastroje w Wallen waha się między dużym, a bardzo dużym.
Angelo podjął w swoim życiu w
gruncie rzeczy tylko jedną ryzykowną decyzję. Najbardziej
niepokojące było jednak to, ze właściwie nie miał powodu jej
podejmować.
Całe życie upłynęło mu na
robieniu rzeczy sensownych. W końcu, nie tylko mieszkał w
Dzielnicach Arystokracji – on był arystokratą, na bogów! Za żonę
wziął kobietę z dobrego rodu, o nienagannych manierach, która
doskonale sprawdzała się w swojej roli. W arystokracji bowiem
funkcja małżonka była bardziej urzędowa, niż sercowa, i to
kobiety wybierane były przez mężczyzn, o ile rodzina owego
mężczyznę zaakceptowała. Samych żon nikt specjalnie nie pytał o
zdanie.
Jednak wracając do Angelo i jego
dotychczasowych rozsądnych decyzji. Człowiek ten miał także dom,
odpowiednio duży i luksusowy, wyglądający niczym pałac – jak
wszystkie w okolicy. Pracował jako jeden z Doradców króla Serafina
Tristiana Anastazego, co było rolą więcej niż prestiżową. Nad
nim stał jedynie sam król, oraz czterej Arcydoradcy. Objęcie
funkcji takiej jak ta wymagało nie lada wysiłku i poświęcenia,
długich lat nauki i rezygnowania z wielu drobnych przyjemności i
rozrywek – lecz były to tylko kolejne dobre decyzje na drodze
Angelo. Córkę swoją, Dolores, zamierzał wydać za syna brata
Arcydoradcy, tym samym zapewniając jej godziwą przyszłość,
przypominającą nieco jego własne życie.
Bogowie, nawet, kiedy wybierał
pokojówkę, starannie studiował jej referencje, a nim zdecydował
się na którąś z potraw w karcie restauracji, rozważał kwestie
smaku, kaloryczność, cenę, wygląd dania i porę roku. Zawsze
starannie prowadził dziennik wydatków, zawsze na czas zmieniał
kartkę w kalendarzu, jego zegarek zawsze dobrze chodził. Ten
mężczyzna sam był jednym wielkim żywym zegarkiem!
Lecz dzisiaj postanowił zrobić sobie
wolne od pracy, przebrać się za zajączka i wyruszyć na spacer.
Tego pomysłu nie analizował wcale,
stwierdził po prostu, że ma na to wyjątkowa ochotę. Poza tym, na
jego biurku piętrzyła się groźnie wyglądająca sterta
„papierkowej roboty” - normalnie nigdy nie określał tak swojej,
jakby nie patrzeć, bardzo ważnej pracy, lecz dziś ten zwrot jakoś
pasował. Poza tym, zwracanie się do wszystkich swoim otoczeniu
zgodnie z ich pozycją społeczną i innymi takimi wydawało mu się
strasznie nudne. Doszedł do wniosku, że na jedne dziś zostanie
kimś całkiem innym, kogo nie da się nijak zaszufladkować.
Ogromy, biały puchaty zajączek
nasuwał się sam przez siebie. Musiałby to być kostium, w którym
nikt go nie pozna, całkowicie zakrywający jego osobę.
Ze swoją standardową miną Bardzo
Ważnej Osobistości wymknął się ze swojego gabinetu, w duchu
jednak już zacierał ręce i chichotał jak mały chłopiec na myśl
o czekającej go zabawie w wielkiego królika (czy tam zająca, jeden
pies).
Ruszył ulicą, dla odmiany nie
przyglądając się pałacom wokół, tylko rozważając, gdzie
znajdzie tutaj wypożyczalnię kostiumów.
Przypomniał sobie, że kiedyś dawno
temu, szukali z żoną stroju na bal przebierańców dla córeczki.
Pokłócili się wtedy, ponieważ Dolores koniecznie chciała wygrać
konkurs na najlepsze przebranie, a to się przecież nie uda, jeśli
nie uszyją go sami. W końcu chodziła do elitarnej szkoły, gdzie
każdego było stać na kupne kostiumy.
I nagle go olśniło. Pojechali wówczas do teatru!
Ogromny księżyc jako pierwsza
dostrzegła Stara Szalona Jolie.
Był nie tylko ogromny, do tego miał
kolor wnętrza nieco zbyt dojrzałego arbuza. I świecił. Jolie nie
miała o tym pojęcia, lecz księżyc wcale nie świeci, odbija
jedynie światło słońca – jest nędznym naśladowcą bez
własnego zdania. Ten jednak wyglądał, jakby miał sporo do
powiedzenia na najróżniejsze tematy.
Stara, niemal bezzębna, brudna
kobieta, odziana w szmaty nieokreślonego koloru, rozdziawiła usta
ze zdumieniem. Otaczające ją slumsy nagle stały się dziwacznym,
lekko różowawym miejscem, które mogłoby jej się z powodzeniem
śnić. Zdawało się jednak, że to zmiana na korzyść. W powietrzu
pojawiło się coś nieokreślenie słodkiego, jakby nadchodziła
jakaś nowa, nieznana dotąd pora roku, albo daleki, lepszy kuzyn
mocnej, dobrej ulewy. Lecz księżyc przyniósł ze sobą również
coś w rodzaju atmosfery oczekiwania.
- Co to jee... tu mi, hę? -
wymamrotała Jolie. Schody, na których zawsze przesiadywała w
ubogiej, cuchnącej Dzielnicy Nadrzecznej, nadal były twarde, brudne
i niewygodne, lecz to na chwilę straciło znaczenie, jakby ktoś
właśnie wrzucił jej stuzłotowy banknot do papierowego kubka.
Kobieta poczuła, że chce mieć coś
wspólnego z tym różowym dziwactwem. Po raz pierwszy od dłuższego
czasu miała wrażenie, że naprawdę interesuje ją coś innego, niż
pieniądze, jedzenie i alkohol.
Właściwie to miała ochotę wręcz
dać temu wielkiemu arbuzowi prezent. Z cichym jękiem sięgnęła
pod schody, po pustą butelkę po piwie. I podreptała w kierunku,
który jakoś wydawał jej się właściwy.
Sean był rozczarowany. Naprawdę,
porządnie rozczarowany. Nawet jego samego dziwiło, dlaczego ta cała
sytuacja robi na nim takie wrażenie.
Tak czy inaczej, pół siedział, pół
wisiał na ogrodzeniu małego domku z zapuszczonym ogrodem na mniej
niebezpiecznym krańcu Nadrzecznej. Zaś po drugiej stronie stali
Mersedes, Shamil i Malaury.
- Więc, co tam u ciebie? - zagaiła
przepraszająco dziewczyna po długiej chwili ciszy.
- Nic specjalnego. - mruknął ponuro.
Kiedyś inaczej im się rozmawiało.
Znali się jeszcze, kiedy Sean podróżował z Tancerzami. I
stanowili dość zgrany skład, ale w tej chwili Sean miał wrażenie,
że to nie są już te same osoby. Jak to możliwe, że parę lat
temu przekrzykiwali się w rozmowie, a teraz nikt nie był w stanie
nic z siebie wydusić?
Spotkali się po dłuższym czasie i
wszyscy byli inni.
Sean usiłował desperacko przypomnieć
sobie, o czym wcześniej rozmawiali.
- Pamiętacie Kota? - odezwał się
Shamil, mając na myśli do połowy łysego zwierzaka, który w
pewnym momencie zaczął pałętać się wśród tancerzy, o
wyjątkowo pomysłowym imieniu.
- Taa – uśmiechnęła się
Mersedes i to właściwie było tyle w tym temacie. Wszystkie słowa,
jakie przychodziły im do głowy, wydawały się niewłaściwe, nudne
lub głupie.
„Może za bardzo dorośliśmy”,
pomyślał Sean.
- Muszę iść – rzucił wreszcie,
zeskoczył z płotu i ruszył przed siebie.
- Spotkamy się jeszcze? - zawołała
Mersedes wymuszonym tonem, jakby tak należało.
- Nie – odkrzyknął Sean. Czuł się
dziwnie. Jakby brakowało mu innych, ale nie tylko, brakowało mu
właściwie niecodziennych relacji z innymi.
Na przykład spotkać obcą osobę,
opowiedzieć historie swojego życia, po czym odejść. Bez takich
sytuacji jak teraz – zwykłych, normalnych, przykrych następstw
kontaktów międzyludzkich, takich jak to, że po długim czasie
ludzie, których nazywał przyjaciółmi, nie wydają się nawet
szczególnie sympatyczni.
Do tego męcząco pachniało czymś mokrym i jakimiś kwiatami.
Męcząco, a właściwie bardziej nagląco, jakby ten zapach
wiedział, czego brakuje Seanowi, a on sam nie.
Helena właściwie się tego
spodziewała.
W końcu normalnie raczej nie chodziła
na spacery, lecz dzisiaj niespodziewanie postanowiła wybrać się do
Samotnej Dzielnicy.
Nikt nigdy tu nie przychodził.
Dawniej ta okolica była ośrodkiem życia towarzyskiego,
kulturalnego i rozrywkowego slumsów, nie przypominała jednak
Nadrzecznej. Budowle były w miarę porządne, zrobione z szarego
kamienia, sama Dzielnica dość czysta i nieźle utrzymana. Odbywały
się koncerty, przedstawienia, imprezy, od wieczora do rana i nie
tylko. Wszędzie przyczepiano balony, dekoracje tematyczne i
sezonowe, których potem nikomu nie chciało się zdejmować,
światełka, serpentyny. Szare budowle tonęły w różnobarwnych
ozdobach.
Ale to było kiedyś. Ludzie, którzy
tu mieszkali, zestarzeli się i nie założyli rodzin, bądź po
prostu wynieśli. Teraz było tu pusto i cicho, a na wietrze
powiewały resztki starych upiększeń.
Szesnastoletnia Helena jednak zawsze
podziwiała swoisty urok tego miejsca, zatem doskonale wiedziała,
dokąd powinna się udać, wychodząc. I nie zawiodła się.
Na niebie świecił wielki księżyc w
dziwacznym kolorze. Wokół zbierały się chmury, jednak żadna go
nie przysłaniała, zaś na ich tle zaczęły pojawiać się
świetliste, przeplatające się nawzajem kręgi.
To jednak nie było wszystko.
Dziewczyna wiedziała, ze jeszcze na coś czeka. Miała niejasne,
niekonkretne przeczucia, co do tego, na co, kojarzące się ze
słowami „pachnący”, „szybko”, „dużo”, „inaczej”.
Przez pierwsze dwie godziny Angelo
świetnie się bawił. Zaglądał do sklepów, machał puchatą łapką
zszokowanym kasjerom. Kicał za obcymi ludźmi, dopóki nie zaczęli
na niego krzyczeć. Chował się w krzakach i starannie je
obwąchiwał. Niespodziewanie przytulał obce kobiety, które
reagowały bardzo różnie. Popisywał się przed nieznajomymi
puchatym ogonkiem.
Tylko że nikt nie odnosił się do
niego tak, jak by mu się marzyło. Wszyscy byli tacy zdziwieni,
wręcz trochę oburzeni, po prostu sztywni. W końcu, czego mógł
się spodziewać po Arystokratach? On sam w każdy inny dzień byłby
identyczny!
Ale teraz... teraz chciał, by inni
działali tak naturalnie i instynktownie jak on sam. Jakby dopiero
zostali stworzeni, nie mieli jeszcze domów, ognia, ubrań,
uprzedzeń, problemów, migreny i zahamowań.
Postanowił wybrać się do Slumsów.
Normalnie byłby to szalony pomysł, ale w końcu, gdzie ludzie będą
bardziej naturalni, hę?
Seana jego własne kroki zdradziły i
doprowadziły do miejsca, do którego wcale się nie wybierał. Czuł
coraz większą irytację, która powoli przeradzała się bardziej w
energię. Zapach wwiercał mu się w nos, drażniąco mocny, a także
na swój sposób przyjemny. Trafił do Samotnej Dzielnicy, i dopiero
wówczas dostrzegł, co się stało z niebem. Zauważył również,
że siedzi tam jakaś dziewczyna, wyglądająca na dobrze zrobiony
rysunek. Było coś uroczego w sposobie, w jaki trzymała zgięte
łokcie, coś zaplanowanego w ułożeniu jej włosów i lekkim
zmrużeniu powiek, jakby nie była człowiekiem, tylko obrazem.
- Cześć – odezwała się
najswobodniej w świecie.
Po chwili pojawili się i inni.
„Właściwy kierunek” szalonej
Jolie doprowadził ją do Samotnej Dzielnicy, dokładnie do tego
samego miejsca, co Seana. Kobieta była o tym przekonana, więc z
szacunkiem złożyła na ziemi butelkę po piwie, nie chcąc w tym
ważnym momencie mieć zajętych rąk.
Królik Angelo, gdy tylko przebył
Dzielnice klasy średnie i przekroczył mur oddzielający je od
slumsów, ruszył prosto przed siebie, aż znalazł się właśnie w
tym miejscu. Wiedział, że to właściwi ludzie.
Inez nie zamierzała sprzeczać się
ze wskazaniami nastrojometru. Kuszący zapach za oknem skłonił ją,
by udała się na spacer, przy okazji analizując warunki
atmosferyczne. Tutaj były jakby najbardziej nasilone, i to właśnie
to miejsce najbardziej nadawało się do badań. Lecz na razie ich
nie przeprowadzała, tylko czekała wraz z resztą.
Byli też inni. Pogoda miała swoją
siłę. Całe tłumy rozmaitych ludzi, głównie ze slumsów, ale i z
arystokracji i klas średnich. W taki czy inny sposób trafili tutaj.
Wszyscy wymienili między sobą
spojrzenia. To, co ma się dziać dalej, nagle stało się odrobinę
bardziej jasne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz