sobota, 21 maja 2016

Aki

- Nie chcę brać ślubu. - oznajmił Aki bezradnie.
Matka zmierzyła go wzrokiem z drugiego końca pokoju. Było idealnie cicho, jakby ich rozmowa reżyserowana była przez twórców horroru. Przez ogromne okna wpadało szare, mocne światło, obnażając całą obrzydliwość zgniłozielonych ścian.
- Wiem. - odparła. Aki otworzył usta, po czym znów je zamknął. Bo co właściwie mógł w tej sytuacji powiedzieć? Krzyczeć, buntować się? Tylko po co? Za tym brzydkim, starym znajdowało się skromne podwórko, z biegającymi kurami, zardzewiałą dziecięcą huśtawką i grządką małych, mocno trzymających się ziemi, gorzkich buraków. Dalej – wysoki, zardzewiały płot, by na bezpieczny teren, powszechnie nazywany Domostwem, nie dostały się wilki, pomniejsze demony i inne świństwa. Za nim czekały już tylko przepaście, wymarłe miasta lub takie o dziwacznych, odrażających zwyczajach, gdzie żyli zdegenerowani ludzie, niegościnne lasy lub pustkowia.
A w ogromnym domu obowiązywały zasady Matki. I tyle.

 
- Chyba nie chciałabyś, żebym odszedł stąd i zmarł. - mruknął.
- Nie, nie chciałabym. - oznajmiła. - Dlaczego miałabym tego chcieć? Do niczego mi to nie potrzebne.
Znów przez chwilę się nawzajem obserwowali. Ona – dumna, wyprostowana, w zielonej sukni. Zieleń była jej kolorem. I on – zrezygnowany, przygarbiony, szaro – czarny. Rozmowa była skończona, była skończona, zanim się zaczęła.
- Dziękuję za rozmowę. - zakończył ją wreszcie oficjalnie Aki.
Wyszedł z salonu i ruszył schodami w górę, z mocno bijącym sercem, zmuszając się, by jeszcze raz zobaczyć, co musiał zobaczyć. W ustach czuł gorzki smak.
Kiedyś Matka chyba taka nie była. Czytała mu bajki na dobranoc.
„Coś wyje za oknem”
„To jest daleko, Aki, u mnie, za płotem, jesteś bezpieczny. Nikomu nie wolno wpuścić za niego tych złych, wstrętnych stworów. Dbam o to, by wszyscy o tym pamiętali...”
Mówiła, ze to tylko ślub. Że musi być w końcu dorosły. Że trzeba podtrzymać populację domostwa, że będą mieli na siebie nawzajem dobry wpływ, ze on potrzebuje żony.
Dotarł wreszcie do brązowych, lekko odrapanych drzwi, czując narastające mdłości. Bogowie, nigdy nie czuł takiej odrazy dla żadnej istoty ludzkiej. Nawet dla brudnego, schorowanego włóczęgi, który kiedyś przyplątał się pod płot, a przecież narzeczona niczym mu nie zawiniła. Zapukał.
- Proszę! - usłyszał jej drażniący, jakby nieporadny i lekko nosowy głos.
Otworzył drzwi. W głowie mu zawirowało, mdłości nasiliły się do tego stopnia, iż czuł, że zaraz zwymiotuje. Brązowy pokój. Zapach potu, syntetycznie bananowych perfum i czegoś ostrego, chemicznego, jak silny środek do czyszczenia.
Jego przyszła żona (gdy tylko pomyślał o tych słowach, nie mógł już się ich pozbyć; zwrot zaczął krążyć mu po głowie, machając rękami) leżała na łóżku w luźnej, białej sukience, z naciągniętym na nią grubym swetrem w kolorowe pasy. Ona też była gruba, a może tylko mu się wydawało? Świat rozmywał mu się przed oczami. Tak czy inaczej, twarz miała wielką, różową, z wszystkimi jej elementami blisko siebie. I ten zapach.
- Cześć, Aki – mruknęła tym swoim niepewnym głosem. Być może sądziła, ze brzmi uroczo. Nie, chyba nie byłaby aż tak głupia, a może jednak?
- Cześć... cześć... - nie był w stanie przebrnąć przez fale obrzydzenia. Rozpoznał jeszcze jeden element gamy zapachów – zapach szczura. Trzymała gryzonia w klatce w pokoju, i to również było czuć. Dlaczego ktoś, kto trzyma szczury w pokoju, nie może się po prostu nimi zadowolić? Dlaczego Matka doszła do wniosku, ze to stworzenie potrzebuje również Akiego...?
Przestań, upomniał się w myślach. To nie wina dziewczyny.
- Musze iść. - wymamrotał, a ona popatrzyła na niego ze zdumieniem. W głowie mu się kręciło i było mu strasznie niedobrze. Ledwie rozumiejąc, co robi, wybiegł na podwórko, za dom, gdzie leżały rozmaite narzędzia ogrodnicze. Bogowie, mogłyby uchodzić za narzędzia tortur, nawet nie musiałyby się specjalnie starać. Kawałek dalej przechadzał się Magui, wysoki, zarośnięty parobek, niestety jedyny przyjaciel jego narzeczonej. Wszystko mu o niej przypominało, być może to miłość...?
Zabawne. Co najwyżej między Magui a nią, być może to on był jej prawdziwym ukochanym...?
W końcu zwymiotował, kiedy wyobraził sobie te wielkie, pokryte smarem łapy dotykające tej wiecznie zdezorientowanej dziewczyny. To była pewna ulga.
I wtedy jego wzrok padł na coś w trawie, kawałek dalej od narzędzi ogrodniczych, milczących świadków jego torsji. Coś podłużnego, w dziwnym kolorze. Zaciekawiony, szturchnął to butem.
Ludzki palec.
Potrzebował chwili, by do jego mózgu to dotarło. Właśnie dotknął...
Ludzki palec.
To przecież nie mógł być...
- Palec – wymamrotał w końcu na głos. „Matka dba, by wszyscy pamiętali... Czy ktoś zagrażał bezpieczeństwu domostwa? Nie, to niemożliwe. Nie mogłaby...”
Problem w tym, że wiedział, że by mogła. Wszystko ponad rodzinę.
- Och, Bogowie – mruknął i ruszył przed siebie, w kierunku huśtawki. Nie używał jej, odkąd miał pięć lat, kiedy to stale był pod opieką Matki. Teraz jego miejsce zajął Roger, cichy chłopczyk, który często zbierał w ogrodzie ślimaki. Nikt nie wiedział, co potem z nimi robił.
Wcisnął się na pokryte rdzą siedzenie. W przód i w tył. Pamiętał, jak uczył się huśtać.
„Co to zmienia?”, zadał sobie pytanie. Co zmienia ludzki palec, co zmienia obrzydzenie, jaką darzył przyszłą żonę? Nic.
Poczuł pustkę w głowie.
Naprawdę, zupełnie nic. Co zmieniłaby śmierć któregoś z pracowników? Nic. Co zmieniłyby jego protesty? Nic. Co zmieniłyby kłótnie z Matką? Nic.
Jej Domostwo, jej prawa. Poza tym płotem rozciągała się jedynie kraina Dziwnych Sposobów Na Śmierć.
Właśnie. Właściwie to jest rzecz, która naprawdę mogłaby coś zmienić. Ogarniające go znużenie nieco ustąpiło.
Gdyby wyszedł za płot, COŚ by się stało. Prawdopodobnie jedynie umarłby w mało przyjemny sposób... ale to zawsze coś.
Podniósł się z huśtawki i popędził z powrotem w stronę domu, rozganiając po drodze stado kur. Jak burza wpadł do swojego pokoju i zaczął wrzucać rzeczy do plecaka. Nie pamiętał nawet, skąd miał tyle całkiem przydatnych przedmiotów. Zapalniczka, składany namiot, koc, zestaw scyzoryków, zupełnie jakby od dawna wiedział, że zamierza to zrobić. „Za płotem jesteś bezpieczny, Aki”. Czyżby od początku nie zależało mu na byciu bezpiecznym? Czyżby tak naprawdę nic nie uległo zmianie?
Nagle coś przyszło mu do głowy. Wydarł z zeszytu kartkę.

„Narzeczona, Maguin” - nabazgrał. - „Zapewne teraz już jestem martwy. Obrzydzasz mnie, mała, ale niektórzy faceci lubią gryzonie i banany. Matko, myślisz zapewne, że to głupie, ze uciekam. Nic więcej nie mam wam do powiedzenia, może jeszcze tylko, że nie żałuję. Może będzie lepiej.
Aki”

Nie chciało mu się wierzyć, że mógłby umrzeć. Niewiele nad tym myślał, liczyła się zmiana. Liczył się bieg do przodu.
W gruncie rzeczy powinien poczekać do zmroku, by mieć pewność, ze jego ucieczka zakończy się sukcesem, ale nie miał na to ochoty. W końcu, co mogą mu zrobić, jeśli go złapią? Zamkną w pokoju na resztę życia, żeby nic mu się nie stało?
Tylko jak przejść przez płot. Mógłby zwyczajnie otworzyć bramę, ale nie był pewien, czy da radę, i czy wówczas nie przybiegną tu wszyscy z Matką na czele. Wzdrygnął się. Naprawdę bardzo nie chciałby widzieć jej miny i słuchać tego, co miałaby mu wówczas do powiedzenia.
Mógł jednak wspiąć się na brzydki, szary budynek szopy, skulony pod płotem niczym żebrak, następnie wykonać ryzykowny skok...
Ryzykowny? Rozbawiło go, że tak o tym pomyślał. Teraz nic już nie było ryzykowne.
Aki pobiegł w kierunku szopy. Zaniedbane podwórko z biegającymi kurami wydawało mu się dziwnie surrealistyczne, jakby napełnione wijącą się zielenią.
Wspiął się. To nie było trudne, i jak na razie nikt go nie dostrzegł. Trudności istnieją po tamtej stronie płotu. Pomyślał po raz ostatni o swojej narzeczonej i o starej huśtawce, po czym skoczył.
I zaczął spadać. Spadać, spadać i spadać, jak Alicja w krainie czarów, oszołomiony, zaskoczony. Dookoła niego wirowały plamy, kolory i cienie, ale nie wiedział, co jest czym, po prostu leciał cały czas w dół.
Do momentu, w którym obudził się na starej huśtawce.
Dookoła niego świeciło słońce, gdakały cicho kury. Francis, kuzynka Matki, właśnie sypała im ziarno. Praktycznie nie było wiatru i w cieniu szopy postawiony został zbiornik z chłodną wodą, w której pływały butelki soku dla tych nieszczęśników, którzy w ten upał pracować musieli na słońcu. Roger biegał po podwórku, goniąc starego psa Bruno.
Aki miał w głowie zamęt. Fakty pląsały po jego umyśle w jakimś skomplikowanym tańcu, zamieniając się miejscami, łącząc w pary i mieszając. Nie wiedział, co właściwie mu się śniło, a co było rzeczywistością, ani w którym momencie zasnął. Czy to możliwe, ze znalazł ludzki palec w ogrodzie...?
Przypuszczał, że możliwe. Chciał być pewien, że nie. I wiedział, że nie będzie miał odwagi dowiedzieć się, jak jest naprawdę.
Ale było coś jeszcze, coś ważniejszego niż fragmenty ludzkiego ciała za szopą. Jego narzeczona istnieje. Matka również istnieje. W tym śnie, bo ten fragment z całą pewnością był snem, przebył płot, i wciąż doskonale wiedział, dlaczego to zrobił.
Z tym, że jego cel nie był dokładnie taki. Niekończące się spadanie? Błądzenie po lasach i pustkowiach? Spotkania z dziwnymi stworzeniami? Nie, dziękuję.
Ruszył do swojego pokoju.


Dopiero wieczorem Matka znalazła go powieszonego. Obok leżała karteczka:

„Narzeczona, Maguin. Zapewne teraz już jestem martwy. Obrzydzasz mnie, mała, ale niektórzy faceci lubią gryzonie i banany. Matko, myślisz zapewne, że to głupie, ze uciekam. Nic więcej nie mam wam do powiedzenia, może jeszcze tylko, że nie żałuję. Może będzie lepiej.
Aki”

Kobieta stała chwilę w tym samym miejscu i myślała intensywnie, co można by zrobić z ciałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz