Matka zmierzyła go wzrokiem z
drugiego końca pokoju. Było idealnie cicho, jakby ich rozmowa
reżyserowana była przez twórców horroru. Przez ogromne okna
wpadało szare, mocne światło, obnażając całą obrzydliwość
zgniłozielonych ścian.
- Wiem. - odparła. Aki otworzył usta,
po czym znów je zamknął. Bo co właściwie mógł w tej sytuacji
powiedzieć? Krzyczeć, buntować się? Tylko po co? Za tym brzydkim,
starym znajdowało się skromne podwórko, z biegającymi kurami,
zardzewiałą dziecięcą huśtawką i grządką małych, mocno
trzymających się ziemi, gorzkich buraków. Dalej – wysoki,
zardzewiały płot, by na bezpieczny teren, powszechnie nazywany
Domostwem, nie dostały się wilki, pomniejsze demony i inne
świństwa. Za nim czekały już tylko przepaście, wymarłe miasta
lub takie o dziwacznych, odrażających zwyczajach, gdzie żyli
zdegenerowani ludzie, niegościnne lasy lub pustkowia.
- Chyba nie chciałabyś, żebym
odszedł stąd i zmarł. - mruknął.
- Nie, nie chciałabym. - oznajmiła. -
Dlaczego miałabym tego chcieć? Do niczego mi to nie potrzebne.
Znów przez chwilę się nawzajem
obserwowali. Ona – dumna, wyprostowana, w zielonej sukni. Zieleń
była jej kolorem. I on – zrezygnowany, przygarbiony, szaro –
czarny. Rozmowa była skończona, była skończona, zanim się
zaczęła.
- Dziękuję za rozmowę. - zakończył
ją wreszcie oficjalnie Aki.
Wyszedł z salonu i ruszył schodami
w górę, z mocno bijącym sercem, zmuszając się, by jeszcze raz
zobaczyć, co musiał zobaczyć. W ustach czuł gorzki smak.
Kiedyś Matka chyba taka nie była.
Czytała mu bajki na dobranoc.
„Coś wyje za oknem”
„To jest daleko, Aki, u mnie, za
płotem, jesteś bezpieczny. Nikomu nie wolno wpuścić za niego
tych złych, wstrętnych stworów. Dbam o to, by wszyscy o tym
pamiętali...”
Mówiła, ze to tylko ślub. Że musi
być w końcu dorosły. Że trzeba podtrzymać populację domostwa,
że będą mieli na siebie nawzajem dobry wpływ, ze on potrzebuje
żony.
Dotarł wreszcie do brązowych, lekko
odrapanych drzwi, czując narastające mdłości. Bogowie, nigdy nie
czuł takiej odrazy dla żadnej istoty ludzkiej. Nawet dla brudnego,
schorowanego włóczęgi, który kiedyś przyplątał się pod płot,
a przecież narzeczona niczym mu nie zawiniła. Zapukał.
- Proszę! - usłyszał jej drażniący,
jakby nieporadny i lekko nosowy głos.
Otworzył drzwi. W głowie mu
zawirowało, mdłości nasiliły się do tego stopnia, iż czuł, że
zaraz zwymiotuje. Brązowy pokój. Zapach potu, syntetycznie
bananowych perfum i czegoś ostrego, chemicznego, jak silny środek
do czyszczenia.
Jego przyszła żona (gdy tylko
pomyślał o tych słowach, nie mógł już się ich pozbyć; zwrot
zaczął krążyć mu po głowie, machając rękami) leżała na
łóżku w luźnej, białej sukience, z naciągniętym na nią grubym
swetrem w kolorowe pasy. Ona też była gruba, a może tylko mu się
wydawało? Świat rozmywał mu się przed oczami. Tak czy inaczej,
twarz miała wielką, różową, z wszystkimi jej elementami blisko
siebie. I ten zapach.
- Cześć, Aki – mruknęła tym swoim
niepewnym głosem. Być może sądziła, ze brzmi uroczo. Nie, chyba
nie byłaby aż tak głupia, a może jednak?
- Cześć... cześć... - nie był w
stanie przebrnąć przez fale obrzydzenia. Rozpoznał jeszcze jeden
element gamy zapachów – zapach szczura. Trzymała gryzonia w
klatce w pokoju, i to również było czuć. Dlaczego ktoś, kto
trzyma szczury w pokoju, nie może się po prostu nimi zadowolić?
Dlaczego Matka doszła do wniosku, ze to stworzenie potrzebuje
również Akiego...?
Przestań, upomniał się w myślach.
To nie wina dziewczyny.
- Musze iść. - wymamrotał, a ona
popatrzyła na niego ze zdumieniem. W głowie mu się kręciło i
było mu strasznie niedobrze. Ledwie rozumiejąc, co robi, wybiegł
na podwórko, za dom, gdzie leżały rozmaite narzędzia ogrodnicze.
Bogowie, mogłyby uchodzić za narzędzia tortur, nawet nie musiałyby
się specjalnie starać. Kawałek dalej przechadzał się Magui,
wysoki, zarośnięty parobek, niestety jedyny przyjaciel jego
narzeczonej. Wszystko mu o niej przypominało, być może to
miłość...?
Zabawne. Co najwyżej między Magui a
nią, być może to on był jej prawdziwym ukochanym...?
W końcu zwymiotował, kiedy wyobraził
sobie te wielkie, pokryte smarem łapy dotykające tej wiecznie
zdezorientowanej dziewczyny. To była pewna ulga.
I wtedy jego wzrok padł na coś w
trawie, kawałek dalej od narzędzi ogrodniczych, milczących
świadków jego torsji. Coś podłużnego, w dziwnym kolorze.
Zaciekawiony, szturchnął to butem.
Ludzki palec.
Potrzebował chwili, by do jego mózgu
to dotarło. Właśnie dotknął...
Ludzki palec.
To przecież nie mógł być...
- Palec – wymamrotał w końcu na
głos. „Matka dba, by wszyscy pamiętali... Czy ktoś zagrażał
bezpieczeństwu domostwa? Nie, to niemożliwe. Nie mogłaby...”
Problem w tym, że wiedział, że by
mogła. Wszystko ponad rodzinę.
- Och, Bogowie – mruknął i ruszył
przed siebie, w kierunku huśtawki. Nie używał jej, odkąd miał
pięć lat, kiedy to stale był pod opieką Matki. Teraz jego miejsce
zajął Roger, cichy chłopczyk, który często zbierał w ogrodzie
ślimaki. Nikt nie wiedział, co potem z nimi robił.
Wcisnął się na pokryte rdzą
siedzenie. W przód i w tył. Pamiętał, jak uczył się huśtać.
„Co to zmienia?”, zadał sobie
pytanie. Co zmienia ludzki palec, co zmienia obrzydzenie, jaką
darzył przyszłą żonę? Nic.
Poczuł pustkę w głowie.
Naprawdę, zupełnie nic. Co
zmieniłaby śmierć któregoś z pracowników? Nic. Co zmieniłyby
jego protesty? Nic. Co zmieniłyby kłótnie z Matką? Nic.
Jej Domostwo, jej prawa.
Poza tym płotem rozciągała się jedynie kraina Dziwnych Sposobów
Na Śmierć.
Właśnie. Właściwie to
jest rzecz, która naprawdę mogłaby coś zmienić. Ogarniające go
znużenie nieco ustąpiło.
Gdyby wyszedł za płot,
COŚ by się stało. Prawdopodobnie jedynie umarłby w mało
przyjemny sposób... ale to zawsze coś.
Podniósł się z huśtawki i popędził
z powrotem w stronę domu, rozganiając po drodze stado kur. Jak
burza wpadł do swojego pokoju i zaczął wrzucać rzeczy do plecaka.
Nie pamiętał nawet, skąd miał tyle całkiem przydatnych
przedmiotów. Zapalniczka, składany namiot, koc, zestaw scyzoryków,
zupełnie jakby od dawna wiedział, że zamierza to zrobić. „Za
płotem jesteś bezpieczny, Aki”. Czyżby od początku nie zależało
mu na byciu bezpiecznym? Czyżby tak naprawdę nic nie uległo
zmianie?
Nagle coś przyszło mu do głowy.
Wydarł z zeszytu kartkę.
„Narzeczona, Maguin” - nabazgrał.
- „Zapewne teraz już jestem martwy. Obrzydzasz mnie, mała, ale
niektórzy faceci lubią gryzonie i banany. Matko, myślisz zapewne,
że to głupie, ze uciekam. Nic więcej nie mam wam do powiedzenia,
może jeszcze tylko, że nie żałuję. Może będzie lepiej.
Aki”
Nie chciało mu się wierzyć, że
mógłby umrzeć. Niewiele nad tym myślał, liczyła się zmiana.
Liczył się bieg do przodu.
W gruncie rzeczy powinien poczekać do
zmroku, by mieć pewność, ze jego ucieczka zakończy się sukcesem,
ale nie miał na to ochoty. W końcu, co mogą mu zrobić, jeśli go
złapią? Zamkną w pokoju na resztę życia, żeby nic mu się nie
stało?
Tylko jak przejść przez płot.
Mógłby zwyczajnie otworzyć bramę, ale nie był pewien, czy da
radę, i czy wówczas nie przybiegną tu wszyscy z Matką na czele.
Wzdrygnął się. Naprawdę bardzo nie chciałby widzieć jej miny i
słuchać tego, co miałaby mu wówczas do powiedzenia.
Mógł jednak wspiąć się na
brzydki, szary budynek szopy, skulony pod płotem niczym żebrak,
następnie wykonać ryzykowny skok...
Ryzykowny? Rozbawiło go, że tak o
tym pomyślał. Teraz nic już nie było ryzykowne.
Aki pobiegł w kierunku szopy.
Zaniedbane podwórko z biegającymi kurami wydawało mu się dziwnie
surrealistyczne, jakby napełnione wijącą się zielenią.
Wspiął się. To nie było trudne, i
jak na razie nikt go nie dostrzegł. Trudności istnieją po tamtej
stronie płotu. Pomyślał po raz ostatni o swojej narzeczonej i o
starej huśtawce, po czym skoczył.
I zaczął spadać. Spadać, spadać i
spadać, jak Alicja w krainie czarów, oszołomiony, zaskoczony.
Dookoła niego wirowały plamy, kolory i cienie, ale nie wiedział,
co jest czym, po prostu leciał cały czas w dół.
Do momentu, w którym obudził się na
starej huśtawce.
Dookoła niego świeciło słońce,
gdakały cicho kury. Francis, kuzynka Matki, właśnie sypała im
ziarno. Praktycznie nie było wiatru i w cieniu szopy postawiony
został zbiornik z chłodną wodą, w której pływały butelki soku
dla tych nieszczęśników, którzy w ten upał pracować musieli na
słońcu. Roger biegał po podwórku, goniąc starego psa Bruno.
Aki miał w głowie zamęt. Fakty
pląsały po jego umyśle w jakimś skomplikowanym tańcu,
zamieniając się miejscami, łącząc w pary i mieszając. Nie
wiedział, co właściwie mu się śniło, a co było
rzeczywistością, ani w którym momencie zasnął. Czy to możliwe,
ze znalazł ludzki palec w ogrodzie...?
Przypuszczał, że możliwe. Chciał
być pewien, że nie. I wiedział, że nie będzie miał odwagi
dowiedzieć się, jak jest naprawdę.
Ale było coś jeszcze, coś
ważniejszego niż fragmenty ludzkiego ciała za szopą. Jego
narzeczona istnieje. Matka również istnieje. W tym śnie, bo ten
fragment z całą pewnością był snem, przebył płot, i wciąż
doskonale wiedział, dlaczego to zrobił.
Z tym, że jego cel nie był dokładnie
taki. Niekończące się spadanie? Błądzenie po lasach i
pustkowiach? Spotkania z dziwnymi stworzeniami? Nie, dziękuję.
Ruszył do swojego pokoju.
Dopiero wieczorem Matka znalazła go
powieszonego. Obok leżała karteczka:
„Narzeczona, Maguin. Zapewne teraz
już jestem martwy. Obrzydzasz mnie, mała, ale niektórzy faceci
lubią gryzonie i banany. Matko, myślisz zapewne, że to głupie, ze
uciekam. Nic więcej nie mam wam do powiedzenia, może jeszcze tylko,
że nie żałuję. Może będzie lepiej.
Aki”
Kobieta stała chwilę w tym samym
miejscu i myślała intensywnie, co można by zrobić z ciałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz