Widzę tylko ciemne, burzowe chmury
na niebie, i wzbiera we mnie ta dziwna, nieodpowiednia ekscytacja,
towarzysząca mi już od jakiegoś czasu. Pospiesznie sprawdzam
godzinę; jest 18.12, jakby to cokolwiek znaczyło. I tak nie wiem,
ile czasu jeszcze pozostało; w końcu nie daję wiary żadnej
konkretnej przepowiedni czy dacie; nie mam nic, prócz słów
Bajarza.
- Tato! - głosik Coralie zaczyna
uderzać w płaczliwe tony, a mnie natychmiast ogarniają wyrzuty
sumienia.
- Przepraszam – mówię. - Zamyśliłem
się. Łap, Coralie.
Rzucam sześciolatce piłkę;
delikatnie, tak, żeby raczej złapała, ale bez żadnych forów.
Udaje jej się. Szczerzy zęby w
triumfalnym, szczerbatym uśmiechu mistrzyni placu zabaw. Za jej
plecami dwie dziewczynki huśtają się na odrapanych huśtawkach, i
zdumione przekrzywiają głowy, gdy moja córka wrzeszczy:
- UDAŁO SIĘ! Z TAK DALEKA!!!
Śmieję się, ale czuję się
jeszcze gorzej. Jest tak cholernie słodka. Jak mogę myśleć o tym,
o czym myślę, skoro mam Coralie?
„Nie, mało tego, Nick” -
poprawiam sam siebie surowo. - „To TWOJA córka. To oczywiste, że
się nią przejmujesz. Ale czy pomyślałeś o tych dzieciakach
dookoła ciebie, prawdopodobnie przyszłych kieszonkowcach, które
dałyby się pokroić za coś do żarcia? Tych smarkaczach, które
też mają rodziców? Albo o całej tej pieprzonej dzielnicy, pełnej
żebraków, pijaków, budek z jedzeniem bez smaku, obleganych
trzepaków i podwórek z zardzewiałymi huśtawkami? Nie? A może...
Może to nieprawda. Ale przecież
ty na swój sposób to WIESZ. A może oszalałeś, i tamten facet
również?”
- Mogę się teraz pobujać? - woła
Coralie, biegnąc do mnie. Rozczochrane, długie brązowe włosy
powiewają za nią na wietrze, nóżki w znoszonych podkolanówkach
sprawnie omijają przeszkody.
Łapię ją i podnoszę do góry.
- Ale huśtawka jest zajęta –
zauważam, kręcąc nią dookoła. Piszczy i śmieje się.
- To co – mówi – Pójdziemy o
nią...pójdziemy o nią...- Z trudem łapie oddech od biegania i
śmiechu. - Pójdziemy o nią walczyć!
- Tak? - podrzucam ją w powietrze. -
Po prostu podejdziemy i zrzucimy dzieci z huśtawki?
Chichocze.
- Tak!
- Zajebisty pomysł.
Łapie mnie za włosy, sięgające
poniżej ramion.
- No to co? - pyta przekornie.
- A może będziemy dzisiaj dobrymi
altruistami i zadowolimy się zjeżdżalnią? - proponuję.
- Kto to „altruista”?
- Ktoś, kto bezinteresownie pomaga
innym.
- No to my nimi nie będziemy, bo im
przecież nie pomożemy! - wykrzykuje triumfalnie mała.
- Owszem, obronimy dzieci przed dwójką
brutali, którzy zwalają je z huśtawek – odpowiadam, a ona się
śmieje.
- Oszust! - oskarża mnie.
Przytulam ją. Wokół nas robi się
coraz ciemniej; chmury rozpychają się na niebie, stopniowo zajmując
coraz więcej miejsca.
Nagle chłopcy w piaskownicy
gwałtownie unoszą głowy, dziewczynki natomiast zeskakują z
huśtawek.
Podążam wzrokiem za ich
spojrzeniami, i dostrzegam Nieznanego.
Jedna z dziewczynek piszczy, chłopcy
przekrzywiają nieufnie głowy. Matka jednego z nich – jedyny
rodzic na placu poza mną – podnosi się z ławki i stanowczo łapie
brudną od piasku dłoń syna. Odchodzą, niespiesznie, ale
zdecydowanie. Dziewczynki patrzą na siebie i po chwili biegną za tą
dwójką, pozostawiając po sobie jedynie wciąż rozbujane huśtawki.
W piaskownicy pozostaje tylko
jeden chłopczyk; dość brudny, niziutki, na oko ośmiolatek, w
ogrodniczkach. Zapamiętale stawia babki, nie patrząc w tamtym
kierunku.
Moja Coral nie wygląda na jakoś
strasznie przerażoną, chociaż w pierwszej chwili wtuliła się we
mnie mocniej. Przygląda się postaci, stojącej nadal w tym samym
miejscu. Rozmawialiśmy parę razy o Nieznanych, chociaż w naszej
dzielnicy raczej się nie pokazują. To dlatego rodzice spokojnie
wypuszczają dzieci... no i dlatego, że większość nie jest zbyt
odpowiedzialna, chociaż nie twierdzę, że się od nich szczególnie
różnię.
- Spoko – szepczę do Coralie. - Oni
nie są groźni, tak się tylko mówi...
Czarna, chuda postać w czarnej
masce, oznaczonej wielkim, białym iksem ani drgnie. Czasem znikają
po chwili, czasem potrafią tak stać godzinami. Mój znajomy mówił
mi, że kiedyś stracił przez takiego samochód na trzy dni, jako że
był człowiekiem dość przesądnym, a sukinsyn stał tuż obok
drzwi.
- To czemu ludzie poszli? - mówi
cichutko mała. Nie panikuje, ale oczy ma większe niż normalnie.
- Bo wielu ludzi wierzy, że oni
stanowią jakąś złą wróżbę, przynoszą pecha. Moim zdaniem to
czyste bzdury. - odpowiadam, starając się nie zniżać głosu. W
końcu nigdy się nie zdarzyło, żeby Nieznany zrobił komukolwiek
krzywdę. Wprawdzie zdarzały się historie, prawdopodobnie plotki i
miejskie legendy, jakoby któryś z nich przepowiedział komuś coś
przerażającego, co się sprawdziło, albo sprowadził klątwę na
rodzinę, lecz były to raczej nietrzymające się kupy bajdurzenia.
- Obiecujesz...? - upewnia się
dziewczynka.
- Yhm... - odpowiadam, lecz nagle
ogarnia mnie cudowna myśl. A co, jeśli te dziwne stworzenia są
symptomem? Zapowiedzią? Co jeśli...
Znów to poczucie winy.
- Czyli możemy iść się huśtać? -
zdecydowany głosik Coralie odwraca moją uwagę od rozmyślań.
Unoszę brwi, zaskoczony. Postać stoi niemalże tuż obok huśtawek.
- Odważna laska z ciebie – zauważam.
- Powiedziałeś, że nie są groźni.
Czuję się przytłoczony jej
zaufaniem, ale zaimponowała mi. No i zamierzam być konsekwentny.
Ruszamy w tamtą stronę; moja córka niepewnie popatruje na stwora,
ale nadal zmierza do celu. Po chwili wdrapuje się na siedzenie i
uśmiecha się tylko odrobinę nieśmiało.
- Huśtaj, tata! - woła ze swoją
zwykłą werwą.
Czarne stworzenie nadal stoi w
takiej samej pozycji.
Zaczynam ją bujać, na początku
obserwując stwora, a potem bez reszty dając się pochłonąć jej
okrzykom „wyżej, wyżej!”. Niebawem oboje całkiem o nim
zapominamy, po prostu korzystając ze zwolnionych miejsc. Wreszcie
męczę się i proszę ją, żeby się trochę sama pohuśtała. Lecz
moja córka zwalnia, hamując nogami o piasek.
- Hej! - woła do czarnego stwora. Zero
reakcji, obserwuję go z niepokojem. Niby w to wszystko nie wierzę,
ale to jednak MOJE dziecko.
- Dzięki, że przyszedłeś! - woła.
- Teraz mogę się huśtać. To suuuper. Ale głupio, że się ciebie
boją!
Nagle Nieznany odwraca się w jej
stronę. Mała sztywnieje, lekko spłoszona, lecz nic więcej się
nie dzieje. Dziewczynka śmieje się z ulga.
- Wygląda na to, że też trochę się
boję. - mówi. - Przepraszam. To do zobaczenia!
Zeskakuje z huśtawki, zadowolona,
i odmaszerowuje w stronę piaskownicy. Ja, chcąc nie chcąc, podążam
za nią, będąc pod wrażeniem tego, co zrobiła moja córka, oraz
jej zaufania do moich słów.
Lecz zarazem muszę się do czegoś
przyznać. Mimo tego wszystkiego, i tak, idąc za nią, zerkam w
niebo z przyjemną mieszaniną podniecenia i strachu, towarzyszącą
mi od tygodni. Wydaje mi się, że mam obsesję.

Super seria!
OdpowiedzUsuń