sobota, 22 kwietnia 2017

Sto osiem lat doświadczenia

Jin musiał załatwić coś ważnego.
      Był niedużym stworzeniem o długich uszach, pokrytym różowym futerkiem i rzadko ktokolwiek traktował go poważnie. Mało mówił, cicho się poruszał, przeważnie czuł się zagubiony i zdezorientowany. Wiedział, że gdyby był dużym stworzeniem o czarnym futerku, inni odbieraliby go zupełnie inaczej, ale nie miał śmiałości, żeby im to wytknąć.
      Tak czy inaczej, wielu go uwielbiało. Rzadko ktoś go szanował. Raczej był tym typem osoby, którą się podnosi do góry, ściska i upuszcza. Niemniej, kiedy potrzebował pomocy, uzyskanie jej nie było trudne.
      Musiał załatwić sprawy związane z papierami, pieczątkami, podpisami, pitami, pokwitowaniami i innymi rzeczami, których nigdy nie rozumiał. Na szczęście ci, którzy zwykle podnosili go do góry, wyjaśnili mu, jak to zrobić.
- Urząd nie jest do końca urzędem – powiedział mu żółty stwór średniej wielkości. - Jest kawiarnią, ale nie dla każdego.
- Po co? Dlaczego? - dopytywał Jin.
- Żeby wszystko skomplikować – odpowiedział Żółty. - Żeby dobrze wyglądało, no nie wiem. To wszystko jest strasznie dziwne, trochę głupie i wolę się nie mieszać w sprawy urzędowe.
- Dobrze – powiedział Jin.
      Zielony wyjaśnił mu, co powinien zrobić. Czerwona – jak ma się zachować. Inni wyjaśnili mu pozostałe sprawy, aż wreszcie różowe stworzenie, o wiele bardziej wystraszone niż wcześniej, ruszyło uliczkami miasta do tego nie całkiem urzędu.
      Wszędzie była para. Maszyny sprzątające nigdy nie mogły jej porządnie odessać, zresztą, one również działały na parę. Czasem z jej kłębów wyłaniały się stukoczące, klekoczące pojazdy, czasem daleko we mgle ktoś krzyczał, kiedy przejeżdżały. Jin nie wiedział, czy ludzie się boją, czy tak często zdarzają się wypadki. A może to były krzyki samej pary – różowy stwór miał wrażenie, że czasem układała się w postacie.
      Znajdował drogę w znacznej mierze na węch oraz dotyk. Domy często były bogato zdobione i rzeźbione, dlatego można było wyczuć łapką, czy jest się w dobrej okolicy. Do tego zapachy. Pachniały stragany z przyprawami, pachnieli ludzie dookoła, pachniało nawet powietrze i rośliny, wyglądające nieśmiało z przerw w zabudowie. Zwłaszcza mech wydzielał mocną woń wilgoci i bagiennej stęchlizny, miękki, sprężysty, odporny na wszystko mech, który pomagał mu rozpoznać okolicę.
      Wreszcie Jin dotarł tam, gdzie powinien. Jego łapka natrafiła na chłodną, złotą klamkę. Stwór zadrżał cały, ale nacisnął na nią i naparł swoim drobnym ciałkiem na drzwi.
      Poczuł ciepło i obecność papieru.
- Zamykaj, para leci! - ryknął ktoś głosem doświadczonego konduktora. Stworek pospiesznie wypełnił polecenie.
      Zobaczył złotożółtą lampkę, biurko, gdzieś głębiej – chyba jakąś ladę, plakat z narysowanymi pączkami - a może to była instrukcja wypełniania pita...? W każdym razie za biurkiem siedziała duża, brązowa stwora. Miała grube okulary i wzrok sugerujący, że Jin pomylił drzwi.
      Przełknął ślinę. Wiedział, że nie pomylił. To był tylko test.
Podszedł do niej i przez chwilę tłumaczył, w jakiej sprawie przychodzi, co dokładnie musi załatwić, że załatwiał już ceremonie wstępne do załatwiania, że ma doświadczenie w staniu w kolejkach, a zatem jest godny zaufania, że jego ojciec też to kiedyś załatwiał i że tenże ojciec parę lat temu zajmował się hodowlą pomidorów, dopóki przemysł jej nie wyparł. Co jakiś czas odpowiadał na pytania, wypowiedziane ostro i pogardliwe, tak, że znów się cały wzdrygał. Wyjaśnił jednak wszystko, wszyściutko, tak, że urzędniczka za chwilę mogłaby zostać jego żoną, tak dużo o nim wiedziała.
      Wtedy dostał stertę papierów. Powlókł się z nimi do stolika, chcąc nie chcąc. I zaczął wypełniać.
Nagle znów wyczuł jakiś zapach. Wyczuwanie zapachów było jego specjalnością. Tego jeszcze nie znał. Skoncentrował się. Był miętowy, kawowy, cynamonowy. Chyba jednak go skądś pamiętał.
- Tak pachnie kawiarnia – powiedział ktoś obok niego.
      Jin drgnął. Był tak przyzwyczajony do wszechobecnej pary, że nie zauważał ludzi w pobliżu nawet, gdy jej nie było. Na krzesełku obok siedziała przygarbiona staruszka o ogromnej głowie. Na jej ramieniu natomiast przycupnął gołąb, który dla odmiany miał malutki łepek. Przekręcał go, jakby nie słyszał na jedno ucho.
- Tak pachnie kawiarnia – powtórzyła. - Wypełniasz dokumenty?
- Tak – potwierdził Jin. - Czy to wszystko musi być takie skomplikowane?
- Jasne – odparła. - Żyję od stu ośmiu lat, napędzana parą z otoczenia, i jeszcze nie słyszałam tak głupiego pytania od czasów oświadczyn mojego męża.
      Nakarmiła gołębia zaczerpniętą z kieszeni garścią ziarna.
- Chodzi tylko o to, żeby to, o co chodzi, było dokładnie schowane. Inaczej nie musiałbyś tu przychodzić i wszystko byłoby strasznie nudne. Poza tym, zawsze to bezpieczniej, powiedzieć coś w takiej formie. Słyszałam – nachyliła się, konspiracyjnie zniżając głos – Że są specjalne korporacje, które produkują te papiery. Rozumiesz. A na najniższych stanowiskach i zarazem na najniższych piętrach takiej korporacji rezydują korporacyjne szczury. Biegają w takich kołowrotkach, jak dla chomików – pomyśleć, szczury! I napędzają wielkie niszczarki. Które rozrywają na strzępy teksty, z których można coś zrozumieć.
      Odsunęła się od niego, a gołąb zagruchał.
- Ale... - Jin poczuł, że jeży mu się futerko – Dlaczego bezpieczniej?
Staruszka zaśmiała się cicho.
- Ludzie mają różne dziwaczne motywy. Wiadomo, im mniej wiedzą inni, tym bezpieczniej. Mówię ci. Żyję sto osiem lat.
- Proszę wypełniać druki!- huknął kolejarski głos. Jin pisnął i wrócił do pisania. To była jedyna pewna opcja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz