Jin musiał załatwić coś ważnego.
Był niedużym stworzeniem o długich
uszach, pokrytym różowym futerkiem i rzadko ktokolwiek traktował
go poważnie. Mało mówił, cicho się poruszał, przeważnie czuł
się zagubiony i zdezorientowany. Wiedział, że gdyby był dużym
stworzeniem o czarnym futerku, inni odbieraliby go zupełnie inaczej,
ale nie miał śmiałości, żeby im to wytknąć.
Tak czy inaczej, wielu go uwielbiało.
Rzadko ktoś go szanował. Raczej był tym typem osoby, którą się
podnosi do góry, ściska i upuszcza. Niemniej, kiedy potrzebował
pomocy, uzyskanie jej nie było trudne.
Musiał załatwić sprawy związane z
papierami, pieczątkami, podpisami, pitami, pokwitowaniami i innymi
rzeczami, których nigdy nie rozumiał. Na szczęście ci, którzy
zwykle podnosili go do góry, wyjaśnili mu, jak to zrobić.
- Urząd nie jest do końca urzędem –
powiedział mu żółty stwór średniej wielkości. - Jest
kawiarnią, ale nie dla każdego.
- Po co? Dlaczego? - dopytywał Jin.
- Żeby wszystko skomplikować –
odpowiedział Żółty. - Żeby dobrze wyglądało, no nie wiem. To
wszystko jest strasznie dziwne, trochę głupie i wolę się nie
mieszać w sprawy urzędowe.
- Dobrze – powiedział Jin.
Zielony wyjaśnił mu, co powinien
zrobić. Czerwona – jak ma się zachować. Inni wyjaśnili mu
pozostałe sprawy, aż wreszcie różowe stworzenie, o wiele bardziej
wystraszone niż wcześniej, ruszyło uliczkami miasta do tego nie
całkiem urzędu.
Wszędzie była para. Maszyny
sprzątające nigdy nie mogły jej porządnie odessać, zresztą, one
również działały na parę. Czasem z jej kłębów wyłaniały się
stukoczące, klekoczące pojazdy, czasem daleko we mgle ktoś
krzyczał, kiedy przejeżdżały. Jin nie wiedział, czy ludzie się
boją, czy tak często zdarzają się wypadki. A może to były
krzyki samej pary – różowy stwór miał wrażenie, że czasem
układała się w postacie.
Znajdował drogę w znacznej mierze na
węch oraz dotyk. Domy często były bogato zdobione i rzeźbione,
dlatego można było wyczuć łapką, czy jest się w dobrej okolicy.
Do tego zapachy. Pachniały stragany z przyprawami, pachnieli ludzie
dookoła, pachniało nawet powietrze i rośliny, wyglądające
nieśmiało z przerw w zabudowie. Zwłaszcza mech wydzielał mocną
woń wilgoci i bagiennej stęchlizny, miękki, sprężysty, odporny
na wszystko mech, który pomagał mu rozpoznać okolicę.
Wreszcie Jin dotarł tam, gdzie
powinien. Jego łapka natrafiła na chłodną, złotą klamkę. Stwór
zadrżał cały, ale nacisnął na nią i naparł swoim drobnym
ciałkiem na drzwi.
Poczuł ciepło i obecność papieru.
- Zamykaj, para leci! -
ryknął ktoś głosem doświadczonego konduktora. Stworek
pospiesznie wypełnił polecenie.
Zobaczył złotożółtą lampkę,
biurko, gdzieś głębiej – chyba jakąś ladę, plakat z
narysowanymi pączkami - a może to była instrukcja wypełniania
pita...? W każdym razie za biurkiem siedziała duża, brązowa
stwora. Miała grube okulary i wzrok sugerujący, że Jin pomylił
drzwi.
Przełknął ślinę. Wiedział, że
nie pomylił. To był tylko test.
Podszedł do niej i przez chwilę
tłumaczył, w jakiej sprawie przychodzi, co dokładnie musi
załatwić, że załatwiał już ceremonie wstępne do załatwiania,
że ma doświadczenie w staniu w kolejkach, a zatem jest godny
zaufania, że jego ojciec też to kiedyś załatwiał i że tenże
ojciec parę lat temu zajmował się hodowlą pomidorów, dopóki
przemysł jej nie wyparł. Co jakiś czas odpowiadał na pytania,
wypowiedziane ostro i pogardliwe, tak, że znów się cały wzdrygał.
Wyjaśnił jednak wszystko, wszyściutko, tak, że urzędniczka za
chwilę mogłaby zostać jego żoną, tak dużo o nim wiedziała.
Wtedy dostał stertę papierów.
Powlókł się z nimi do stolika, chcąc nie chcąc. I zaczął
wypełniać.
Nagle znów wyczuł jakiś zapach.
Wyczuwanie zapachów było jego specjalnością. Tego jeszcze nie
znał. Skoncentrował się. Był miętowy, kawowy, cynamonowy. Chyba
jednak go skądś pamiętał.
- Tak pachnie kawiarnia – powiedział
ktoś obok niego.
Jin drgnął. Był tak przyzwyczajony
do wszechobecnej pary, że nie zauważał ludzi w pobliżu nawet, gdy
jej nie było. Na krzesełku obok siedziała przygarbiona staruszka o
ogromnej głowie. Na jej ramieniu natomiast przycupnął gołąb,
który dla odmiany miał malutki łepek. Przekręcał go, jakby nie
słyszał na jedno ucho.
- Tak pachnie kawiarnia – powtórzyła.
- Wypełniasz dokumenty?
- Tak – potwierdził Jin. - Czy to
wszystko musi być takie skomplikowane?
- Jasne – odparła. - Żyję od stu
ośmiu lat, napędzana parą z otoczenia, i jeszcze nie słyszałam
tak głupiego pytania od czasów oświadczyn mojego męża.
Nakarmiła gołębia zaczerpniętą z
kieszeni garścią ziarna.
- Chodzi tylko o to, żeby to, o co
chodzi, było dokładnie schowane. Inaczej nie musiałbyś tu
przychodzić i wszystko byłoby strasznie nudne. Poza tym, zawsze to
bezpieczniej, powiedzieć coś w takiej formie. Słyszałam –
nachyliła się, konspiracyjnie zniżając głos – Że są
specjalne korporacje, które produkują te papiery. Rozumiesz. A na
najniższych stanowiskach i zarazem na najniższych piętrach takiej
korporacji rezydują korporacyjne szczury. Biegają w takich
kołowrotkach, jak dla chomików – pomyśleć, szczury! I napędzają
wielkie niszczarki. Które rozrywają na strzępy teksty, z których
można coś zrozumieć.
Odsunęła się od niego, a gołąb
zagruchał.
- Ale... - Jin poczuł, że jeży mu
się futerko – Dlaczego bezpieczniej?
Staruszka zaśmiała się cicho.
- Ludzie mają różne dziwaczne
motywy. Wiadomo, im mniej wiedzą inni, tym bezpieczniej. Mówię ci.
Żyję sto osiem lat.
- Proszę wypełniać druki!- huknął
kolejarski głos. Jin pisnął i wrócił do pisania. To była jedyna
pewna opcja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz