piątek, 19 sierpnia 2016

Dekadenci - część 4



Sceptycyzm jest w pewnych sytuacjach zabawny. Zawsze bawi mnie w horrorach, kiedy od początku wiadomo, że ten, kto myśli najbardziej racjonalnie, popełnia największy błąd i najszybciej zginie.
            Zapewne w prawdziwym życiu nie powinno być podobnie, a jednak właśnie obserwuję ulice z mieszaniną przerażenia, satysfakcji, fascynacji i podniecenia.
            Po mieście biega mnóstwo zwierząt. Oszalałe koty i psy, konie i krowy, kury i gołębie. Biegają i fruwają ulicami, koszmarnie hałasując, jakby wszystkie naraz coś spłoszyło. Niektóre w pełnym pędzie rozbijają się o latarnie czy budynki, nierzadko roztrzaskując sobie czaszki. Miauczą przy tym, muczą, rżą, szczekają, bez żadnego wyraźnego powodu.

           Jest 2.00, lecz w wielu domach zapalają się światła, niektórzy krzyczą. Biegające zwierzaki wyglądają groteskowo w słabym świetle latarni, niczym kadr z kiepskiego filmu, za to nie widać dokładnie, jak giną.
            To równocześnie interesujące, jak  przerażające i obrzydliwe. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam ochotę znowu połknąć pigułkę, która pomoże mi zasnąć lub uśmierzy mój strach. Wiem już na pewno, że COŚ się dzieje, że to wszystko to nie wymysły, że...
            Coralie.
Ruszam do jej pokoju, serce wali mi w piersi. Ją tez musiały obudzić te dźwięki, chociaż na pewno, w przeciwieństwie do mnie, spała dłużej, niż pół godziny.
            Staję w drzwiach. Mała nadal śpi w swojej różowej pościeli w baletnice, a brązowe, świeżo umyte włoski ma rozrzucone po poduszce. Razem z nią leży cała masa pluszaków, kilka klocków, lalka oraz skakanka.
            Uspokajam się, trochę chce mi się śmiać. Moja córka jest gotowa na każdą katastrofę – jeżeli będzie się działo coś niepokojącego, po prostu zaśnie. Taktyka obronna. Coralie, udawaj trupa!
            Zaciągam zasłony w jej pokoju, żeby rano nie miała widoku na masakrę na zewnątrz. Delikatnie wyciągam z jej łóżka jedną z wielu poduszek i kładę się na podłodze – zawsze to wygodniej, niż obok niej na klockach.
            Nagle dzwoni mi telefon, a ja się wzdrygam. Zerkam na wyświetlacz – to Eliahn.
- Halo?
- Nick? - słyszę jego głos. Ewidentnie płacze. - Chyba... miałeś rację... nie mamy już... Bogowie, wszędzie są martwe zwierzęta!
- Tak – odpowiadam spokojnie. - Nie muszą już żyć.
            Wybucha płaczem.
- Tak... stopniowo? - mamrocze.
- Coś będzie dalej, Eliahn. Może to dobrze, może to było konieczne. - nie do końca wiem, czy to co mówię, ma sens; jestem śpiący.
- Może... ale...będę za tobą tęsknił. - mówi. – Takie mam wrażenie. To pewnie bez sensu.
- Spotkamy się. - odpowiadam zdecydowanie. Świat całkiem przypadkowo nie mógł się stworzyć taki, jaki jest. Więc jeśli coś tym wszystkim rządzi – Bóg, karma, zwykła logika czy przyzwoitość – to nie stracę kontaktu z Elihanem. To tak, jakby trawa zaczęła nagle rosnąć w dół. Mówię mu to, a on rozkleja się jeszcze bardziej.
- Kurwa, wyszło strasznie łzawo i słodko, co? - pyta.
- Wyszłoby, gdyby nie to, że za moim oknem leży świnia z rozwalonym łbem.
- O Bogowie – mamrocze. Jest przerażony. -  Czy ja i Julie możemy do was jutro przyjechać?
- Jasne. - odpowiadam. - Lubię twoją żonę.
            Śmieje się niemrawo.
- Oby nie za bardzo. - mówi.
            Kończę połączenie i kładę się spać.
Zanim zasnę, myślę o wszystkim, co sprawia, że widzę obecne wydarzenia w innym świetle niż na przykład Eliahn.
            Bezdomni na ulicach, obdarte dzieci w bramach, plaga Nieznanych, moje problemy ze snem i lekami, gruby chłopiec, który kiedyś dokuczał Coralie, wszyscy ci, którzy nie znoszą Eliahna, zanieczyszczenia środowiska, zbyt długie przerwy na reklamy w filmach, paskudny charakter matki Coralie, moi rodzice i ich dziwaczny światopogląd, uprzedzenia rasowe, wojny religijne, dyskryminacja kobiet, paskudne gnomy ogrodowe pani Eyre...
            Jest tego jak zwykle dość sporo, lecz w moje ponure rozmyślania wkrada się jasna strona mocy – banda nadgorliwych Jedi strąca talerze z ciasteczkami.
            Jest też Coralie i jej pościel w baletnice, Eliahn i jego żona, nasz różowy dom, jeżdżenie na skuterze, moja gitara, kulawy pies, którego z córką dokarmiamy, letnie festiwale...
            Nie myśl o tym, Nick.

Następnego dnia już od rana zaczęto oczyszczać ulice. Panowała dziwaczna atmosfera. W  domu wszystkie okna były zasłonięte, a Coralie zabroniłem wyglądać i wychodzić. Nawet nie tyle zabroniłem, co wyjaśniłem jej ogólnikowo, dlaczego nie powinna tego robić.
- Ale jak to, tato? Dlaczego zwierzątka są ranne? - zapytała mnie wówczas, rozczochrana i zdezorientowana, nadal w koszuli nocnej.
- Nie wiem. - odpowiadam - Coś złego im się dzieje, są chore.
- Boję się.
- Wiem.
            Przytulam ja, czując, że niezbyt dużo mogę zrobić.
- Chcesz, zbudujemy miasto z klocków.
- Będą w nim umierające pieski i kotki...?
- Jeśli chcesz. - mówię, czując się tak niesprawiedliwie. Nie źle, tylko niesprawiedliwie, bo nie tak powinny wyglądać pomysły mojego dziecka, nie tak powinny się kształtować.
            Trochę później pojawiają się Eliahn i Julie. Przywożą ze sobą ciasto, sernik truskawkowy na zimno – często tak robili, ale tym razem wszystko było inaczej niż zazwyczaj. Żona mojego przyjaciela, gdy tylko wchodzi, udaje się do łazienki zwymiotować, a my wszyscy staramy się udawać, że to nic takiego, że jest dość normalnie. Coralie niemrawo składa budowle z klocków, w tle leci Pearl Jam, a ciasto smakuje pyłem.
            Nigdy nie byliśmy typem ludzi, którzy spotykają się, żeby siedzieć i rozmawiać o niczym przy cieście i kawie. Kiedyś organizowaliśmy happening, po tym jak doszliśmy do wniosku, że nikt nie zauważa związku między wyścigiem plemników a rachunkiem prawdopodobieństwa w życiu (długo by tłumaczyć). Innym razem uznaliśmy, że każde z nas zawsze chciało nocować w namiocie w środku miasta, więc natychmiast zrealizowaliśmy to pragnienie. Często pisaliśmy razem teksty i dorabialiśmy muzykę, czasem potem graliśmy to na ulicy, często gdzieś wychodziliśmy, często zabieraliśmy Coralie w różne miejsca, czasem zostawialiśmy ją z rówieśnikami u pani Eyre, która pełniła funkcję okolicznego jednoosobowego przedszkola/przechowalni dzieci.
            Dziś jednak niewiele robimy i niewiele rozmawiamy. Chyba każde z nas rozumie, co się dzieje, a do tego – cholera – obecność tej dwójki ludzi sprawia, że przypominam sobie dużo dobrych rzeczy, i staję się coraz mniej gotowy na Wydarzenie.
            W końcu włączamy Coralie jakiś film animowany, i kończy się na tym, że oglądamy go wszyscy, jedząc pyliste ciasto.
            Późnym wieczorem natomiast coś stuka w okno. Eliahn wrzeszczy.
Za szybą stał Nieznany. Coralie pisnęła, bynajmniej jednak nie z przerażenia.
- To ty? - szczebiocze. Postać za oknem tylko wyciąga dłoń w jakimś kierunku.
- Nie widzę, co pokazujesz! - skarży się dziewczynka.
- Inne okno – mówię,  i razem z córką pobiegliśmy sprawdzić, zostawiając Julie zajętą cuceniem Eliahna.
            Po ulicach maszerują  całe tabuny Nieznanych, w równych szeregach. Jest ich takie mnóstwo, że jeżeli ktoś wierzy w to, że przynoszą pecha, powinien spodziewać się, że umrze, zachoruje, dom mu spłonie, straci rodzinę, chomik zdechnie i kwiatki zwiędną w tym samym czasie. Mi jednak wydaje się to dość mało prawdopodobne, żeby ten ponury marsz oznaczał po prostu złą wróżbę.
- Próbują uciec. - mamroczę. - Ne da się.
- Uciec...? - powtarza ze zdumieniem Coralie. - Tato, tam leży martwy...
            Odciągam ją od okna. Zapomniałem, że jeszcze nie jest do końca posprzątane, przed oczami mam jednak tłumy maszerujących postaci o długich kończynach, w identycznych maskach. Czym oni właściwie są? I dokąd mogą się wybierać?

4 komentarze:

  1. 5 część..? Jutro..? Rano..?

    OdpowiedzUsuń
  2. pesymiści, dekadenci i popaprańcy wszystkich krajów łączcie się!dobre! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. pesymiści, dekadenci i popaprańcy wszystkich krajów łączcie się!dobre! :-)

    OdpowiedzUsuń