Sceptycyzm jest w pewnych
sytuacjach zabawny. Zawsze bawi mnie w horrorach, kiedy od początku wiadomo, że
ten, kto myśli najbardziej racjonalnie, popełnia największy błąd i najszybciej
zginie.
Zapewne
w prawdziwym życiu nie powinno być podobnie, a jednak właśnie obserwuję ulice z
mieszaniną przerażenia, satysfakcji, fascynacji i podniecenia.
Po
mieście biega mnóstwo zwierząt. Oszalałe koty i psy, konie i krowy, kury i
gołębie. Biegają i fruwają ulicami, koszmarnie hałasując, jakby wszystkie naraz
coś spłoszyło. Niektóre w pełnym pędzie rozbijają się o latarnie czy budynki,
nierzadko roztrzaskując sobie czaszki. Miauczą przy tym, muczą, rżą, szczekają,
bez żadnego wyraźnego powodu.
Jest 2.00, lecz w wielu domach zapalają się światła, niektórzy krzyczą. Biegające zwierzaki wyglądają groteskowo w słabym świetle latarni, niczym kadr z kiepskiego filmu, za to nie widać dokładnie, jak giną.
Jest 2.00, lecz w wielu domach zapalają się światła, niektórzy krzyczą. Biegające zwierzaki wyglądają groteskowo w słabym świetle latarni, niczym kadr z kiepskiego filmu, za to nie widać dokładnie, jak giną.
To
równocześnie interesujące, jak
przerażające i obrzydliwe. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam ochotę
znowu połknąć pigułkę, która pomoże mi zasnąć lub uśmierzy mój strach. Wiem już
na pewno, że COŚ się dzieje, że to wszystko to nie wymysły, że...
Coralie.
Ruszam do jej pokoju, serce wali
mi w piersi. Ją tez musiały obudzić te dźwięki, chociaż na pewno, w
przeciwieństwie do mnie, spała dłużej, niż pół godziny.
Staję
w drzwiach. Mała nadal śpi w swojej różowej pościeli w baletnice, a brązowe,
świeżo umyte włoski ma rozrzucone po poduszce. Razem z nią leży cała masa
pluszaków, kilka klocków, lalka oraz skakanka.
Uspokajam
się, trochę chce mi się śmiać. Moja córka jest gotowa na każdą katastrofę –
jeżeli będzie się działo coś niepokojącego, po prostu zaśnie. Taktyka obronna.
Coralie, udawaj trupa!
Zaciągam
zasłony w jej pokoju, żeby rano nie miała widoku na masakrę na zewnątrz.
Delikatnie wyciągam z jej łóżka jedną z wielu poduszek i kładę się na podłodze
– zawsze to wygodniej, niż obok niej na klockach.
Nagle
dzwoni mi telefon, a ja się wzdrygam. Zerkam na wyświetlacz – to Eliahn.
- Halo?
- Nick? - słyszę jego głos.
Ewidentnie płacze. - Chyba... miałeś rację... nie mamy już... Bogowie, wszędzie
są martwe zwierzęta!
- Tak – odpowiadam spokojnie. -
Nie muszą już żyć.
Wybucha
płaczem.
- Tak... stopniowo? - mamrocze.
- Coś będzie dalej, Eliahn. Może
to dobrze, może to było konieczne. - nie do końca wiem, czy to co mówię, ma
sens; jestem śpiący.
- Może... ale...będę za tobą
tęsknił. - mówi. – Takie mam wrażenie. To pewnie bez sensu.
- Spotkamy się. - odpowiadam
zdecydowanie. Świat całkiem przypadkowo nie mógł się stworzyć taki, jaki jest.
Więc jeśli coś tym wszystkim rządzi – Bóg, karma, zwykła logika czy
przyzwoitość – to nie stracę kontaktu z Elihanem. To tak, jakby trawa zaczęła
nagle rosnąć w dół. Mówię mu to, a on rozkleja się jeszcze bardziej.
- Kurwa, wyszło strasznie łzawo i
słodko, co? - pyta.
- Wyszłoby, gdyby nie to, że za
moim oknem leży świnia z rozwalonym łbem.
- O Bogowie – mamrocze. Jest
przerażony. - Czy ja i Julie możemy do
was jutro przyjechać?
- Jasne. - odpowiadam. - Lubię
twoją żonę.
Śmieje
się niemrawo.
- Oby nie za bardzo. - mówi.
Kończę
połączenie i kładę się spać.
Zanim zasnę, myślę o wszystkim,
co sprawia, że widzę obecne wydarzenia w innym świetle niż na przykład Eliahn.
Bezdomni
na ulicach, obdarte dzieci w bramach, plaga Nieznanych, moje problemy ze snem i
lekami, gruby chłopiec, który kiedyś dokuczał Coralie, wszyscy ci, którzy nie
znoszą Eliahna, zanieczyszczenia środowiska, zbyt długie przerwy na reklamy w
filmach, paskudny charakter matki Coralie, moi rodzice i ich dziwaczny
światopogląd, uprzedzenia rasowe, wojny religijne, dyskryminacja kobiet,
paskudne gnomy ogrodowe pani Eyre...
Jest
tego jak zwykle dość sporo, lecz w moje ponure rozmyślania wkrada się jasna
strona mocy – banda nadgorliwych Jedi strąca talerze z ciasteczkami.
Jest
też Coralie i jej pościel w baletnice, Eliahn i jego żona, nasz różowy dom,
jeżdżenie na skuterze, moja gitara, kulawy pies, którego z córką dokarmiamy,
letnie festiwale...
Nie
myśl o tym, Nick.
Następnego dnia już od rana
zaczęto oczyszczać ulice. Panowała dziwaczna atmosfera. W domu wszystkie okna były zasłonięte, a
Coralie zabroniłem wyglądać i wychodzić. Nawet nie tyle zabroniłem, co
wyjaśniłem jej ogólnikowo, dlaczego nie powinna tego robić.
- Ale jak to, tato? Dlaczego
zwierzątka są ranne? - zapytała mnie wówczas, rozczochrana i zdezorientowana,
nadal w koszuli nocnej.
- Nie wiem. - odpowiadam - Coś
złego im się dzieje, są chore.
- Boję się.
- Wiem.
Przytulam
ja, czując, że niezbyt dużo mogę zrobić.
- Chcesz, zbudujemy miasto z
klocków.
- Będą w nim umierające pieski i
kotki...?
- Jeśli chcesz. - mówię, czując
się tak niesprawiedliwie. Nie źle, tylko niesprawiedliwie, bo nie tak powinny
wyglądać pomysły mojego dziecka, nie tak powinny się kształtować.
Trochę
później pojawiają się Eliahn i Julie. Przywożą ze sobą ciasto, sernik
truskawkowy na zimno – często tak robili, ale tym razem wszystko było inaczej
niż zazwyczaj. Żona mojego przyjaciela, gdy tylko wchodzi, udaje się do
łazienki zwymiotować, a my wszyscy staramy się udawać, że to nic takiego, że
jest dość normalnie. Coralie niemrawo składa budowle z klocków, w tle leci
Pearl Jam, a ciasto smakuje pyłem.
Nigdy
nie byliśmy typem ludzi, którzy spotykają się, żeby siedzieć i rozmawiać o
niczym przy cieście i kawie. Kiedyś organizowaliśmy happening, po tym jak
doszliśmy do wniosku, że nikt nie zauważa związku między wyścigiem plemników a
rachunkiem prawdopodobieństwa w życiu (długo by tłumaczyć). Innym razem
uznaliśmy, że każde z nas zawsze chciało nocować w namiocie w środku miasta,
więc natychmiast zrealizowaliśmy to pragnienie. Często pisaliśmy razem teksty i
dorabialiśmy muzykę, czasem potem graliśmy to na ulicy, często gdzieś
wychodziliśmy, często zabieraliśmy Coralie w różne miejsca, czasem
zostawialiśmy ją z rówieśnikami u pani Eyre, która pełniła funkcję okolicznego
jednoosobowego przedszkola/przechowalni dzieci.
Dziś
jednak niewiele robimy i niewiele rozmawiamy. Chyba każde z nas rozumie, co się
dzieje, a do tego – cholera – obecność tej dwójki ludzi sprawia, że przypominam
sobie dużo dobrych rzeczy, i staję się coraz mniej gotowy na Wydarzenie.
W
końcu włączamy Coralie jakiś film animowany, i kończy się na tym, że oglądamy
go wszyscy, jedząc pyliste ciasto.
Późnym
wieczorem natomiast coś stuka w okno. Eliahn wrzeszczy.
Za szybą stał Nieznany. Coralie
pisnęła, bynajmniej jednak nie z przerażenia.
- To ty? - szczebiocze. Postać za
oknem tylko wyciąga dłoń w jakimś kierunku.
- Nie widzę, co pokazujesz! -
skarży się dziewczynka.
- Inne okno – mówię, i razem z córką pobiegliśmy sprawdzić,
zostawiając Julie zajętą cuceniem Eliahna.
Po
ulicach maszerują całe tabuny
Nieznanych, w równych szeregach. Jest ich takie mnóstwo, że jeżeli ktoś wierzy
w to, że przynoszą pecha, powinien spodziewać się, że umrze, zachoruje, dom mu
spłonie, straci rodzinę, chomik zdechnie i kwiatki zwiędną w tym samym czasie.
Mi jednak wydaje się to dość mało prawdopodobne, żeby ten ponury marsz oznaczał
po prostu złą wróżbę.
- Próbują uciec. - mamroczę. - Ne
da się.
- Uciec...? - powtarza ze
zdumieniem Coralie. - Tato, tam leży martwy...
Odciągam
ją od okna. Zapomniałem, że jeszcze nie jest do końca posprzątane, przed oczami
mam jednak tłumy maszerujących postaci o długich kończynach, w identycznych
maskach. Czym oni właściwie są? I dokąd mogą się wybierać?
5 część..? Jutro..? Rano..?
OdpowiedzUsuńpesymiści, dekadenci i popaprańcy wszystkich krajów łączcie się!dobre! :-)
OdpowiedzUsuńWitamy w teamie popaprańców :)
Usuńpesymiści, dekadenci i popaprańcy wszystkich krajów łączcie się!dobre! :-)
OdpowiedzUsuń