poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Śmierć Starszy, Śmierć Młodszy - część 1

- I co dalej? - syknął zirytowany Śmierć Młodszy.
Śmierć Starszy poprawił kosę na ramieniu i westchnął.
- Czasem trzeba poczekać – odpowiedział i usadowił się wygodniej na mokrej trawie, zarazem dbając, żeby za bardzo nie wychylić się z krzaków służących im za kryjówkę.
- Ale mówiłeś, że to będzie mój moment – jęknął Młodszy. - Że to będzie szybka, gwałtowna śmierć, taka, jakie lubię...
- Czekaj. - odparł Śmierć Starszy tonem głosu kończącym rozmowę. Śmierć S. ogólnie był dobry w kończeniu pogawędek – być może było to swego rodzaju skrzywienie zawodowe.
Drobna dziewczyna z wielkimi, brązowymi oczami, w nieco śmiesznej sukieneczce z kokardką, siedziała na parkowej ławce, niczego nie podejrzewając. Patrzyła cały czas prosto przed siebie, jakby ktoś jej tak kazał. Wokół kłębiła się poranna mgła, szara, nijaka i niezbyt gęsta. Jakby ktoś złapał tę mgłę do słoika i sprzedał jako rekwizyt do horroru, byłby to niewątpliwie horror bardzo niskiej klasy.
Dookoła nie było nikogo poza śmiercią. A nawet dwoma.
 - Będzie miał szczęście – mruknął Śmierć Starszy pod nosem, wykrzywiając w uśmiechu brzydkie, pożółkłe zęby.
- Dlaczego? - zapytał natychmiast Młodszy. Śmierć S. przewrócił oczami – młody nie marnował żadnej okazji do rozmowy. I do tego ten jego wygląd...! Zamiast długiej, czarnej szaty – ciemna koszulka i trampki Conversy w tym samym odcieniu, jak jakieś emo. Co za czasy.
- Bo wokół nikogo nie będzie – wytłumaczył z rzadko spotykaną u Śmierci cierpliwością.
- Dlaczego on ją właściwie zabije? - dopytywał Młodszy.
- Coś mu się w mózgu poprzestawiało. Nawet jej nie zna. To kwestia skojarzeń, czy coś takiego. Po co wnikać w szczegóły?
Młodszy skrzywił się niechętnie.
- Młoda jest. Chyba jeszcze nie zasługuje.
- Ma szczęście, w gruncie rzeczy. - Starszy wzruszył ramionami. - Po co to odwlekać..? I tak zaraz musielibyśmy po nią iść.
I wtedy za plecami dziewczyny, dość daleko za nią, pojawił się zarys czyjejś sylwetki. Śmierć Młodszy poruszył się, podekscytowany.
Starszy zaś dostał SMS-a.
- Co jest? - Młodszy odwrócił się gwałtownie. Kiedy się jest Śmiercią, znajomych ma się raczej na krótko.
- Yyy... - starszy wyglądał na zakłopotanego. Sprawdził telefon komórkowy nienaturalnie pospiesznie, zwłaszcza, jak na niego.
- Zaraz nasza kolej – mruknął tymczasem młodszy, poprawiając kosę.
- Nie, moment! - wykrzyknął Śmierć Starszy, ściskając telefon w kościstej dłoni. - Szef pisze. Do licha!
- To średniowieczne przekleństwo, Starszy.
- Średniowiecze to były czasy, ludzie wiedzieli, jak umierać – odrzekł Śmierć S. - Dżuma, to było coś! Miałem po pięciu uczniów naraz, a...
- Do rzeczy!
- Właśnie! - zestresował się Starszy. Było to dla niego całkiem nowe uczucie. - Ona nie ma umrzeć.
- Słucham?!
-Nie ma umrzeć!!!
- Więc chyba nie jesteśmy najlepszymi ludźmi do tej roboty!
- Nie mam pojęcia, o co chodzi. Po prostu coś zrób.
- Ja?!
Ale Śmierć Starszy już wypchnął swojego ucznia z ich kryjówki.



Jake rozpoznawał tę małą na ławce. Oczywiście, jak mógłby jej nie rozpoznać? Przecież one wszystkie są takie same. Te małe potwory. Ewidentnie była jednym z nich – te brązowe oczęta, pozornie niewinny wygląd. O, tak. Jake napatrzył się na nią co niemiara, zanim rozpoczął skradanie.
Wiedział, że musi ją wykończyć. Marzył o tym, napawało go to entuzjazmem. To jest niczym gra, te emocje, ta adrenalina, a do tego, świat za chwilę stanie się lepszym miejscem.
Nóż ślizgał mu się w spoconej dłoni. Możliwe, ze go złapią. Bardzo możliwe. Ale on będzie wiedział, że po prostu robił swoje.
Pogoda była wprost doskonała na małe zabijanko. Cudowna, gęsta mgła, komponująca się świetnie z parkiem, ławką i tym potworkiem. Jake wziął głęboki oddech, napawając się tą chwila, kiedy nagle znikąd wyrósł mu jakiś dziwaczny emo nastolatek.
Miał bardzo bladą cerę, ciemne włosy, oczy otoczone cieniem, ubrany był natomiast w czarną koszulkę z wizerunkiem trupiej czaszki. W dłoni ściskał... czy to była kosa? Jake zamrugał, i nietypowy oręż zniknął z dłoni chłopaka. Mężczyzna jak dotąd raczej nie miewał przywidzeń... lecz nie to było teraz istotne. Ten świrus bardzo tutaj przeszkadzał!
I do tego ruszył w jego kierunku!!! Jake przecież nie mógł go zabić, nie bez powodu, Jake był dobrym człowiekiem... który aktualnie zupełnie nie wiedział, co robić.
- Cześć – przywitał się młodzieniec trochę niepewnie. - Eee... jak masz na imię?
Niedoszły morderca zerknął na niedoszłą ofiarę, bolejąc nad ta całą niedoszłością.
- Spokojnie, nie ruszy się. - tamten jakby czytał mu w myślach.
- Czemu mam ci wierzyć? - zapytał Jake nieufnie.
Emo nastolatek zaśmiał się cicho.
- Jestem jedyną pewną rzeczą w twoim życiu, stary. A masz mi wierzyć, bo... umówmy się, ze dlatego, iż cię zabiję, jeśli tego nie zrobisz... okej?
- Okej – przystał na to Prawie-Morderca. - Brzmi dość logicznie.
- No – odparł tamten z ulgą. - Musimy pogadać. Prawdę mówiąc, trochę mi tego brakuje, bo... nie jesteś pasjonatem rozmów o dżumie?
- Nie.
- Super – ucieszył się na czarno ubrany świrus. - Więc, jak masz na imię?
- Jake, a ty?
- Młodszy.
- Dziwne imię.
- No, tak – odparł nowy znajomy taki tonem, jakby tłumaczył oczywistość opóźnionemu w rozwoju dziecku – Ale innej opcji nie było, sam rozumiesz.
- Zupełnie nie.
- To nic. Wróćmy do tematu morderstwa. - Młodszy objął nieco zdumionego Jake'a za ramiona. - Może chodźmy do baru, co?
Ruszyli we dwóch chodnikiem, objęci jak para starych kumpli. Niedoszły morderca doszedł do wniosku, ze to naprawdę miłe ze strony jego towarzysza, ze nie robi scen z powodu noża w jego dłoni, Młodszy był dość zadowolony, że nie musi znów rozmawiać o epidemiach. I nic dziwnego; w końcu śmierć i zabójcy przeważnie dobrze się dogadują.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz