- I co dalej? - syknął zirytowany
Śmierć Młodszy.
Śmierć Starszy poprawił kosę na
ramieniu i westchnął.
- Czasem trzeba poczekać –
odpowiedział i usadowił się wygodniej na mokrej trawie, zarazem
dbając, żeby za bardzo nie wychylić się z krzaków służących
im za kryjówkę.
- Ale mówiłeś, że to będzie mój
moment – jęknął Młodszy. - Że to będzie szybka, gwałtowna
śmierć, taka, jakie lubię...
- Czekaj. - odparł Śmierć Starszy
tonem głosu kończącym rozmowę. Śmierć S. ogólnie był dobry w
kończeniu pogawędek – być może było to swego rodzaju
skrzywienie zawodowe.
Drobna dziewczyna z wielkimi,
brązowymi oczami, w nieco śmiesznej sukieneczce z kokardką,
siedziała na parkowej ławce, niczego nie podejrzewając. Patrzyła
cały czas prosto przed siebie, jakby ktoś jej tak kazał. Wokół
kłębiła się poranna mgła, szara, nijaka i niezbyt gęsta. Jakby
ktoś złapał tę mgłę do słoika i sprzedał jako rekwizyt do
horroru, byłby to niewątpliwie horror bardzo niskiej klasy.
Dookoła nie było nikogo poza
śmiercią. A nawet dwoma.
- Będzie miał szczęście – mruknął Śmierć Starszy pod nosem, wykrzywiając w uśmiechu brzydkie, pożółkłe zęby.
- Będzie miał szczęście – mruknął Śmierć Starszy pod nosem, wykrzywiając w uśmiechu brzydkie, pożółkłe zęby.
- Dlaczego? - zapytał natychmiast
Młodszy. Śmierć S. przewrócił oczami – młody nie marnował
żadnej okazji do rozmowy. I do tego ten jego wygląd...! Zamiast
długiej, czarnej szaty – ciemna koszulka i trampki Conversy w tym
samym odcieniu, jak jakieś emo. Co za czasy.
- Bo wokół nikogo nie będzie –
wytłumaczył z rzadko spotykaną u Śmierci cierpliwością.
- Dlaczego on ją właściwie zabije? -
dopytywał Młodszy.
- Coś mu się w mózgu poprzestawiało.
Nawet jej nie zna. To kwestia skojarzeń, czy coś takiego. Po co
wnikać w szczegóły?
Młodszy skrzywił się niechętnie.
- Młoda jest. Chyba jeszcze nie
zasługuje.
- Ma szczęście, w gruncie rzeczy. -
Starszy wzruszył ramionami. - Po co to odwlekać..? I tak zaraz
musielibyśmy po nią iść.
I wtedy za plecami dziewczyny,
dość daleko za nią, pojawił się zarys czyjejś sylwetki. Śmierć
Młodszy poruszył się, podekscytowany.
Starszy zaś dostał SMS-a.
- Co jest? - Młodszy odwrócił się
gwałtownie. Kiedy się jest Śmiercią, znajomych ma się raczej na
krótko.
- Yyy... - starszy wyglądał na
zakłopotanego. Sprawdził telefon komórkowy nienaturalnie
pospiesznie, zwłaszcza, jak na niego.
- Zaraz nasza kolej – mruknął
tymczasem młodszy, poprawiając kosę.
- Nie, moment! - wykrzyknął Śmierć
Starszy, ściskając telefon w kościstej dłoni. - Szef pisze. Do
licha!
- To średniowieczne przekleństwo,
Starszy.
- Średniowiecze to były czasy, ludzie
wiedzieli, jak umierać – odrzekł Śmierć S. - Dżuma, to było
coś! Miałem po pięciu uczniów naraz, a...
- Do rzeczy!
- Właśnie! - zestresował się
Starszy. Było to dla niego całkiem nowe uczucie. - Ona nie ma
umrzeć.
- Słucham?!
-Nie ma umrzeć!!!
- Więc chyba nie jesteśmy najlepszymi
ludźmi do tej roboty!
- Nie mam pojęcia, o co chodzi. Po
prostu coś zrób.
- Ja?!
Ale Śmierć Starszy już wypchnął
swojego ucznia z ich kryjówki.
Jake rozpoznawał tę małą na ławce.
Oczywiście, jak mógłby jej nie rozpoznać? Przecież one wszystkie
są takie same. Te małe potwory. Ewidentnie była jednym z nich –
te brązowe oczęta, pozornie niewinny wygląd. O, tak. Jake
napatrzył się na nią co niemiara, zanim rozpoczął skradanie.
Wiedział, że musi ją wykończyć.
Marzył o tym, napawało go to entuzjazmem. To jest niczym gra, te
emocje, ta adrenalina, a do tego, świat za chwilę stanie się
lepszym miejscem.
Nóż ślizgał mu się w spoconej
dłoni. Możliwe, ze go złapią. Bardzo możliwe. Ale on będzie
wiedział, że po prostu robił swoje.
Pogoda była wprost doskonała na małe
zabijanko. Cudowna, gęsta mgła, komponująca się świetnie z
parkiem, ławką i tym potworkiem. Jake wziął głęboki oddech,
napawając się tą chwila, kiedy nagle znikąd wyrósł mu jakiś
dziwaczny emo nastolatek.
Miał bardzo bladą cerę, ciemne
włosy, oczy otoczone cieniem, ubrany był natomiast w czarną
koszulkę z wizerunkiem trupiej czaszki. W dłoni ściskał... czy to
była kosa? Jake zamrugał, i nietypowy oręż zniknął z dłoni
chłopaka. Mężczyzna jak dotąd raczej nie miewał przywidzeń...
lecz nie to było teraz istotne. Ten świrus bardzo tutaj
przeszkadzał!
I do tego ruszył w jego kierunku!!!
Jake przecież nie mógł go zabić, nie bez powodu, Jake był dobrym
człowiekiem... który aktualnie zupełnie nie wiedział, co robić.
- Cześć – przywitał się
młodzieniec trochę niepewnie. - Eee... jak masz na imię?
Niedoszły morderca zerknął na
niedoszłą ofiarę, bolejąc nad ta całą niedoszłością.
- Spokojnie, nie ruszy się. - tamten
jakby czytał mu w myślach.
- Czemu mam ci wierzyć? - zapytał
Jake nieufnie.
Emo nastolatek zaśmiał się cicho.
- Jestem jedyną pewną rzeczą w twoim
życiu, stary. A masz mi wierzyć, bo... umówmy się, ze dlatego, iż
cię zabiję, jeśli tego nie zrobisz... okej?
- Okej – przystał na to
Prawie-Morderca. - Brzmi dość logicznie.
- No – odparł tamten z ulgą. -
Musimy pogadać. Prawdę mówiąc, trochę mi tego brakuje, bo... nie
jesteś pasjonatem rozmów o dżumie?
- Nie.
- Super – ucieszył się na czarno
ubrany świrus. - Więc, jak masz na imię?
- Jake, a ty?
- Młodszy.
- Dziwne imię.
- No, tak – odparł nowy znajomy taki
tonem, jakby tłumaczył oczywistość opóźnionemu w rozwoju
dziecku – Ale innej opcji nie było, sam rozumiesz.
- Zupełnie nie.
- To nic. Wróćmy do tematu
morderstwa. - Młodszy objął nieco zdumionego Jake'a za ramiona. -
Może chodźmy do baru, co?
Ruszyli we dwóch chodnikiem, objęci
jak para starych kumpli. Niedoszły morderca doszedł do wniosku, ze
to naprawdę miłe ze strony jego towarzysza, ze nie robi scen z
powodu noża w jego dłoni, Młodszy był dość zadowolony, że nie
musi znów rozmawiać o epidemiach. I nic dziwnego; w końcu śmierć
i zabójcy przeważnie dobrze się dogadują.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz