„Aż za dobrze”, doszedł niebawem
do wniosku Śmierć Młodszy, obserwując swojego towarzysza, który
aktualnie nieco drżącymi dłońmi unosił kufel do ust.
- A kiedy byłem mały, miałem
chomika. - oznajmił płaczliwie. - I ten chomik zdechł, ale nie tak
od razu... rozumiesz... leżał, i zdychał, tak powoli, w swoim
małym, słodkim, chomiczym domku i...
Śmierć nieco się zawstydził i
rozważył pospiesznie, czy powinien mu wytłumaczyć, że Starszy po
prostu kazał mu potrenować na czymś małym, z niezbyt ciężką
duszą, i że nie miał wówczas jeszcze wprawy w machaniu kosą...ale
doszedł do wniosku, że nie.
- Czy ty mnie słuchasz? - Jake
przerwał na chwilę płaczliwy monolog.
- Jasne – odparł niezbyt uważnie
Młodszy, rozglądając się po pomieszczeniu. Bar, w którym właśnie
siedzieli, był prawdziwą speluną. Klienci zerkali w odpowiednio
ponury sposób spode łba, nad kałużami zaschniętych alkoholi
krążyły muchy, barman natomiast przecierał jeden z kufli szmatką,
która zdawała się pamiętać znacznie lepsze czasy. Starszy raczej
nie byłby z niego dumny, ale co to za zadanie dla Śmierci, do
cholery „nie pozwól jej umrzeć”? Co niby Młodszy miał robić,
hę?
- Dobra, ale czemu chciałeś uśmiercić
tamtą dziewczynę? - zapytał.
Oczy Jake'a zalśniły wściekłością.
- Bo ona jest jedną z nich – wysyczał, opluwając nieco swego towarzysza, i zaraz rozejrzał się czujnie, czy aby nikt ich nie podsłuchuje.
- Bo ona jest jedną z nich – wysyczał, opluwając nieco swego towarzysza, i zaraz rozejrzał się czujnie, czy aby nikt ich nie podsłuchuje.
- Z a p a m i ę t a j to, co ci teraz
powiem. - mruknął. - Wszystkie ładne dziewczyny z brązowymi
włosami i pieprzykiem na twarzy to szalone psychopatki. Po tym się
rozpoznają nawzajem. - pokiwał gorliwie głową. - Uwielbiają się
znęcać, zwłaszcza nad mężczyznami. Uważaj na nie, młody.
- Ahm, taa – odparł Młodszy, nieco
znudzony. Ech, facet nie miał w głowie żadnej interesującej
teorii spiskowej. Gdyby to ON miał oszaleć, wymyśliłby
przynajmniej jakąś naprawdę chorą historię, a nie coś tak
prostego. I do tego te irytujące muchy...
Dyskretnie zmaterializował pod stołem
kosę i machnął nią delikatnie. Kilka owadów, siedzących na ich
stoliku, natychmiast zdechło.
- Hę? - wykrztusił zdumiony Jake.
- Nie mają już duszy – wyjaśnił
ze znużeniem Młodszy, chowając do kieszeni cztery malutkie
kuleczki.
Śmierć Starszy zdawał sobie sprawę,
że nie może tak tkwić w nieskończoność w krzakach. Co jakiś czas napotykał zdumione spojrzenia, i w myślach przeklinał całą tę dziwaczną sytuację.. Od dłuższego czasu usiłował dodzwonić
się do szefa, lecz nieustannie było zajęte. Co też on może teraz
porabiać? Zabawia się w podpalanie krzaków, czy zsyła potop?
Niezależnie od przyczyny, najwyraźniej miał coś do załatwienia.
Tymczasem dziewczyna wstała z ławki.
„Kłamał”, pomyślał Śmierć
Starszy o Młodszym. „Ona może się stąd ruszyć”
Szatynka tymczasem podniosła się i
ruszyła przed siebie, a Starszy po raz kolejny tego dnia poczuł (a
raczej poczułby w normalnych warunkach) zimny pot na plecach.
Ona ma nie umierać, tak? A co, jeśli
teraz gdzieś pójdzie i rozjedzie ją samochód? Albo ktoś
postanowi podłożyć bombę? Albo zatruje się chińskim żarciem?
Przecież wówczas musiałby ją
zabrać, inaczej to byłoby niezgodne z zasadami! Trzeba wyprowadzać
ludzi, którzy już nie nadają się do paradowania po ziemi, to nie film George'a Romero!
Chcąc nie chcąc, ruszył za nią.
Właściwie Młodszy chętnie by już
wyszedł z tego całego baru, gdyby nie to, że wydawało mu się to
niegrzeczne. Wytrzymał historię o chomiku i byłej żonie, ale
czuł, że zaczyna powoli tracić cierpliwość.
- Witaj – odezwał się nagle ktoś
tuż nad jego uchem. Drgnął, zaskoczony.
Nachylała się nad nim dość
atrakcyjna brunetka w krótkiej, czerwonej sukience, o mocnym
makijażu. Zapach perfum wokół niej był tak silny, że aż wydawał
się niebezpieczny dla zdrowia.
- Dzień dobry – odparł grzecznie
Śmierć, po czym uświadomił sobie, że jego wiedza o postępowaniu
z kobietami jest mniej więcej taka, jak przeciętnego ucznia
podstawówki. Opcje przedstawiały się następująco: a) Zaatakuj
kosą. b) Ignoruj. c) Przestrasz.
Tamta uśmiechnęła się lekko, a
Młodszy poczuł, że rumieni się niczym coś żywego. Pocieszało
go jedynie, że tamta zapewne nigdy nie miała osobiście do
czynienia ze Śmiercią, a Jake obserwuje to wszystko z miną tak
głupią, jakby i on nie bardzo wiedział, jak się zachować.
- Co ktoś taki jak ty robi w miejscu
takim jak to? - zainteresowała się kobieta, nachylając się nad
nim lekko.
- A co na ogół osoby takie jak ja
robią w takich miejscach? - odparł pytaniem na pytanie Młodszy,
nie chcąc palnąć czegoś głupiego.
- Ou. - zaśmiała się, po czym
znacząco uniosła brew.
- Chociaż... w zasadzie to nie sądzę,
by osoby takie jak ja tu przychodziły. - poprawił się po namyśle,
postanawiając nie zwracać uwagi na tą dziwaczną mimikę. - Albo
będę musiał poważnie porozmawiać ze Starszym.
- W sensie, z ojcem? - kobieta
wyglądała na zaskoczoną.
- Nie, nie z Szefem. - odparł z lekkim
zmęczeniem Młodszy. Przecież wyraźnie powiedział. - Ze Śmiercią.
- Aha. - uśmiech tamtej stał się
mocno wymuszony.
- Chociaż ona zapewne teraz pilnuje
tej małej psychopatki. - ciągnął Młodszy, bardziej do siebie,
niż do niej. - Pieprzyk i takie tam. Ale ja... - zerknął na
Jake'a, ale ten nie wyglądał, jakby był skoncentrowany na
rozmowie. - ...ja w to nie wierzę. - zakończył.
- Aha – odparła ponownie tamta.
Chyba nie była najciekawszą osobą.
Zapadła cisza. Ubrana na czerwono
nieznajoma nadal uśmiechała się dziwnie. Śmierć rozważył w
myślach listę tematów, na które można rozmawiać, by przerwać
tę niezręczną sytuację.
- Co sądzisz o dżumie? - zapytał w
końcu w desperacji.
Śmierć Starszy był naprawdę
zmęczony. Nie nabiegał się tak od ostatniej epidemii, i do tego
ten cały stres. Zdecydowanie, był już za stary na tą nagłą
zmianę ścieżki kariery – pilnować, żeby ta mała NIE umarła,
też coś.
Właśnie zbliżała się do kolejnego
przejścia dla pieszych, czyli miejsca, gdzie Śmierć regularnie się
pojawiał. Natychmiast przyspieszył kroku. Nie wiedząc, jak
właściwie ma ją tym razem ratować, złapał ją mocno za rękę.
Wrzasnęła; trudno się zresztą
dziwić. Ludzie nie są przygotowani na spotkanie ze Śmiercią,
jeśli nie umierają. Reszta przechodniów zerkała na nich dziwnie.
- Co ty robisz? - wykrzyknęła.
- Przeprowadzam cię przez ulicę. -
odrzekł Starszy tonem tak ponurym, że tamta umilkła. - Wiesz może,
dlaczego nie powinnaś umierać?
- Ja... - zająknęła się.
- No, właściwie to... mam do zrobienia porządki, i... młodsze
rodzeństwo, którym trzeba się opiekować... i zaczęłam serial...
- Nie, nie, nie – przerwał
z rozdrażnieniem Śmierć. - To typowe bzdury, które aż chce się
przerwać konkretnym machnięciem kosą.
Zerknął na nią, ale nie
wyglądała na obrażoną.
- Pewnie tak – zgodziła
się.
Dotarli wreszcie na drugą
stronę ulicy.
- Co to ma być? - skrzywił
się Śmierć.
Okolica wyglądała, jakby
ktoś, średnio udolnie, postanowił stylizować ją na orientalną. Wokół roiło się
od pachnących kadzidełkami sklepików z tandetną biżuterią, budek
z azjatyckim jedzeniem, oraz perfumerii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz