czwartek, 25 sierpnia 2016

Śmierć Starszy, Śmierć Młodszy - część 2

„Aż za dobrze”, doszedł niebawem do wniosku Śmierć Młodszy, obserwując swojego towarzysza, który aktualnie nieco drżącymi dłońmi unosił kufel do ust.
- A kiedy byłem mały, miałem chomika. - oznajmił płaczliwie. - I ten chomik zdechł, ale nie tak od razu... rozumiesz... leżał, i zdychał, tak powoli, w swoim małym, słodkim, chomiczym domku i...
    Śmierć nieco się zawstydził i rozważył pospiesznie, czy powinien mu wytłumaczyć, że Starszy po prostu kazał mu potrenować na czymś małym, z niezbyt ciężką duszą, i że nie miał wówczas jeszcze wprawy w machaniu kosą...ale doszedł do wniosku, że nie.
- Czy ty mnie słuchasz? - Jake przerwał na chwilę płaczliwy monolog.
- Jasne – odparł niezbyt uważnie Młodszy, rozglądając się po pomieszczeniu. Bar, w którym właśnie siedzieli, był prawdziwą speluną. Klienci zerkali w odpowiednio ponury sposób spode łba, nad kałużami zaschniętych alkoholi krążyły muchy, barman natomiast przecierał jeden z kufli szmatką, która zdawała się pamiętać znacznie lepsze czasy. Starszy raczej nie byłby z niego dumny, ale co to za zadanie dla Śmierci, do cholery „nie pozwól jej umrzeć”? Co niby Młodszy miał robić, hę?
- Dobra, ale czemu chciałeś uśmiercić tamtą dziewczynę? - zapytał.
    Oczy Jake'a zalśniły wściekłością.
 - Bo ona jest jedną z nich – wysyczał, opluwając nieco swego towarzysza, i zaraz rozejrzał się czujnie, czy aby nikt ich nie podsłuchuje.
- Z a p a m i ę t a j to, co ci teraz powiem. - mruknął. - Wszystkie ładne dziewczyny z brązowymi włosami i pieprzykiem na twarzy to szalone psychopatki. Po tym się rozpoznają nawzajem. - pokiwał gorliwie głową. - Uwielbiają się znęcać, zwłaszcza nad mężczyznami. Uważaj na nie, młody.
- Ahm, taa – odparł Młodszy, nieco znudzony. Ech, facet nie miał w głowie żadnej interesującej teorii spiskowej. Gdyby to ON miał oszaleć, wymyśliłby przynajmniej jakąś naprawdę chorą historię, a nie coś tak prostego. I do tego te irytujące muchy...
Dyskretnie zmaterializował pod stołem kosę i machnął nią delikatnie. Kilka owadów, siedzących na ich stoliku, natychmiast zdechło.
- Hę? - wykrztusił zdumiony Jake.
- Nie mają już duszy – wyjaśnił ze znużeniem Młodszy, chowając do kieszeni cztery malutkie kuleczki.



Śmierć Starszy zdawał sobie sprawę, że nie może tak tkwić w nieskończoność w krzakach. Co jakiś czas napotykał zdumione spojrzenia, i w myślach przeklinał całą tę dziwaczną sytuację.. Od dłuższego czasu usiłował dodzwonić się do szefa, lecz nieustannie było zajęte. Co też on może teraz porabiać? Zabawia się w podpalanie krzaków, czy zsyła potop? Niezależnie od przyczyny, najwyraźniej miał coś do załatwienia.
    Tymczasem dziewczyna wstała z ławki.
„Kłamał”, pomyślał Śmierć Starszy o Młodszym. „Ona może się stąd ruszyć”
Szatynka tymczasem podniosła się i ruszyła przed siebie, a Starszy po raz kolejny tego dnia poczuł (a raczej poczułby w normalnych warunkach) zimny pot na plecach.
    Ona ma nie umierać, tak? A co, jeśli teraz gdzieś pójdzie i rozjedzie ją samochód? Albo ktoś postanowi podłożyć bombę? Albo zatruje się chińskim żarciem?
Przecież wówczas musiałby ją zabrać, inaczej to byłoby niezgodne z zasadami! Trzeba wyprowadzać ludzi, którzy już nie nadają się do paradowania po ziemi, to nie film George'a Romero!
Chcąc nie chcąc, ruszył za nią.



Właściwie Młodszy chętnie by już wyszedł z tego całego baru, gdyby nie to, że wydawało mu się to niegrzeczne. Wytrzymał historię o chomiku i byłej żonie, ale czuł, że zaczyna powoli tracić cierpliwość.
- Witaj – odezwał się nagle ktoś tuż nad jego uchem. Drgnął, zaskoczony.
Nachylała się nad nim dość atrakcyjna brunetka w krótkiej, czerwonej sukience, o mocnym makijażu. Zapach perfum wokół niej był tak silny, że aż wydawał się niebezpieczny dla zdrowia.
- Dzień dobry – odparł grzecznie Śmierć, po czym uświadomił sobie, że jego wiedza o postępowaniu z kobietami jest mniej więcej taka, jak przeciętnego ucznia podstawówki. Opcje przedstawiały się następująco: a) Zaatakuj kosą. b) Ignoruj. c) Przestrasz.
Tamta uśmiechnęła się lekko, a Młodszy poczuł, że rumieni się niczym coś żywego. Pocieszało go jedynie, że tamta zapewne nigdy nie miała osobiście do czynienia ze Śmiercią, a Jake obserwuje to wszystko z miną tak głupią, jakby i on nie bardzo wiedział, jak się zachować.
- Co ktoś taki jak ty robi w miejscu takim jak to? - zainteresowała się kobieta, nachylając się nad nim lekko.
- A co na ogół osoby takie jak ja robią w takich miejscach? - odparł pytaniem na pytanie Młodszy, nie chcąc palnąć czegoś głupiego.
- Ou. - zaśmiała się, po czym znacząco uniosła brew.
- Chociaż... w zasadzie to nie sądzę, by osoby takie jak ja tu przychodziły. - poprawił się po namyśle, postanawiając nie zwracać uwagi na tą dziwaczną mimikę. - Albo będę musiał poważnie porozmawiać ze Starszym.
- W sensie, z ojcem? - kobieta wyglądała na zaskoczoną.
- Nie, nie z Szefem. - odparł z lekkim zmęczeniem Młodszy. Przecież wyraźnie powiedział. - Ze Śmiercią.
- Aha. - uśmiech tamtej stał się mocno wymuszony.
- Chociaż ona zapewne teraz pilnuje tej małej psychopatki. - ciągnął Młodszy, bardziej do siebie, niż do niej. - Pieprzyk i takie tam. Ale ja... - zerknął na Jake'a, ale ten nie wyglądał, jakby był skoncentrowany na rozmowie. - ...ja w to nie wierzę. - zakończył.
- Aha – odparła ponownie tamta. Chyba nie była najciekawszą osobą.
Zapadła cisza. Ubrana na czerwono nieznajoma nadal uśmiechała się dziwnie. Śmierć rozważył w myślach listę tematów, na które można rozmawiać, by przerwać tę niezręczną sytuację.
- Co sądzisz o dżumie? - zapytał w końcu w desperacji.




Śmierć Starszy był naprawdę zmęczony. Nie nabiegał się tak od ostatniej epidemii, i do tego ten cały stres. Zdecydowanie, był już za stary na tą nagłą zmianę ścieżki kariery – pilnować, żeby ta mała NIE umarła, też coś.
Właśnie zbliżała się do kolejnego przejścia dla pieszych, czyli miejsca, gdzie Śmierć regularnie się pojawiał. Natychmiast przyspieszył kroku. Nie wiedząc, jak właściwie ma ją tym razem ratować, złapał ją mocno za rękę.
Wrzasnęła; trudno się zresztą dziwić. Ludzie nie są przygotowani na spotkanie ze Śmiercią, jeśli nie umierają. Reszta przechodniów zerkała na nich dziwnie.
- Co ty robisz? - wykrzyknęła.
- Przeprowadzam cię przez ulicę. - odrzekł Starszy tonem tak ponurym, że tamta umilkła. - Wiesz może, dlaczego nie powinnaś umierać?
- Ja... - zająknęła się. - No, właściwie to... mam do zrobienia porządki, i... młodsze rodzeństwo, którym trzeba się opiekować... i zaczęłam serial...
- Nie, nie, nie – przerwał z rozdrażnieniem Śmierć. - To typowe bzdury, które aż chce się przerwać konkretnym machnięciem kosą.
Zerknął na nią, ale nie wyglądała na obrażoną.
- Pewnie tak – zgodziła się.
Dotarli wreszcie na drugą stronę ulicy.
- Co to ma być? - skrzywił się Śmierć.
Okolica wyglądała, jakby ktoś, średnio udolnie, postanowił stylizować ją na orientalną. Wokół roiło się od pachnących kadzidełkami sklepików z tandetną biżuterią, budek z azjatyckim jedzeniem, oraz perfumerii.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz