piątek, 9 września 2016

Żona

Rena sprzątała długo i energicznie. Wokół robiło się czyściej, oczywiście. Czyściej i czyściej, aż niewiele miejsca pozostawało na cokolwiek poza porządkiem. Niestety, podjęła się tego zadania, niewdzięcznej, parszywej roboty, zwanej w skrócie małżeństwem. Nie wiedziała, zakładając pierścionek na palec, jak zobowiązujący to gest, i jakie to ważne, żeby odtąd zarówno ona, jak i jej mieszkanie, byli czyści. Mieszkanie kochała właściwie bardziej niż męża; było bardziej jej, bardziej bliskie, pewne, dopieszczone, zadbane, najlepsze. Prędzej zdradziłaby męża, niż dom, zaprzestając sprzątać. Oczywiście, jej mała, niewinna obsesja (Obsesja, ha, ha, ha, obsesyjka! Obsesiątko!) nie pojawiła się od razu.
Najpierw było wypełnianie obowiązku. Najpierw powiedziała przy ołtarzu „tak”. Tak dla zeskrobywania resztek jedzenia z lodówki! Tak dla gotowania! Tak dla babrania się z brudnymi ubraniami! Tak dla noszenia pod sercem jego dziecka, jak to cudownie brzmi, zupełnie niepodobnie do słów „ból”, „wymioty” i „obawy”.
Dlaczego właściwie wzięłaś ślub?
- Dlaczego? - zapytała o to zlew. Praktycznie idealnie czysty zlew, który mimo to wciąż szorowała. - Wszystkie koleżanki już miały męża? Czy mąż jest jak piesek czy kotek dla dziewczynki z przedszkola, koleżanki mają takie zwierzątko, to i ja muszę...?
Jej śmiech rozbrzmiał w małej, niemal pustej (Gówno prawda – minimalistycznej) łazience. Gdyby nie mąż, gdyby nie ten pasożyt, mogłaby myśleć, że jej śmiech jest piękny, i że kiedyś jakiś mężczyzna mógłby kiedyś myśleć podobnie... Lecz po ślubie już nie wolno myśleć „jakiś”.
„O Jezu, jakie to mieszkanie jest czyste.”
I te ściany, Rena nie pamiętała, dlaczego wybrali wszędzie biały, szary i żółty. Nigdy nie lubiła bieli i żółci.
„Więc pewnie on lubił”, domyśliła się z przykrością. W takich chwilach człowiek nabiera wątpliwości, co dalej zrobić ze swoim życiem, lecz rozwiązanie nasuwa się samo – wstawić kwiaty do wazonu w salonie! Och, tak. Tylko pytanie – jakie kwiaty? Różowe? Czerwone? Na obiad będzie indyk.
Indyk! On nie lubi indyka, tylko za co? Przecież indyk to ptak.
Stanęła jej ta scena przed oczami niezwykle wyraźnie. Indyk i mąż siedzą przy stole, nakrytym białym obrusem, i nagle mąż ogłasza:
- Muszę panu powiedzieć [Pociągnięcie z kieliszka, eleganckie i subtelne] że pana nie lubię. Ot co. Proszę wybaczyć obcesowość, napije się pan...? [Indyk kręci głową] Ale pana... cóż, poglądy polityczne i... TEN DZIÓB! Proszę pana, ja bym nawet wybaczył to niedorzeczne poparcie dla opozycji, niemniej ten dziób, panie indyku, dziób...!
[I wtedy wchodzi Rena.]
- Wystarczy, panowie – mówi – Pozwolę sobie zauważyć, ze siedzicie przy białym obrusie, który JA wyprasowałam, więc powinniście MNIE posłuchać. Skarbie – [Wypowiada ten wyraz ironicznie] – Jesteś nieuprzejmy, naprawdę! To wolny kraj, do cholery, niech ma poglądy, jakie chce!
- Reno! - odpowiada mąż[Wstaje] – Powiedziałaś „do cholery”!
- Ty też! - pyskuje Rena jak dziecko [I śmieje się jak obłąkana] – Poza tym cię zdradzam, słyszysz? Zdradzam cię! Od dawna! Z mieszkaniem! I uciekam z indykiem, teraz! Ha! Kochamy się! Słyszysz! Kocham indyka.
Prawdziwa Rena rozwiązała włosy, uchwycone gumką na czas sprzątania.
- Powiem mu to – szepce sama do siebie. - Dzisiaj. Powiem: „Ja wiem, że ty go nie lubisz, ale ja NAPRAWDĘ kocham indyka. Ha, ha. Dlatego na obiad jest indyk”.
- Ona chce mnie zeżreć! - zaskrzeczał indyk w jej głowie – Szalona psychopatka!
- Ćśś – powiedziała Rena do kranu.
Ale kran był cicho. Wyszła z łazienki i ruszyła do sypialni, momentalnie przenosząc się ze świata Bieli z Domieszką Niebieskiego do świata zwykłej, czystej Bieli. Otworzyła na oścież szafę z ubraniami. Ho, ho, ile ubrań. Co jeśli w końcu zajdzie z nim w ciążę? Czy figura naprawdę aż tak się psuje? Rany, ale w tym pomieszczeniu jest jasno.
Zrzuciła z siebie robocze dżinsy i spraną koszulkę. Nie dbała o to, by zasłonić rolety, w końcu o tej porze wszyscy są w pracy, a poza tym, gdyby ktoś ją zobaczył... przynajmniej COŚ by się wydarzyło. A gdyby jej się to nie podobało, mogłaby opowiedzieć mężowi.
Wyobraziła sobie samą siebie, jak siedzi z nim przy kolacji.
- Wiesz, kochanie – mówi, opierając słodko głowę na dłoniach. Jest ubrana w różową, zwiewną sukienkę. - Dzisiaj jeden mężczyzna na mnie patrzył. Pomyślałbyś? Na mnie, mężatkę! Do tego wówczas nie miałam na sobie ubrań...
- Czy to ten indyk? - pyta surowo mąż. – Zabiję go, lecz zje go ktoś inny. Wolno mi, patrzył w końcu na moją własną żonę.
- Nie, nie, kochanie – odpowiada ona – Mnie się to podobało! Dawno nikt na mnie nie patrzył, z takim, rozumiesz, zaangażowaniem, a już na pewno nie ty.
- Gdzieżby tam! - ryczy mąż i wyciąga miecz z pochwy.
Różowa sukienka , doskonały pomysł. Rena przebrała się w nią – zwiewną, kobiecą, różową sukienkę – i wykonała parę piruetów.
- Jak pięknie – mruknęła. - Mam trzynaście lat...
- Trzynaście? Lepiej szesnaście – powiedziało do niej jej odbicie z lustra, odbicie, nie wiedzieć czemu, kobiety w sile wieku.
- Jakie masz plany na przyszłość? - zapytała palma w doniczce, podobna do jej wychowawczyni ze szkoły średniej. Była podobnie nuda, brzydka i pozbawiona gustu.
- Chcę być gwiazdą Rocka! - Rena 1.
- Chcę być reżyserem! - Rena 2.
- Chcę być fotografem! - Rena 3.
- Chcę być aktorką! - Rena 4.
- Chcę willę! - Rena 5.
- Chcę mieć mnóstwo znajomych! - Rena 6.
- Chcę mieć dzieci! - Rena 7.
- Chcę nie mieć dzieci! - Rena 8.
- Chcę nudnego męża! - Brak Reny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz