Rena sprzątała długo i energicznie.
Wokół robiło się czyściej, oczywiście. Czyściej i czyściej,
aż niewiele miejsca pozostawało na cokolwiek poza porządkiem.
Niestety, podjęła się tego zadania, niewdzięcznej, parszywej
roboty, zwanej w skrócie małżeństwem. Nie wiedziała, zakładając
pierścionek na palec, jak zobowiązujący to gest, i jakie to ważne,
żeby odtąd zarówno ona, jak i jej mieszkanie, byli czyści.
Mieszkanie kochała właściwie bardziej niż męża; było bardziej
jej, bardziej bliskie, pewne, dopieszczone, zadbane, najlepsze.
Prędzej zdradziłaby męża, niż dom, zaprzestając sprzątać.
Oczywiście, jej mała, niewinna obsesja (Obsesja, ha, ha, ha,
obsesyjka! Obsesiątko!) nie pojawiła się od razu.
Najpierw było
wypełnianie obowiązku. Najpierw powiedziała przy ołtarzu „tak”.
Tak dla zeskrobywania resztek jedzenia z lodówki! Tak dla gotowania!
Tak dla babrania się z brudnymi ubraniami! Tak dla noszenia pod
sercem jego dziecka, jak to cudownie brzmi, zupełnie niepodobnie do
słów „ból”, „wymioty” i „obawy”.
Dlaczego właściwie wzięłaś ślub?
- Dlaczego? - zapytała o to zlew.
Praktycznie idealnie czysty zlew, który mimo to wciąż szorowała.
- Wszystkie koleżanki już miały męża? Czy mąż jest jak piesek
czy kotek dla dziewczynki z przedszkola, koleżanki mają takie
zwierzątko, to i ja muszę...?
Jej śmiech rozbrzmiał w małej,
niemal pustej (Gówno prawda – minimalistycznej) łazience. Gdyby
nie mąż, gdyby nie ten pasożyt, mogłaby myśleć, że jej śmiech
jest piękny, i że kiedyś jakiś mężczyzna mógłby kiedyś
myśleć podobnie... Lecz po ślubie już nie wolno myśleć „jakiś”.
„O Jezu, jakie to mieszkanie jest
czyste.”
I te ściany, Rena nie pamiętała,
dlaczego wybrali wszędzie biały, szary i żółty. Nigdy nie lubiła
bieli i żółci.
„Więc pewnie on lubił”,
domyśliła się z przykrością. W takich chwilach człowiek nabiera
wątpliwości, co dalej zrobić ze swoim życiem, lecz rozwiązanie
nasuwa się samo – wstawić kwiaty do wazonu w salonie! Och, tak.
Tylko pytanie – jakie kwiaty? Różowe? Czerwone? Na obiad będzie
indyk.
Indyk! On nie lubi indyka, tylko za
co? Przecież indyk to ptak.
Stanęła jej ta scena przed oczami
niezwykle wyraźnie. Indyk i mąż siedzą przy stole, nakrytym
białym obrusem, i nagle mąż ogłasza:
- Muszę panu powiedzieć [Pociągnięcie
z kieliszka, eleganckie i subtelne] że pana nie lubię. Ot co.
Proszę wybaczyć obcesowość, napije się pan...? [Indyk kręci
głową] Ale pana... cóż, poglądy polityczne i... TEN DZIÓB!
Proszę pana, ja bym nawet wybaczył to niedorzeczne poparcie dla
opozycji, niemniej ten dziób, panie indyku, dziób...!
[I wtedy wchodzi Rena.]
- Wystarczy, panowie – mówi –
Pozwolę sobie zauważyć, ze siedzicie przy białym obrusie, który
JA wyprasowałam, więc powinniście MNIE posłuchać. Skarbie –
[Wypowiada ten wyraz ironicznie] – Jesteś nieuprzejmy, naprawdę!
To wolny kraj, do cholery, niech ma poglądy, jakie chce!
- Reno! - odpowiada mąż[Wstaje] –
Powiedziałaś „do cholery”!
- Ty też! - pyskuje Rena jak dziecko
[I śmieje się jak obłąkana] – Poza tym cię zdradzam, słyszysz?
Zdradzam cię! Od dawna! Z mieszkaniem! I uciekam z indykiem, teraz!
Ha! Kochamy się! Słyszysz! Kocham indyka.
Prawdziwa Rena rozwiązała włosy,
uchwycone gumką na czas sprzątania.
- Powiem mu to – szepce sama do
siebie. - Dzisiaj. Powiem: „Ja wiem, że ty go nie lubisz, ale ja
NAPRAWDĘ kocham indyka. Ha, ha. Dlatego na obiad jest indyk”.
- Ona chce mnie zeżreć! - zaskrzeczał
indyk w jej głowie – Szalona psychopatka!
- Ćśś – powiedziała Rena do
kranu.
Ale kran był cicho. Wyszła z
łazienki i ruszyła do sypialni, momentalnie przenosząc się ze
świata Bieli z Domieszką Niebieskiego do świata zwykłej, czystej
Bieli. Otworzyła na oścież szafę z ubraniami. Ho, ho, ile ubrań.
Co jeśli w końcu zajdzie z nim w ciążę? Czy figura naprawdę aż
tak się psuje? Rany, ale w tym pomieszczeniu jest jasno.
Zrzuciła z siebie robocze dżinsy i
spraną koszulkę. Nie dbała o to, by zasłonić rolety, w końcu o
tej porze wszyscy są w pracy, a poza tym, gdyby ktoś ją
zobaczył... przynajmniej COŚ by się wydarzyło. A gdyby jej się
to nie podobało, mogłaby opowiedzieć mężowi.
Wyobraziła sobie samą siebie, jak
siedzi z nim przy kolacji.
- Wiesz, kochanie – mówi, opierając
słodko głowę na dłoniach. Jest ubrana w różową, zwiewną
sukienkę. - Dzisiaj jeden mężczyzna na mnie patrzył. Pomyślałbyś?
Na mnie, mężatkę! Do tego wówczas nie miałam na sobie ubrań...
- Czy to ten indyk? - pyta surowo mąż.
– Zabiję go, lecz zje go ktoś inny. Wolno mi, patrzył w końcu
na moją własną żonę.
- Nie, nie, kochanie – odpowiada ona
– Mnie się to podobało! Dawno nikt na mnie nie patrzył, z takim,
rozumiesz, zaangażowaniem, a już na pewno nie ty.
- Gdzieżby tam! - ryczy mąż i
wyciąga miecz z pochwy.
Różowa sukienka , doskonały pomysł.
Rena przebrała się w nią – zwiewną, kobiecą, różową
sukienkę – i wykonała parę piruetów.
- Jak pięknie – mruknęła. - Mam
trzynaście lat...
- Trzynaście? Lepiej szesnaście –
powiedziało do niej jej odbicie z lustra, odbicie, nie wiedzieć
czemu, kobiety w sile wieku.
- Jakie masz plany na przyszłość? -
zapytała palma w doniczce, podobna do jej wychowawczyni ze szkoły
średniej. Była podobnie nuda, brzydka i pozbawiona gustu.
- Chcę być gwiazdą Rocka! - Rena 1.
- Chcę być reżyserem! - Rena 2.
- Chcę być fotografem! - Rena 3.
- Chcę być aktorką! - Rena 4.
- Chcę willę! - Rena 5.
- Chcę mieć mnóstwo znajomych! -
Rena 6.
- Chcę mieć dzieci! - Rena 7.
- Chcę nie mieć dzieci! - Rena 8.
- Chcę nudnego męża! - Brak Reny
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz