Zbliża się. W słoneczne dni
wrażenie jest słabsze, ale nigdy całkiem nie znika. Moje życie
sprowadza się do oczekiwania... i wypatrywania.
Kiedy rano robię sobie i Coralie
śniadanie, przeważnie grzanki albo naleśniki, czuję różnicę w
smaku, który staje się jakby pylisty. Chmury na niebie wyglądają
inaczej, są większe, groźniejsze. Ludzie zaś wydają się
mniejsi, bardziej do siebie podobni.
To naturalne. Ogromny organizm
naszej planety szykuje się na nadchodzące zmiany. Oznaki są inne,
niż sądziliśmy, więc nieliczni je zauważają. I nie są to
negatywne symptomy. Ja na przykład czuję się, jakbym wyczekiwał
przeprowadzki do nowego, większego mieszkania, albo narodzin
dziecka: głównie radość i podniecenie, lecz także spora dawka
niepokoju.
Tylko że wiem, że nie powinno
tak być. Zwłaszcza, gdy przebywam z córką.
Dzisiejszego ranka, jak co dwa dni w
tygodniu, odprowadzam ją do starszej pani Eyre, która uczy moją
córkę czytania, pisania, liczenia, nazywania roślin i gotowania, w
zależności, czego Coralie sobie zażyczy. Jest pochmurno i
wietrznie; zawsze przy złej pogodzie myślę, że może to już. Być
może byt często za wiele przypisuję drobnym, odrobinę tylko
odbiegającym od normy zdarzeniom, jak wtedy, na placu zabaw.
- Tato? - odzywa się nagle Coralie.
- Hm...?
- A gdzie jest teraz mama?
Patrzy na mnie znad stołu
przykrytego ceratą – obrzydliwie brzydką ceratą, ale nie chce mi
się myć stołu za każdym razem, kiedy Coralie coś wylewa.
- Mama? - unoszę brwi.
- Inne dzieci mają mamy. I mamy im
robią jedzenie i w ogóle. - oznajmia zdecydowanie.
- Nie wiem – odpowiadam zgodnie z
prawdą. - Może być wszędzie.
Coralie przestaje jeść tosta i
przekręca głowę z zainteresowaniem.
- A może być na przykład...
księżniczką? W zamku?
- Myślę, że to jedna z mniej
prawdopodobnych opcji. - mówię. - Ale może.
Za oknem silny wiatr targa praniem,
porusza ze skrzypieniem zardzewiałą huśtawką. Przechodzi mnie
dreszcz ekscytacji.
Nick, skup się na słowach
córki.
- To w sumie dobrze. - informuje mnie
mała, gryząc grzankę. - Bo w ten sposób mogę myśleć, że jest
kimkolwiek. A mam tatę, no nie?
- No. - potakuję, uśmiechając się
do niej. I rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby matka Coralie była na
przykład słodką księżniczką w jakimś odległym pałacu za
górami. W realnym świecie bliżej jej było do rozkapryszonej
królewny bez zamku, która do
tego absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie warto było o niej
rozmawiać i myśleć, ale tego nie zamierzam mówić córce.
- Dobra, musimy się zbierać –
zauważam, ucinając temat.
Coralie zeskakuje z krzesła i
biegnie ubrać kurtkę w jedynym słusznym kolorze świata, jakim
jest różowy. Po chwili wychodzimy na dwór, gdzie natychmiast
atakuje nas porywisty wiatr.
- Aaa! - piszczy Coralie, chichocząc.
- Odlatuję!
- Nie krępuj się. - odpowiadam.
Mała odwiązuje z szyi szalik i
biega wokół mnie, machając nim na wietrze. Chichocze i się
wygłupia, najwyraźniej zachwycona pogodą. W końcu podnoszę ją
do góry, żeby szalik lepiej powiewał, i odtąd przemierzamy
ponure, brudne uliczki niczym kibice zwycięskiej drużyny, wracający
z meczu. Zarośnięty facet w brudnych ciuchach i o przekrwionych
oczach mierzy nas zdumionym spojrzeniem, kiedy mijamy jego siedlisko
– śmietnik.
Wreszcie docieramy do szarego
domu, otoczonego płotem, z ogródkiem doszczętnie wypchanym
tandetnymi ozdobami trawnikowymi. Zza czarnego ogrodzenia gapią się
na nas groteskowo radosne krasnale, zwierzątka i inne tego typu
stworki – nigdy nie zrozumiem, po co to ludziom.
- Przyjdziesz po mnie za trzy godziny?
- upewnia się Coralie, ale ja jej słowa niemal do mnie nie
docierają. Widzę tylko fioletową, podartą, targaną wiatrem
kartkę, którą ktoś przyczepił do ogrodzenia pani Eyre.
„Ty też czekasz? Ty również wiesz,
jak niedaleko jest wielkie wydarzenie? WIESZ, O CZYM MOWA? Spotkaj
się z nami. Nie oszalałeś. Zlot Ruchu AntyQuo”
I karteczki z numerem telefonu do
oderwania.
- Tato?
To dla mnie szok. Nie pomyślałbym,
że ktoś jeszcze tak ma, oprócz mnie. Ciekawe, czy mają rodziny..?
Ciekawe, jak długo o tym wszystkim wiedzą, i czy również spotkali
Bajarza?
Zrywam jeden z numerów.
- Hej, tato! - Coralie brzmi, jakby
miała się zaraz rozpłakać. Przytomnieję.
- Mhm, tak, oczywiście, że odbiorę.
- mówię i przytulam ją. - Zawsze cię odbieram, głupku.
Uspokaja się, prezentuje zęby w
uśmiechu i wyrywa się z moich objęć.
- Sama nacisnę dzwonek! - krzyczy.
- Chyba, że pierwszy dobiegnę! -
odkrzykuję, i podczas gdy ona leci do furtki, ja przeskakuję płot.
W głowie jednak mam tylko pytania dotyczące tych gości z Antyquo.
I czy ja właściwie chcę tam iść? Czy powinienem...? W końcu
zdaję sobie sprawę z tego, że cała ta sytuacja sprawia wrażenie
jednej wielkiej psychozy – ponadto, nieco destrukcyjnej. Może
zwyczajnie powinienem się leczyć?
Coralie dobiega pierwsza i
mocno, triumfalnie naciska dłonie, a ja odgrywam przed nią
komiksową scenkę niezadowolenia. Chichocze, dumna z siebie.
Po chwili w drzwiach staje dość
pulchna pani Eyre, o brązowych, falowanych włosach, z przyjaznymi
zmarszczkami wokół oczu i w fioletowej sukience.
- Ktoś cię gonił? - mówi na widok
mojej córki i po chwili podnosi na mnie wzrok. - O, Nick. Co masz w
dłoni...?
Od razu chowam karteczkę do
kieszeni, po czym obojętnie zapalam papierosa.
- Nic ważnego. Twoje krasnale ogrodowe
za każdym razem sprawiają wrażenie coraz bardziej paskudnych. -
zauważam.
Prycha z rozbawieniem.
- A ty sprawiasz wrażenie
zestresowanego. - oznajmia z typową dla siebie obcesowością. - Bo
tylko wtedy palisz.
- Zestresowanego, ja? - śmieję się.
Mierzy mnie uważnym spojrzeniem.
- Właśnie tak, ty. Co, myślisz, że
jesteś taki tajemniczy, tak? Chodź, Coralie.
Głupia baba. Córka macha mi
radośnie i wchodzi za nią do domu.
Chociaż, głupia baba ma trochę
racji.
Fajne ;D
OdpowiedzUsuńŚwietne opowiadanie - z mroczną tajemnicą i suspensem.
OdpowiedzUsuńPowiem ci, że podoba mi się ten komentarz... <3
UsuńWolę co prawda czytać na pspierze, ale to jest naprawdę dobre.
OdpowiedzUsuń