niedziela, 10 lipca 2016

Dekadenci - część 2

Zbliża się. Czuję to każdym skrawkiem ciała. Budzę się rano i tego dotyczy moja pierwsza myśl.
Zbliża się. W słoneczne dni wrażenie jest słabsze, ale nigdy całkiem nie znika. Moje życie sprowadza się do oczekiwania... i wypatrywania.
Kiedy rano robię sobie i Coralie śniadanie, przeważnie grzanki albo naleśniki, czuję różnicę w smaku, który staje się jakby pylisty. Chmury na niebie wyglądają inaczej, są większe, groźniejsze. Ludzie zaś wydają się mniejsi, bardziej do siebie podobni.

 
To naturalne. Ogromny organizm naszej planety szykuje się na nadchodzące zmiany. Oznaki są inne, niż sądziliśmy, więc nieliczni je zauważają. I nie są to negatywne symptomy. Ja na przykład czuję się, jakbym wyczekiwał przeprowadzki do nowego, większego mieszkania, albo narodzin dziecka: głównie radość i podniecenie, lecz także spora dawka niepokoju.
Tylko że wiem, że nie powinno tak być. Zwłaszcza, gdy przebywam z córką.
Dzisiejszego ranka, jak co dwa dni w tygodniu, odprowadzam ją do starszej pani Eyre, która uczy moją córkę czytania, pisania, liczenia, nazywania roślin i gotowania, w zależności, czego Coralie sobie zażyczy. Jest pochmurno i wietrznie; zawsze przy złej pogodzie myślę, że może to już. Być może byt często za wiele przypisuję drobnym, odrobinę tylko odbiegającym od normy zdarzeniom, jak wtedy, na placu zabaw.
- Tato? - odzywa się nagle Coralie.
- Hm...?
- A gdzie jest teraz mama?
Patrzy na mnie znad stołu przykrytego ceratą – obrzydliwie brzydką ceratą, ale nie chce mi się myć stołu za każdym razem, kiedy Coralie coś wylewa.
- Mama? - unoszę brwi.
- Inne dzieci mają mamy. I mamy im robią jedzenie i w ogóle. - oznajmia zdecydowanie.
- Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. - Może być wszędzie.
Coralie przestaje jeść tosta i przekręca głowę z zainteresowaniem.
- A może być na przykład... księżniczką? W zamku?
- Myślę, że to jedna z mniej prawdopodobnych opcji. - mówię. - Ale może.
Za oknem silny wiatr targa praniem, porusza ze skrzypieniem zardzewiałą huśtawką. Przechodzi mnie dreszcz ekscytacji.
Nick, skup się na słowach córki.
- To w sumie dobrze. - informuje mnie mała, gryząc grzankę. - Bo w ten sposób mogę myśleć, że jest kimkolwiek. A mam tatę, no nie?
- No. - potakuję, uśmiechając się do niej. I rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby matka Coralie była na przykład słodką księżniczką w jakimś odległym pałacu za górami. W realnym świecie bliżej jej było do rozkapryszonej królewny bez zamku, która do tego absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie warto było o niej rozmawiać i myśleć, ale tego nie zamierzam mówić córce.
- Dobra, musimy się zbierać – zauważam, ucinając temat.
Coralie zeskakuje z krzesła i biegnie ubrać kurtkę w jedynym słusznym kolorze świata, jakim jest różowy. Po chwili wychodzimy na dwór, gdzie natychmiast atakuje nas porywisty wiatr.
- Aaa! - piszczy Coralie, chichocząc. - Odlatuję!
- Nie krępuj się. - odpowiadam.
Mała odwiązuje z szyi szalik i biega wokół mnie, machając nim na wietrze. Chichocze i się wygłupia, najwyraźniej zachwycona pogodą. W końcu podnoszę ją do góry, żeby szalik lepiej powiewał, i odtąd przemierzamy ponure, brudne uliczki niczym kibice zwycięskiej drużyny, wracający z meczu. Zarośnięty facet w brudnych ciuchach i o przekrwionych oczach mierzy nas zdumionym spojrzeniem, kiedy mijamy jego siedlisko – śmietnik.
Wreszcie docieramy do szarego domu, otoczonego płotem, z ogródkiem doszczętnie wypchanym tandetnymi ozdobami trawnikowymi. Zza czarnego ogrodzenia gapią się na nas groteskowo radosne krasnale, zwierzątka i inne tego typu stworki – nigdy nie zrozumiem, po co to ludziom.
- Przyjdziesz po mnie za trzy godziny? - upewnia się Coralie, ale ja jej słowa niemal do mnie nie docierają. Widzę tylko fioletową, podartą, targaną wiatrem kartkę, którą ktoś przyczepił do ogrodzenia pani Eyre.

„Ty też czekasz? Ty również wiesz, jak niedaleko jest wielkie wydarzenie? WIESZ, O CZYM MOWA? Spotkaj się z nami. Nie oszalałeś. Zlot Ruchu AntyQuo”

I karteczki z numerem telefonu do oderwania.
- Tato?
To dla mnie szok. Nie pomyślałbym, że ktoś jeszcze tak ma, oprócz mnie. Ciekawe, czy mają rodziny..? Ciekawe, jak długo o tym wszystkim wiedzą, i czy również spotkali Bajarza?
Zrywam jeden z numerów.
- Hej, tato! - Coralie brzmi, jakby miała się zaraz rozpłakać. Przytomnieję.
- Mhm, tak, oczywiście, że odbiorę. - mówię i przytulam ją. - Zawsze cię odbieram, głupku.
Uspokaja się, prezentuje zęby w uśmiechu i wyrywa się z moich objęć.
- Sama nacisnę dzwonek! - krzyczy.
- Chyba, że pierwszy dobiegnę! - odkrzykuję, i podczas gdy ona leci do furtki, ja przeskakuję płot. W głowie jednak mam tylko pytania dotyczące tych gości z Antyquo. I czy ja właściwie chcę tam iść? Czy powinienem...? W końcu zdaję sobie sprawę z tego, że cała ta sytuacja sprawia wrażenie jednej wielkiej psychozy – ponadto, nieco destrukcyjnej. Może zwyczajnie powinienem się leczyć?
Coralie dobiega pierwsza i mocno, triumfalnie naciska dłonie, a ja odgrywam przed nią komiksową scenkę niezadowolenia. Chichocze, dumna z siebie.
Po chwili w drzwiach staje dość pulchna pani Eyre, o brązowych, falowanych włosach, z przyjaznymi zmarszczkami wokół oczu i w fioletowej sukience.
- Ktoś cię gonił? - mówi na widok mojej córki i po chwili podnosi na mnie wzrok. - O, Nick. Co masz w dłoni...?
Od razu chowam karteczkę do kieszeni, po czym obojętnie zapalam papierosa.
- Nic ważnego. Twoje krasnale ogrodowe za każdym razem sprawiają wrażenie coraz bardziej paskudnych. - zauważam.
Prycha z rozbawieniem.
- A ty sprawiasz wrażenie zestresowanego. - oznajmia z typową dla siebie obcesowością. - Bo tylko wtedy palisz.
- Zestresowanego, ja? - śmieję się.
Mierzy mnie uważnym spojrzeniem.
- Właśnie tak, ty. Co, myślisz, że jesteś taki tajemniczy, tak? Chodź, Coralie.
Głupia baba. Córka macha mi radośnie i wchodzi za nią do domu.
Chociaż, głupia baba ma trochę racji.

4 komentarze: