sobota, 6 sierpnia 2016

Dekadenci - część 3

Kolejny kieliszek rozbija się z głośnym łoskotem o złotą podłogę sali. Po chwili dołącza do niego talerz, oraz butelka, rzucone przez jednego z ludzi w czarnych ubraniach, którzy stoją w kręgu wokół sterty porozbijanych przedmiotów.
- Nick. - słyszę swoje imię i z westchnieniem rzucam trzymanym w ręku kieliszkiem. Wokół rozchodzi się zapach kadzidełka.
Ci ludzie to pozerzy.

 
Przyznam, początkowo byłem pod wrażeniem siedziby, w której spotykają się członkowie Antyquo. Wysoki, przeszklony budynek na obrzeżach miasta, rzekomo super wytrzymały i nowoczesny. Lecz kiedy wjechałem windą na szóste piętro, z czasem rosło moje zażenowanie. To całe tłuczenie kieliszków, kadzidełka, a wcześniej – recytowanie wierszy, utwierdzało mnie w przekonaniu, że ci ludzie może i zdają sobie sprawę z tego, co ma się stać, ale robi to na nich zupełnie inne wrażenie niż na mnie.
Znudzony, zerkam przez ogromne okna, które dają doskonały widok na rozległe pola uprawne. „In the middle of nothing”, jak głosił tekst jakiejś piosenki. A może wcale nie było takiej piosenki...?
Czekam tylko, aż to wszystko się skończy, i wreszcie ich główny przewodniczący, nie wiem, jak go właściwie nazwać – szef? kapłan? ojciec mafii? guru? - ogłasza:
- To koniec, dekadenci.
Wspaniały żarcik słowny, ciekawe, czy sam to wymyślił. Jedyne, co bawi mnie w tej wypowiedzi, to namaszczenie, z jakim za każdym razem koleś wypowiada słowo „dekadenci”.
Zgromadzeni mamroczą pożegnania, wymieniając poważne, tajemnicze spojrzenia. Co za czubki. Opuszczam salę, jako pierwszy zjeżdżam windą na dół, wychodzę z budynku i wsiadam na skuter. Nadal jestem zażenowany.
Dziecko zostawiłem z Eliahnem – moim jedynym dobrym znajomym, może oprócz głupiej baby Eyre, ale ona to trochę co innego. Moja córka nie mogła znaleźć się w lepszych rękach. Ten człowiek to ktoś, komu powierzyłbym spokojnie puszkę Pandory, kolekcję znaczków, i samochód, który kiedyś miałem.
Zatrzymuję się przed naszym niedużym, niezbyt luksusowym domem, który wyróżnia spośród innych tylko jedna rzecz – kolor.
Mała chciała mieć różowy, no to go pewnego dnia przemalowaliśmy, z pomocą Eliahna i bezdomnego, któremu obiecaliśmy dwie dychy za pomoc. Coralie była zachwycona, chociaż obawiam się, że wykonaliśmy krok w tył w walce z alkoholizmem w naszej dzielnicy.
Naciskam na klamkę.
- ...nigdy czegoś takiego nie widziałem, odpowiedział Will. - słyszę z salonu miły, łagodny głos.
Ruszam w tamtą stronę po cichu . Siedzą w pokoju, na kanapie, plecami do mnie, a Eliahn coś czyta zasłuchanej Coralie. Dostrzegają mnie dopiero, kiedy znienacka łapię go za ramiona, a on się wzdryga.
- Nick! - wykrzykuje. - Mógłbyś nie wykorzystywać mojej wrodzonej strachliwości przeciwko mnie?
- Nie mógłbym – odpowiadam, przekładając nogi przez oparcie kanapy i siadając obok nich. - Jak zresztą widzisz.
- I jak tam? - Eliahn unosi na mnie brązowe oczy, nieco poważniejąc. Przez chwilę zastanawiam się w panice, o co on właściwie pyta, a potem przypomina mi się, że powiedziałem że jadę naprawić skuter.
- Hm, nic ważnego – odpowiadam. - Trzeba było... coś tam dokręcić. Nie znam się na tym.
Przygląda mi się uważnie – nigdy dotąd go nie okłamywałem, nie ma więc doświadczenia w rozpoznawaniu u mnie braku szczerości. Mam jednak wrażenie, że jakimś sposobem się domyślił, co tak naprawdę miałem do załatwienia.. Poza tym oczywiście wie o spotkaniu z Bajarzem... Nie chcę jednak, by miał świadomość, że wierzę w to wszystko, a tym bardziej – jak strasznie mnie to cieszy.
- Świetnie. Ale nie powinieneś mu bezgranicznie ufać.
- Słucham? - unoszę brwi, nie dając po sobie poznać, jak wielki szok właśnie przeżyłem. Domyśla się! Domyśla się wszystkiego!
- Często biorą więcej, niż powinni. Mechanicy. - odpowiada tonem nieadekwatnie zatroskanym do pogawędki o moich wydatkach. Nadal patrzy na mnie dziwnie wnikliwie.
- Ou... Ta. Ale ten jakoś...wiesz, wyglądał sympatycznie. Aż chciało mu się zapłacić. - odpowiadam pospiesznie, zarazem zestresowany, jak i pod wrażeniem jego inteligencji i spostrzegawczości. Ewidentnie sprawdzał, czy się przestraszę. - Dziwak. Mówił cały czas z takim... namaszczeniem.
- Pasjonat naprawiania pojazdów – zauważa Eliahn dość smutno.
- Co z książką...? - mamrocze Coralie trochę sennie. Mój przyjaciel spogląda na małą wymownie, a ja czuję się, jakbym właśnie zaliczył cios w żołądek. To było nieczyste zagranie, a przecież ja nie mam na nic wpływu! I to właśnie, w tym jedynym przypadku, jest cudowne.
- Dobra, musimy pogadać. - oznajmia Eliahn. - Coralie... później ci poczytam, w porządku?
- Może być. - odpowiada niechętnie dziewczynka, wtulając się mocniej w miękką, wytarta kanapę.
Wstaje i rusza do kuchni. Na ceracie pozostały plamy z naszego dzisiejszego śniadania, ścianę nad stołem zdobi odcisk małej dłoni.
- Nick, zapłaciłeś rachunki? - pyta niespodziewanie Eliahn.
- No... nie – odpowiadam, zaskoczony takim obrotem sprawy.
- Robisz zakupy tylko na bieżący dzień. - mówi on – Nie masz żadnych ciepłych butów. Zostawiłeś pracę. Ale przede wszystkim, gdzie jest samochód?
- Samochód...?
- Twój samochód, Nick.
- No... sprzedałem. Mam skuter. I co z tego? - pytam z rozdrażnieniem, czując się atakowany tymi pytaniami.
- Uwierzyłeś Bajarzowi, prawda?
- Temu staremu szaleńcowi? - uśmiecham się krzywo, tuszując własny niepokój. Przypomina mi się tamten dzień, przypomina mi się bardzo dokładnie.
Byliśmy wtedy we trójkę, ja, Eliahn i Coralie, przypominając zapewne gejowską parę z adoptowanym dzieckiem. Słońce nie świeciło, przysłonięte ciemnymi chmurami. W powietrzu czuć było coś w rodzaju napięcia. Zdawało mi się, że wyładowania elektryczne zdarzają się częściej, niż dotychczas, i że niebawem będzie burza.
Lecz chyba najważniejszy był niepokój, jaki mi wtedy towarzyszył. Czułem, że coś jest, albo dopiero będzie, zupełnie inaczej niż zwykle, tak jak niektórzy ludzie potrafią przewidzieć, jaka następnego dnia będzie pogoda.
Siedzieliśmy we trójkę w taniej knajpce, ponieważ moja księżniczka zażyczyła sobie frytek. Wystrój utrzymany był w kolorze rdzawoczerwonym, adekwatnym zresztą do nazwy - „Dojrzały Buraczek”. Nie miałem pojęcia, co ćpał właściciel, wymyślając to miano, lecz nie to się wówczas liczyło. Pomieszczenie oświetlone było małymi, jasnymi lampkami, które sprawiały, że wszechobecna czerwień aż kuła w oczy, tym bardziej, że ciężko tam było o sprzęt w innym kolorze. W rogu sali, przy małym stoliczku, tuż przy jednej z takich lamp, siedział dziwacznie wyglądający mężczyzna. Był stary i zasuszony, dziwacznie pocierał ręce nad lampką, jakby to było ognisko. Włosy miał całkiem białe, gładko przyczesane, niczym Wiedźmin z domu starców, do tego mocno zubożały, bo odziany w wytarty sweter i dresy. Nie miał jednak twarzy alkoholika, albo osoby niesprawnej umysłowo. Wyglądał na zmęczonego, ale w dobry sposób, jakby długo uprawiał jakiś sport, albo właśnie wykonał kawał dobrej roboty.
Nie zwróciłem wówczas na niego większej uwagi. Gwoli ścisłości, miałem wtedy pewne drobne problemy z lekami z grupy benzodiazepin, czyli uspokajająco – nasennymi świństwami. Może nie wdawajmy się w szczegóły, tak czy inaczej, byłem dość niespokojny, ciężko mi było się skoncentrować, zdarzały mi się mdłości i tym podobne atrakcje, gdyż usiłowałem je odstawić.
- Zimno. - mruknął Eliahn w pewnym momencie, podkulając nogi. Spojrzałem na niego, zaskoczony, gdyż sala jak dla mnie była wręcz gorąca i duszna.
- Jest gorąco. - odparłem z lekką irytacją.
- Zimno! - oznajmiła moja córka zdecydowanie. - Gdzie są moje frytki?
- Zaraz będą. - zapewniłem.
- Dobrze się czujesz? - zainteresował się mną Eliahn.
- Nic mi nie będzie. - odpowiedziałem. - Też masz wrażenie, że pogoda oszalała?
Wtedy starzec po raz pierwszy podniósł głowę, jakbym powiedział to do niego.
Eliahn zmarszczył brwi.
- Tak, jest trochę... dziwnie.
Wówczas w tle rozległ się grzmot, a my spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem.
- Świetny dramatyzm. - pochwaliłem go.
- Dziękuję. Ale naprawdę, jest jakoś dziwnie. Tak gęsto. Czasami nie mogę się zdecydować, czy jest mi za zimno, czy za ciepło. Nie bardzo mi się to podoba.
- Ja za to jeszcze gorzej sypiam. - odparłem. - Ale... to ma swoje zalety.
Zanim Eliahn zdążył zapytać, o co mi właściwie chodzi, starzec wstał i przesiadł się do naszego stolika.


- Nie kupiłeś tego całego bełkotu? - Eliahn wyrywa mnie z zamyślenia. Brzmi, jakby miał się zaraz rozpłakać.
- Eliahn, proszę... - mówię, nie wiedząc do końca, o co mi chodzi. Nie chcę, żeby się martwił, nie chcę, żeby martwił się czymś nieuniknionym.
- Jeżeli tak, jeżeli cały czas o tym myślisz... powinieneś się leczyć! - mówi, i naprawdę łza spływa mu po policzku. - Przepraszam. Ale Nick, błagam, wiesz o tym, co?
- Ja... oczywiście, że tak. - czuję się schwytany w pułapkę. Z drugiej strony, o moim małym problemie z benzodiazepinami również uświadomił mnie Eliahn.
- Nawet Bajarz powiedział, że trzeba być lekko szalonym, żeby to czuć i rozumieć. - ciągnie mój przyjaciel, chyba przeczuwając, że mnie nie przekonał.
Antyquo. Tylu ludzi w to wszystko wierzy Eliahn!, myślę ale nie mówię mu tego. To nie Bajarz szerzy te wiadomości, jest o wiele więcej takich jak on, takich, którzy wyczuli to dokładniej i wyraźniej niż na przykład ja.
Niemniej, nie chcę go straszyć. Nie wiem, czy mam rację.
- Muszę to przemyśleć, okej? - mówię. - Nie przejmuj się tak. - uśmiecham się do niego. - Serio, potrzebuję czasu.
Mówię prawdę. Przerażenie jednak nie znika z wielkich, brązowych oczu Eliahna, kiedy ostrożnie kiwa głową.

2 komentarze: