Kolejny kieliszek rozbija się z
głośnym łoskotem o złotą podłogę sali. Po chwili dołącza do
niego talerz, oraz butelka, rzucone przez jednego z ludzi w czarnych
ubraniach, którzy stoją w kręgu wokół sterty porozbijanych
przedmiotów.
- Nick. - słyszę swoje imię i z
westchnieniem rzucam trzymanym w ręku kieliszkiem. Wokół rozchodzi
się zapach kadzidełka.
Przyznam, początkowo byłem pod
wrażeniem siedziby, w której spotykają się członkowie Antyquo.
Wysoki, przeszklony budynek na obrzeżach miasta, rzekomo super
wytrzymały i nowoczesny. Lecz kiedy wjechałem windą na szóste
piętro, z czasem rosło moje zażenowanie. To całe tłuczenie
kieliszków, kadzidełka, a wcześniej – recytowanie wierszy,
utwierdzało mnie w przekonaniu, że ci ludzie może i zdają sobie
sprawę z tego, co ma się stać, ale robi to na nich zupełnie inne
wrażenie niż na mnie.
Znudzony, zerkam przez ogromne
okna, które dają doskonały widok na rozległe pola uprawne. „In
the middle of nothing”, jak głosił tekst jakiejś piosenki. A
może wcale nie było takiej piosenki...?
Czekam tylko, aż to wszystko się
skończy, i wreszcie ich główny przewodniczący, nie wiem, jak go
właściwie nazwać – szef? kapłan? ojciec mafii? guru? -
ogłasza:
- To koniec, dekadenci.
Wspaniały żarcik słowny,
ciekawe, czy sam to wymyślił. Jedyne, co bawi mnie w tej
wypowiedzi, to namaszczenie, z jakim za każdym razem koleś
wypowiada słowo „dekadenci”.
Zgromadzeni mamroczą pożegnania,
wymieniając poważne, tajemnicze spojrzenia. Co za czubki. Opuszczam
salę, jako pierwszy zjeżdżam windą na dół, wychodzę z budynku
i wsiadam na skuter. Nadal jestem zażenowany.
Dziecko zostawiłem z Eliahnem – moim
jedynym dobrym znajomym, może oprócz głupiej baby Eyre, ale ona to
trochę co innego. Moja córka nie mogła znaleźć się w lepszych
rękach. Ten człowiek to ktoś, komu powierzyłbym spokojnie puszkę
Pandory, kolekcję znaczków, i samochód, który kiedyś miałem.
Zatrzymuję się przed
naszym niedużym, niezbyt luksusowym domem, który wyróżnia spośród
innych tylko jedna rzecz – kolor.
Mała chciała mieć
różowy, no to go pewnego dnia przemalowaliśmy, z pomocą Eliahna i
bezdomnego, któremu obiecaliśmy dwie dychy za pomoc. Coralie była
zachwycona, chociaż obawiam się, że wykonaliśmy krok w tył w
walce z alkoholizmem w naszej dzielnicy.
Naciskam na klamkę.
- ...nigdy czegoś takiego
nie widziałem, odpowiedział Will. - słyszę z salonu miły,
łagodny głos.
Ruszam w tamtą stronę
po cichu . Siedzą w pokoju, na kanapie, plecami do mnie, a Eliahn
coś czyta zasłuchanej Coralie. Dostrzegają mnie dopiero, kiedy
znienacka łapię go za ramiona, a on się wzdryga.
- Nick! - wykrzykuje. -
Mógłbyś nie wykorzystywać mojej wrodzonej strachliwości
przeciwko mnie?
- Nie mógłbym –
odpowiadam, przekładając nogi przez oparcie kanapy i siadając obok
nich. - Jak zresztą widzisz.
- I jak tam? - Eliahn unosi
na mnie brązowe oczy, nieco poważniejąc. Przez chwilę zastanawiam
się w panice, o co on właściwie pyta, a potem przypomina mi się,
że powiedziałem że jadę naprawić skuter.
- Hm, nic ważnego –
odpowiadam. - Trzeba było... coś tam dokręcić. Nie znam się na
tym.
Przygląda mi się uważnie
– nigdy dotąd go nie okłamywałem, nie ma więc doświadczenia w
rozpoznawaniu u mnie braku szczerości. Mam jednak wrażenie, że
jakimś sposobem się domyślił, co tak naprawdę miałem do
załatwienia.. Poza tym oczywiście wie o spotkaniu z Bajarzem... Nie
chcę jednak, by miał świadomość, że wierzę w to wszystko, a
tym bardziej – jak strasznie mnie to cieszy.
- Świetnie. Ale nie
powinieneś mu bezgranicznie ufać.
- Słucham? - unoszę brwi,
nie dając po sobie poznać, jak wielki szok właśnie przeżyłem.
Domyśla się! Domyśla się wszystkiego!
- Często biorą więcej,
niż powinni. Mechanicy. - odpowiada tonem nieadekwatnie zatroskanym
do pogawędki o moich wydatkach. Nadal patrzy na mnie dziwnie
wnikliwie.
- Ou... Ta. Ale ten
jakoś...wiesz, wyglądał sympatycznie. Aż chciało mu się
zapłacić. - odpowiadam pospiesznie, zarazem zestresowany, jak i pod
wrażeniem jego inteligencji i spostrzegawczości. Ewidentnie
sprawdzał, czy się przestraszę. - Dziwak. Mówił cały czas z
takim... namaszczeniem.
- Pasjonat naprawiania
pojazdów – zauważa Eliahn dość smutno.
- Co z książką...? -
mamrocze Coralie trochę sennie. Mój przyjaciel spogląda na małą
wymownie, a ja czuję się, jakbym właśnie zaliczył cios w
żołądek. To było nieczyste zagranie, a przecież ja nie mam na
nic wpływu! I to właśnie, w tym jedynym przypadku, jest cudowne.
- Dobra, musimy pogadać. -
oznajmia Eliahn. - Coralie... później ci poczytam, w porządku?
- Może być. - odpowiada
niechętnie dziewczynka, wtulając się mocniej w miękką, wytarta
kanapę.
Wstaje i rusza do kuchni.
Na ceracie pozostały plamy z naszego dzisiejszego śniadania, ścianę
nad stołem zdobi odcisk małej dłoni.
- Nick, zapłaciłeś
rachunki? - pyta niespodziewanie Eliahn.
- No... nie – odpowiadam,
zaskoczony takim obrotem sprawy.
- Robisz zakupy tylko na
bieżący dzień. - mówi on – Nie masz żadnych ciepłych butów.
Zostawiłeś pracę. Ale przede wszystkim, gdzie jest samochód?
- Samochód...?
- Twój samochód, Nick.
- No... sprzedałem. Mam skuter. I co z
tego? - pytam z rozdrażnieniem, czując się atakowany tymi
pytaniami.
- Uwierzyłeś Bajarzowi,
prawda?
- Temu staremu szaleńcowi?
- uśmiecham się krzywo, tuszując własny niepokój. Przypomina mi
się tamten dzień, przypomina mi się bardzo dokładnie.
Byliśmy wtedy we trójkę,
ja, Eliahn i Coralie, przypominając zapewne gejowską parę z
adoptowanym dzieckiem. Słońce nie świeciło, przysłonięte
ciemnymi chmurami. W powietrzu czuć było coś w rodzaju napięcia.
Zdawało mi się, że wyładowania elektryczne zdarzają się
częściej, niż dotychczas, i że niebawem będzie burza.
Lecz chyba najważniejszy
był niepokój, jaki mi wtedy towarzyszył. Czułem, że coś jest,
albo dopiero będzie, zupełnie inaczej niż zwykle, tak jak
niektórzy ludzie potrafią przewidzieć, jaka następnego dnia
będzie pogoda.
Siedzieliśmy we trójkę w
taniej knajpce, ponieważ moja księżniczka zażyczyła sobie
frytek. Wystrój utrzymany był w kolorze rdzawoczerwonym, adekwatnym
zresztą do nazwy - „Dojrzały Buraczek”. Nie miałem pojęcia,
co ćpał właściciel, wymyślając to miano, lecz nie to się
wówczas liczyło. Pomieszczenie oświetlone było małymi, jasnymi
lampkami, które sprawiały, że wszechobecna czerwień aż kuła w
oczy, tym bardziej, że ciężko tam było o sprzęt w innym kolorze.
W rogu sali, przy małym stoliczku, tuż przy jednej z takich lamp,
siedział dziwacznie wyglądający mężczyzna. Był stary i
zasuszony, dziwacznie pocierał ręce nad lampką, jakby to było
ognisko. Włosy miał całkiem białe, gładko przyczesane, niczym
Wiedźmin z domu starców, do tego mocno zubożały, bo odziany w
wytarty sweter i dresy. Nie miał jednak twarzy alkoholika, albo
osoby niesprawnej umysłowo. Wyglądał na zmęczonego, ale w dobry
sposób, jakby długo uprawiał jakiś sport, albo właśnie wykonał
kawał dobrej roboty.
Nie zwróciłem wówczas na
niego większej uwagi. Gwoli ścisłości, miałem wtedy pewne drobne
problemy z lekami z grupy benzodiazepin, czyli uspokajająco –
nasennymi świństwami. Może nie wdawajmy się w szczegóły, tak
czy inaczej, byłem dość niespokojny, ciężko mi było się
skoncentrować, zdarzały mi się mdłości i tym podobne atrakcje,
gdyż usiłowałem je odstawić.
- Zimno. - mruknął Eliahn
w pewnym momencie, podkulając nogi. Spojrzałem na niego,
zaskoczony, gdyż sala jak dla mnie była wręcz gorąca i duszna.
- Jest gorąco. - odparłem
z lekką irytacją.
- Zimno! - oznajmiła moja
córka zdecydowanie. - Gdzie są moje frytki?
- Zaraz będą. -
zapewniłem.
- Dobrze się czujesz? -
zainteresował się mną Eliahn.
- Nic mi nie będzie. -
odpowiedziałem. - Też masz wrażenie, że pogoda oszalała?
Wtedy starzec po raz
pierwszy podniósł głowę, jakbym powiedział to do niego.
Eliahn zmarszczył brwi.
- Tak, jest trochę...
dziwnie.
Wówczas w tle rozległ się
grzmot, a my spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem.
- Świetny dramatyzm. -
pochwaliłem go.
- Dziękuję. Ale naprawdę,
jest jakoś dziwnie. Tak gęsto. Czasami nie mogę się zdecydować,
czy jest mi za zimno, czy za ciepło. Nie bardzo mi się to podoba.
- Ja za to jeszcze gorzej
sypiam. - odparłem. - Ale... to ma swoje zalety.
Zanim Eliahn zdążył
zapytać, o co mi właściwie chodzi, starzec wstał i przesiadł się
do naszego stolika.
- Nie kupiłeś tego całego
bełkotu? - Eliahn wyrywa mnie z zamyślenia. Brzmi, jakby miał się
zaraz rozpłakać.
- Eliahn, proszę... -
mówię, nie wiedząc do końca, o co mi chodzi. Nie chcę, żeby się
martwił, nie chcę, żeby martwił się czymś nieuniknionym.
- Jeżeli tak, jeżeli cały
czas o tym myślisz... powinieneś się leczyć! - mówi, i naprawdę
łza spływa mu po policzku. - Przepraszam. Ale Nick, błagam, wiesz
o tym, co?
- Ja... oczywiście, że
tak. - czuję się schwytany w pułapkę. Z drugiej strony, o moim
małym problemie z benzodiazepinami również uświadomił mnie
Eliahn.
- Nawet Bajarz powiedział,
że trzeba być lekko szalonym, żeby to czuć i rozumieć. - ciągnie
mój przyjaciel, chyba przeczuwając, że mnie nie przekonał.
Antyquo. Tylu ludzi w to
wszystko wierzy Eliahn!, myślę ale nie mówię mu tego. To nie
Bajarz szerzy te wiadomości, jest o wiele więcej takich jak on,
takich, którzy wyczuli to dokładniej i wyraźniej niż na przykład
ja.
Niemniej, nie chcę go
straszyć. Nie wiem, czy mam rację.
- Muszę to przemyśleć,
okej? - mówię. - Nie przejmuj się tak. - uśmiecham się do niego.
- Serio, potrzebuję czasu.
Mówię prawdę.
Przerażenie jednak nie znika z wielkich, brązowych oczu Eliahna,
kiedy ostrożnie kiwa głową.
To o jakimś końcu świata?
OdpowiedzUsuńPewnie będzie w następnych częściach.
Usuń