Czas stopniowo zaczyna
stanowić jedną wielką, połączoną masę. Nie mam pojęcia,
dlaczego – być może to kwestia przyjmowanych przeze mnie leków,
być może pojęcia czasu znika wraz z całym światem? Nie wiem. Tak
czy inaczej, pory roku to coś, co raczej już się rozmyło i zlało
w jedno wielkie losowanie – jednego dnia pada, następnego świeci
słońce, kolejnego panuje mróz. Rozregulowały się prawa rządzące
wszechświatem.
Dzień i noc również nie
są już tak ważne, tak... symboliczne. Słyszałem kiedyś o teorii
głoszącej, iż tym, co odróżnia ludzi od zwierząt nie jest
zdolność do wyższych uczuć czy wysoko rozwinięta cywilizacja, a
właśnie umiejętność używania symboli. Jeśli tak, to staliśmy
się od niedawna bardziej zwierzętami. Noc i dzień nie posiadają
już tradycyjnie przypisanych znaczeń, wszystkie horrory są nieco
dezorientujące. Jest ciemno...? I co z tego...?
Więc kiedy Coralie o 02.33
staje nad moim łóżkiem, jestem znacznie mniej wystraszony czy
zdumiony niż normalnie. Po prostu otwieram powoli oczy, czując, ze
ktoś na mnie patrzy, a zarazem budząc się z jednego snu do
drugiego, i widzę nad sobą moją córkę.
- Jak możesz go lubić. -
oznajmia twardo.
- Co lubić...? – mamroczę
sennie, siadając. Wyciągam do niej ramiona, sądząc, że być może
coś jej się przyśniło, ale ona je ignoruje. Na swój sposób mnie
to zaskakuje. Kiedy dzieci czegoś nie chcą, przeważnie albo
dynamicznie to okazują, na przykład odpychając od siebie, albo nie
zwracają uwagi o wiele bardziej demonstracyjnie, na przykład
odwracając głowę. Mimika mojej córki jednak wcale się nie
zmienia; nadal patrzy na mnie z wściekłością.
- Jak możesz go lubić! -
krzyczy. - Nie jestem głupia! Czekałeś na niego!
Jakoś przerażają mnie
jej słowa. Cisza, która zapada po jej wypowiedzi, aż dźwięczy w
uszach.
„Niebawem nie będzie
pojęcia cisza” - myślę, lecz nie jest to do końca moja myśl.
Jest jakby starsza, spokojniejsza, przepełniona niszczycielską
satysfakcją. - „Nie będzie ludzi. Nie będzie świata. Nie będzie
dźwięków. Nie będzie ciszy”.
Przechodzi mnie dreszcz.
- Mówisz o... końcu
świata? - pytam, nie rozumiejąc do końca, skąd ona to wie.
- Przecież słyszę, o czym
mówicie, ty głupku! - wrzeszczy. - I rozumiem! Nic mi nie
powiedziałeś, tylko czekałeś, aż wszystko umrze!
Spoglądam na moją małą,
słodką córeczkę z rozczochranymi włosami jakby nieco inaczej niż
zwykle. Jest mniej moja. Ale nie czuję się, jakby ktoś mi ją
zabrał. Jest... swoja. Jest wściekła. I ma rację.
- Coralie – mamroczę. -
Ja... bardzo cię przepraszam. Nie wiedziałem, jak mam...Od kogo
usłyszałaś...
- Czekałeś. - powtarza to
słowo. Nie jest jeszcze zbyt elokwentna, zbyt wcześnie na to, ale
jej mowa ciała mówi o wiele więcej. Mówi „Nie umiałeś się
cieszyć. Nikogo nie kochasz. Zmarnowałeś mnóstwo czasu.”.
-Coralie... - mamroczę
bezsilnie. Ona nie zachowuje się jak dziecko, które można by teraz
zwyczajnie uspokoić. Ona mówi mądrze i świadomie.
I wychodzi.
- Poczekaj! - wołam,
wychodząc za nią. Po drodze biorę do ręki pudełko z lekarstwami;
lubię je trzymać w dłoni i odpędzać myśli w rodzaju „już
dziś nie zasnę”.
Mała maszeruje do kuchni.
Staje na palcach, wyjmuje szklankę. Białe światło księżyca
oświetla jej różową piżamkę. Nalewa wody z dzbanka.
- Wiem, co masz w ręku –
informuje, a mnie na chwilę zatyka.
- S – słucham? - jąkam
się.
- Tabletki. Nie wolno brać
tyle tabletek. - oznajmia i upija łyk wody, niczym filmowy mięśniak
w filmowym barze, który właśnie udowodnił swoją rację.
- Nie znoszę cię. -
dodaje.
Mój mózg robi zdjęcie
tej sytuacji i koduje je gdzieś głęboko w pamięci. Księżyc,
noc, piżama.
„Nie znoszę cię”.
I to tak obojętnie. Dzieci
nie mówią w taki sposób!
„Chyba, że dzieci, które
właśnie przeżywają koniec świata” - oznajmia chłodno tamten
głos w moich myślach.
- Coralie... - powtarzam,
obracając pudełko w spoconej dłoni. Nie rozumiem, co się dzieje.
„Tak jak i ona, przez
ciebie”. „Cicho bądź”.
I wtedy słyszmy kroki na
korytarzu. Na chwilę drętwieję, a potem przypominam sobie o
istnieniu Eliahna i Julie.
I to właśnie ona, we
własnej osobie.
- Co się dzieje? - pyta
sennie, stając w drzwiach, Musiała nas usłyszeć.
- Nie cierpię taty – mówi
Coralie stanowczo. Oczy jej błyszczą; jest wściekła czy
płacze...? Być może jedno i drugie. Chciałbym ją objąć, ale
chyba utraciłem stanowisko przytulającego. - Jest okropny.
- Jest. - przyznaje Julie,
marszcząc brwi. - Ale przynajmniej masz tatę.
- Ty nie?
- Nie.
- Chciałabyś, żeby on był
twoim tatą?
Julie spogląda na mnie
uważnie. Cała ta sytuacja wydaje się jakąś dziwaczną
halucynacją.
- Niekoniecznie tatą. -
mówi.
Podchodzi do mnie szybkim
krokiem i gwałtownie całuje.
- Co... - zdążam wydusić,
zanim moją głowę zaleje szereg myśli.
Usta... żona Eliahna... To
nie w porządku... Lepsza od mamy Coralie... Facet miał szczęście...
Język... Tak nie można!
- Co ty...! - bełkoczę.
- Ciii, bo on się obudzi. -
mówi Julie. - A ja go nadal kocham. Ale ciebie również. Z okazji
końca wszystkiego, uznałam, że powinieneś wiedzieć.
Nie wiem dlaczego, ale twój blog przypomina mi trochę coś kryminalistycznego :) dlatego zostaje na dłużej! <3
OdpowiedzUsuńUwielbiam tego typu posty, czas który pogrążony jest podczas czytania, nie jest czasem staraconym, wpis trzyma w napięciu do ostatniej chwili i nagle jest rozczarowanie bo się zakończył.. Z niecierpliwością czekam na dalszą część
OdpowiedzUsuńBuziaki Kochana.
Uwielbiam tego typu posty, czas który pogrążony jest podczas czytania, nie jest czasem staraconym, wpis trzyma w napięciu do ostatniej chwili i nagle jest rozczarowanie bo się zakończył.. Z niecierpliwością czekam na dalszą część
OdpowiedzUsuńBuziaki Kochana.
Super post! Bardzo spodobał mi sie wyglad bloga
OdpowiedzUsuńŚwietnie! Czekam na kolejne części :)
OdpowiedzUsuńBardzo fajnie się czyta. Obserwuję!! Bedze zaglądać często :) widze że mam dużo zaległości.
OdpowiedzUsuńBardzo fajnie napisane :) Czekam na dalsze losy :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńŚwietny wygląd bloga, pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńZuzik-blog.blogspot.com
Ja przepraszam, ale tu czytelnicy czekają na kolejną część.
OdpowiedzUsuń