Zaczęło się od książki dla dzieci.
Po prostu moi rodzice robili remont. Zwykły, zwyczajny remont,
połączony z przeglądem gratów, dlatego się w ogóle znalazła.
Pamiętam doskonale, jak otworzyłam
pudełko – i to nie żaden przerażający, prastary kufer tylko
pudełko po butach – i ją zobaczyłam. Razem z książką w środku
znajdowały się też szklane kulki, plastikowy zegarek, monety
pochodzące chyba z jakiejś gry planszowej, biżuteria dla dzieci
oraz półprzeźroczysty, połyskujący klocek lego. Najwyraźniej to
była kiedyś skrzynia ze skarbami.
Zabawne, jak znaczenie tego pudełka zmieniło się z biegiem czasu, kiedy tak chowało się w swojej enklawie na dnie szafy. Przez parę lat spadło w hierarchii Istotnych Przedmiotów naprawdę nisko, bezczelnie zastąpione przez klucze do mieszkania, portfel, dokumenty...
Zabawne, jak znaczenie tego pudełka zmieniło się z biegiem czasu, kiedy tak chowało się w swojej enklawie na dnie szafy. Przez parę lat spadło w hierarchii Istotnych Przedmiotów naprawdę nisko, bezczelnie zastąpione przez klucze do mieszkania, portfel, dokumenty...
Ale to bez znaczenia. Wyjęłam
książkę, oczywiście. Niecałe dziesięć minut temu przeczytałam
wszystkie swoje stare komiksy o wróżkach, i mówiąc szczerze, to
była całkiem niezła zabawa. Zwłaszcza, że był listopad, a na
zewnątrz panowała wilgoć i szarość.
Usiadłam na miękkim, białym
dywanie. Na okładce książki przedstawiona była dwójka dzieci –
chłopczyk i dziewczynka, oboje z wielkimi oczami, narysowani w
specyficznym stylu prostymi, cienkimi, czarnymi liniami. Kolory były
dość zgaszone, a za plecami dzieciaków widniał pagórek, z
wysokim, jakby rozchwianym, jasnoniebieskim domem na szczycie.
Otworzyłam książkę. Nie pamiętałam
jej dokładnie ze swojego dzieciństwa, jedynie mgliste fragmenty i
skojarzenia, w rodzaju „podobała mi się”, „owsianka”
„trudne zadania”, „rodzeństwo”, „chory kot”, „brzydka
pogoda”. Okazała się jedną z tych z rozkładanymi elementami,
jakby w 3D, gdzie wszystkiego można dotknąć, przesunąć, zajrzeć.
Pierwszy obrazek przedstawiał dwójkę rodzeństwa, siedzącą
naprzeciwko siebie w kuchni. Rysunki były całkiem ładne, chociaż
ich styl kreowano na nieco dziecięcy. Między dziećmi świeciła
lampa, co symbolizowały biegnące od niej żółte kreski, poza tym
jednak miało się wrażenie, że panuje półmrok – prawdopodobnie
z uwagi na świetne cieniowanie i nienasycone barwy. Dało się
poruszać powiekami ogromnych oczu dziewczynki – mogła je zamykać
i otwierać. Do pokoju wsuwało się również szarego, nastroszonego
kota.
„Pan Klimek jest dziś zły –
powiedziała Lusia. - Myślę, że boi się wiatru.
Tupcio zamieszał łyżką owsiankę i
westchnął ciężko, myśląc sobie, że jest paskudna. Ach, gdyby
tak móc wyrzucić owsiankę za okno, żeby wiatr zdmuchnął całą
daleko stąd...!
- Bzdury gadasz – odrzekł
nieuprzejmie. - To kot, a one się nie boją. One robią co chcą. Co
najwyżej pokazuje, że jest wielki i groźny.”
Przewróciłam kartkę.
Lusia na następnym obrazku stała przy
drzwiach, uśmiechając się zaczepnie, a Tupcio siedział przy stole
z obrażona miną. Drzwi dało się odchylić, aby zobaczyć obrazek
wiatru, który szczerzył zęby w radosnym śmiechu
„Chodźmy stąd! - zawołała Lusia.
- Widzę, że masz dość siedzenia w domu, taki to był nudny dzień.
Nie należy bać się wiatru, to może nas dokądś zaniesie.
- Mamusia i tatuś byli by źli –
mamrocze Tupcio, ale cicho, tak, aby ledwo słyszała.”
Zajrzałam kilka stron dalej, tym samym
rozkładając obrazek, na którym Lusia i Tupcio z niepewnymi minami
stoją przy zawalonym biurku, za którym zasiada wyszczerzona w
uśmiechu, przypominająca cygankę kobieta z żółtymi zębami.
Barwy są nieco cieplejsze, otoczenie o wiele bardziej bogate w
detale – już nie króluje minimalizm – ale nadal wszystko otacza
półmrok. Obrazek jest bardzo bogaty w szczegóły – stolik jest
zastawiony rozmaitymi słoikami z przetworami, z krawędzi zwisa
sobie pająk, gdzieś leży naparstek, gdzieś indziej pudełko
zapałek.
„I pamiętaj, moja mała –
powiedziała Panna Lovita do Lusi. - „Nigdy nie oszukuj! Inaczej
trafisz do Kościstej Babci, ho, ho, najwredniejszej z sióstr! A
pamiętaj! - kobieta uśmiecha się szeroko – Kobiety lubią
oszukiwać! Ale wróćmy do waszej zagadki. Ile jajek brakuje nam na
konfiturę, moi mili? Pamiętajcie, gra wciąż trwa!”
Wtedy właśnie stało się
najważniejsze,ważne tak samo, jak pierwsza kostka domina, lub
pierwszy motyl, który ma w planach wywołać huragan. Tak czy
inaczej, otworzyłam książkę z powrotem na stronie, na której
skończyłam, przewróciłam kartkę...
Obrazek przedstawiał trójwymiarowy
obraz wichru, biało – szaro – niebieskiego, pozwijanego w
wymyślne spirale. Gdzieś w tych pętelkach frunęli Lusia i Tupcio,
z przerażonymi minami, gdzieś tam znalazł się nawet kot Klimek,
zjeżony jeszcze bardziej niż wcześniej. Gdzieś w tym całym
zamieszaniu znajdowała się również twarz wiatru, dzika, wolna,
radosna i przekorna. Nigdy nie widziałam tak prostego układu
kresek, przekazującego tak wyraźną naturę danej osoby (a może
zjawiska, ale raczej osoby). Roześmiałam się, zauroczona. Żadnego
mężczyzny nie kochałam nigdy tak bardzo, jak tamtego wiatru z
książki dla dzieci, dawno nic nie dało mi takiej przyjemności.
Obserwowałam pętle i spirale, w myślach flirtując z tą twarzą
idealnego zjawiska, wczuwając się coraz bardziej, aż po prostu
LOGICZNYM się stało, że znalazłam się w świecie o zgaszonych
barwach, u stóp wysokiego wzgórza.
Nie było tu jednak niczego, co
stopniowo zaczynałam sobie przypominać z książki. Ani nie –
całkiem – czarownicy Lovity, ani armii pajęczej siły roboczej.
Ani Mądrego Dębu, ani spróchniałego drzewa – oszusta. Ani
Bezdennej studni, ani lamentującej pompy na wodę. Ani węszącego
sprzedawcy, ani opryskliwej Paszczogłowej z krzywym nosem.
Tylko to paskudne wzgórze. Pamiętałam
wyraźnie tylko jeden fragment związany z nim, dotyczący
niekończącej się wspinaczki po schodach, pozbawionych poręczy...
Wzdrygnęłam się i ruszyłam w drugą
stronę. Było mi strasznie zimno, w pobliżu ani żywej duszy, wiatr
natomiast gdzieś znikł.
Szłam i szłam, stawiając wciąż
krok za krokiem, coraz bardziej obrażona i rozczarowana. Czułam się
oszukana, wystawiona, niekochana – wiatr gdzieś odleciał.
Powinnam się domyślić, że nie da się go złapać.
Aż wreszcie, na szczycie kolejnego
wzniesienia (cały ten teren zdawał się być pofalowany)
dostrzegłam Mądry Dąb we własnej osobie.
- Hej, Dębie, Dębie, bądź
pozdrowiony! - zwołałam, pamiętając, że Dąb dąsał się i nie
chciał rozmawiać, ani tym bardziej dzielić się swoją rozległą
wiedzą, jeśli nie użyło się tego zwrotu. Na swój sposób
cudownie było odwiedzić miejsce, o którym marzyłam jako dziecko i
znaleźć w nim rzeczy interesujące również dla dorosłej mnie.
Tylko ten wiatr...
- O nie – mruknęłam – Nie
zepsujesz mi tego!
Ruszyłam w kierunku drzewa. Guru tej
okolicy sprawiał wrażenie zaskoczonego i nie do końca
zadowolonego.
- Pozdrowiłam cię, zatem mogę
zadawać pytania? - zapytałam, pamiętając, że dzieci za każdym
razem w książce zmarnowały tę możliwość. Zazwyczaj koniec
końców Dąb, o ile był w dobrym humorze (raczej rzadko) udzielał
im informacji, które sam uznał za stosowne.
Na pomarszczonej twarzy odmalowała
się niechęć i irytacja. Obwisłe policzki zafalowały.
- Mhm, pufff – odparł Dąb. -
Powiedziałaś wyraźnie „pozdrowiony”? Coś mi się zdaje, że
nie! -i uśmiechnął się z tępym samozadowoleniem.
- Ależ, oczywiście, Dębie. -
odparłam, cokolwiek urażona. Przecież nie byłam równie głupia
jak ta dwójka dzieci, a do tego po studiach!
- Ach, zawsze tacy pewni siebie –
wymamrotał Dąb, właściwie od rzeczy. - Dobrze, dobrze. Czego byś
chciała?
Właśnie rozmawiałam z kimś, kto
wie prawie wszystko!
- Ou... nie wiem – odparłam,
przytłoczona tym faktem. - Kto wygra Top Model? Kiedy będzie koniec
świata? Dokąd powinnam iść?
- Uch, puff – zasapał dąb. - To nie
jest dobry dzień...
Top Model? Poważnie?
- Obawiam się, że nie rozumiem. -
odparłam, czując się nieco zdezorientowana i równocześnie
stopniowo godząc się ze swoją intelektualną porażką.
- Właśnie, nie rozumiesz! - ucieszył
się Dąb. - Bo to zbyt skomplikowane. Tak czy inaczej, jesteś
oszustką i tyle! Zaglądać do książki kawałek dalej, zamiast
czytać po kolei. Wiesz co, niestety, ale zasługujesz na Kościstą
babcię. Tak. Nie zwiedzisz tutaj żadnej innej okolicy. - I zasnął.
- Przepraszam co? - wykrzyknęłam.
Brzmiało to niepokojąco, oczywiście, ale ja czułam się przede
wszystkim oszukana i naciągnięta. - Jesteś mądrym drzewem! Władcą
krainy! - schlebiałam mu. - A ja cię odpowiednio powitałam!
Dąb zachrapał, lub udał, że
chrapie. Być może wstyd się przyznawać, ale prawie się
popłakałam. Zupełnie nie tego oczekiwałam!
Wiatr zawył, lecz gdzieś bardzo
daleko.
Jednak bynajmniej nie sądziłam, bym
zasługiwała na Kościstą Babcię. Ruszyłam przed siebie,
zdeterminowana, by zobaczyć jak najwięcej, oprócz pseudo mądrego
dębu i Kościstej, do której, rzecz jasna, nawet nie zamierzałam
się zbliżać.
Niebawem wylądowałam pod samymi
schodami do jej domu na wzgórzu.
Nie miałam pewności, jak to się
stało. Po prostu szłam, szłam, patrząc w ziemię, aż nagle
przeniknął mnie dotkliwy dreszcz, uniosłam głowę – i
zobaczyłam schody prowadzące do rozchwianego budynku. Wiedziałam,
domyślałam się, byłam pewna do kogo należy. Gdzieś w tle słychać
było coś w rodzaju fal rozbijających się o skały, choć nigdzie
nie widziałam morza.
- Przecież się nie boję –
wymamrotałam. Powietrze pachniało jaśminem.
Nie jestem podobna do wiatru.
Więc ruszyłam schodami.
Na początku wydawało mi się, że
nie będzie źle. Nie było poręczy, były same schody. Szarpały
mnie prądy powietrzne, całkiem niepodobne do Niego. Mimo wszystko
przeżyłam już gorsze rzeczy.
Wyżej zaczął się ból pleców oraz
kolan, również – do wytrzymania. Dla odwrócenia uwagi zaczęłam
liczyć stopnie.
Po dwieście dwudziestym szóstym (Od
momentu rozpoczęcia liczenia) zdałam sobie sprawę, że ból
narasta, staje się coraz bardziej dotkliwy, a ja sama mam wrażenie,
że ktoś mnie obserwuje. Jednak po dwieście czterdziestym ósmym
zauważyłam coś gorszego – mianowicie, jakkolwiek źle bym się
nie czuła, zawracanie nie ma sensu. Więc tak jakby NIE MOGĘ
zawrócić.
Kiedy tylko o tym pomyślałam, prądy
szarpnęły mną jeszcze mocniej.
Jeszcze kawałek wyżej byłam już
niemal wrakiem człowieka, wymęczonym psychicznie i fizycznie,
znużonym ciągłym poczuciem bycia obserwowanym, dotkniętym brakiem
wiatru i niedoskonałością dębu, głodnym, zmarzniętym,
wyczerpanym. Przez głowę przeszło mi jednak, że przynajmniej
Koścista ani trochę mnie nie rozczarowała. Poczułam wręcz do
niej coś na kształt irracjonalnej, nienaturalnej sympatii.
I w końcu dobrnęłam do drzwi,
niewyobrażalnie padnięta. Były całkiem ładnie wykonane. Wisiał
na nich, nieco wytargany przez wiatr, świąteczny wieniec.
Klamka ustąpiła pod moim delikatnym
naciskiem.
Znalazłam się w drewnianym holu,
wypełnionym obrazkami kotów, dzieci i krajobrazów. Na ścianie
wisiała głowa wypchanego bażanta, gdzieś w głębi domu tykał
zegar. Pachniało imbirem.
Oczywiście stała tam też sama
Koścista.
Była chudsza niż najszczuplejsze
modelki. Wydawało się, że cierpi na wyjątkowo ciężką
anoreksję. Twarz miała żółtawą i pozbawioną wyrazu, a policzki
zapadnięte. Ubrana była w luźny, wełniany sweter, wiszący na
niej w dziwaczny sposób, a jej puchate, brązowawe włosy
przykrywała chusta. Wyglądała na około siedemdziesiąt lat,
jednak byłam na tyle padnięta, że wygląd wiedźmy nie robił na
mnie większego wrażenia.
Wiedźmy? Czyżby mój umysł pod
wpływem zmęczenia przestawił się na sposób postrzegania
dziecka...?
Jednak Koścista nie zaczęła od
zadawania pytań, złowieszczych śmiechów czy gierek słownych.
Powiedziała jedynie:
- Zapraszam na górę.
Miała całkiem miły głos, a ja
mechanicznie wykonałam polecenie, cierpiąc kolejną porcję
schodów. To wydaje się dziwne, ale schody odebrały mi siłę na
myślenie.
Tam czekał na mnie jedynie suty
obiad, kolejny tykający zegar, oraz telewizor. „Wiedźma”
zostawiła mnie samą.
I mijał czas, mierzony głównie
smacznymi posiłkami. Nie wiem, jak długo to trwało. ONA nigdy nie
jadła ze mną, ale dała mi wypocząć, odprężyć się i robić,
co tylko będę chciała. Włóczyłam się po wielkim domu, czytając
niezapadające w pamięć książki, oglądając telewizję, jedząc,
nucąc i sprzątając. Panował idealny spokój. Nie mogę
powiedzieć, że takie życie mi się podobało, jednak po przejściu
schodów było po prostu psychiczną koniecznością. Nie mogę też
powiedzieć, że byłam nieszczęśliwa.
ONA porozmawiała ze mną po raz
pierwszy po kolacji. Przyszła i powiedziała:
- Lubisz czytać książki?
Potoczyła się niezobowiązująca
rozmowa, aż wreszcie wyznałam (bo czemu by nie):
- Dąb mnie rozczarował.
Zaśmiała się śmiechem palaczki.
- Stary oszust – oznajmiła. -
Wszystkie dzieci na początku mają takie wrażenie.
Wówczas poczułam, że ją lubię.
Zaczęłam ją jednak lubić nieco
mniej, gdy pierwszy raz zjadła ze mną obiad. Usiadła idealnie
naprzeciwko, w reprezentacyjnym salonie, gdzie na ścianie wisiały
zdjęcia dziewcząt w różnym wieku. Stół zastawiony był dla
dwóch osób, jednak ona nic nie jadła. Przez cały posiłek na jej
talerzu leżała serwetka, a Koścista obserwowała mnie wygłodniałym
wzrokiem, pesząc mnie i odbierając pewność siebie. W ustach miała
całe mnóstwo śliny, a jej pozbawione wyrazu oczy nabrały czegoś
w rodzaju blasku.
Przyznam, że od tej pory poczułam
się niepewnie, chodząc z nią po jednym domu. Zegary tykały coraz
głośniej, a wszystko wskazywało na to, że ona jednak nie jest
przyjaciółką.
Po głowie chodziło mi odejście, ale
ta możliwość zdawała się jakby zablokowana. Jak to, te same
schody? Znowu? W drugą stronę?
Zatem robiłam wszystko tak, jak
dotychczas.
Aż pewnej nocy tak jak dotychczas
zjadłam kolację, tak jak dotychczas wzięłam prysznic, i tak jak
dotychczas usnęłam, słuchając tykania licznych zegarów.
Pierwsze, co poczułam tej nocy, nim
się obudziłam, to coś bardzo twardego na ustach. Twardego, a
zarazem żywego. Jak ręka.
Otworzyłam oczy. Tuż przede mną, o
wiele bliżej, niż bym się spodziewała, znajdowała się wychudła,
wygłodniała twarz.
- Przyszłam... - wymamrotała,
opluwając mnie gęstą, lepką śliną. Jej oczy tak strasznie się
świeciły...! Przemknęło mi przez myśl, że na pewno dawno nie
była tak szczęśliwa, że to właściwie dobrze, i jak cudownie
byłoby teraz dostać zawału.
- Fff fyyy mmbsz! - pisnęłam, plując
w jej smakującą tytoniem rękę, niezdolna się poruszyć. Koścista
uniosła dłoń, w której trzymała tłuczek – tak, nie nóż,
lecz tłuczek, choć wyjątkowo duży i ciężki. Na mojej komodzie
leżał nóż i widelec. Oraz serwetka.
To mnie otrzeźwiło.
Odepchnęłam ją gwałtownie i rzuciłam się w stronę drzwi
balkonowych, jedynego wyjścia, do którego byłam w stanie dobiec.
- Wiatr! - ryknęłam w
ciemną przestrzeń, wypełnioną powietrzem, świeżością i
gwiazdami. Bałam się odwrócić za siebie, bałam się tej chudej
twarzy, tego noża, widelca. I serwetki.
- Och, przynajmniej teraz...
- wykrzyknęłam, ale głos mi się łamał.
I wtedy przyleciał, w
całej swojej cudowności, bez odrobiny rozczarowania. Piękny,
swobodny, naturalny, sympatycznie złośliwy.
- Zabierz mnie...! -
wykrzyknęłam. Zbliżył się do mnie, podfrunął, owiał swoim
zapachem i dotykiem.
- Jesteś zbyt ciężka –
wyszumiał, a ja usłyszałam JEJ oddech tuż za sobą.
W tym momencie zawsze
budziłam się z mojego snu, gdy byłam mała. Lecz co mam zrobić
dziś, gdy siedzę, chudziutka, skamieniała, na białym dywanie,
przed chwilą znalazłszy książkę dla dzieci w pudełku po
butach...?
Woow długi wyczerpujący i świetny tekst po prostu brawo
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawe piszesz opowiadania, mega wciągają oby tak dalej <3
OdpowiedzUsuń