Oceniając w miarę obiektywnie, czy
istnieje taki wiek, w którym już nie wypada bać się ciemności...?
Zu bardzo chciałaby znać odpowiedź
na to pytanie, przekładając latarkę z ręki do ręki i wycierając
spoconą dłoń. Miała szczera nadzieję, że nie brzmi ona
jedenaście lub mniej.
„Przecież chodziłaś tamtędy
wiele razy” - powiedziała jej mama z rozbawieniem, zanim córka
wyszła. - „Poza tym, wszyscy inni już byli w kościele.”
Dziewczynka w tym wieku jeszcze nie do
końca zdawała sobie z tego sprawę, ale jej rodzina była dość
mocno religijna. Zatem niedzielne nabożeństwo nie było czymś, co
można by sobie odpuścić z uwagi na feralną porę roku, która
niczym bajkowy czarny charakter nieustannie dążyła do pogrążenia
świata w ciemności.
„Zima jest prawie jak coś żywego”
- pomyślała Zu, otulając się ciaśniej płaszczykiem. Mróz
szczypał ją w policzki, suche zboże rosnące wokół polnej drogi
szumiało cicho, zupełnie jakby ktoś przemierzał je w niewiadomym
celu, skryty w mroku. - „Coś dużego, niezdarnego, trochę
nieopanowanego. Coś, co samo podejmuje decyzje.”
Wiatr pociągnął ją przyjacielsko
za płaszczyk i Zu uśmiechnęła się lekko do siebie. I wtedy
światło latarki padło na gigantyczną, odrażającą ropuchę na
środku drogi. Dziewczynka zamarła na moment, aż dotarło do niej,
że nie patrzy na kolosalnego płaza, lecz na zwyczajny kamień.
Przyspieszyła kroku; serce biło jej
mocno w piersi. Wcale nie bała się żab, po prostu się tego nie
spodziewała. „Jeszcze kawałek, i powinny zacząć się latarnie”
- pomyślała z nadzieją.
Wystarczy, że dotrze na skrzyżowanie.
I zaraz na prawo zobaczy pierwsze domy, a tam – światła,
wspaniałe, kuszące światła, zupełnie, jakby Zu zamieniła się w
małą Bukę.
Jasność oznaczała bezpieczeństwo,
ciemność – przeciwnie. Gdyby dziewczynka była nieco starsza,
mogłoby ją zacząć zastanawiać, dlaczego ten atawistyczny lęk
nadal towarzyszy ludzkości. Dlaczego, pomimo wielu lat
funkcjonowania w bezpiecznych domach, na bezpiecznych osiedlach, brak
światła nadal budzi niepokój. Przecież wiemy, że w pobliżu nie
ma niedźwiedzi, prawda? I gdyby Zu była rzeczywiście nieco
starsza, w tym momencie w jej głowie mogłaby się pojawić nie
całkiem przyjemna odpowiedź: „Najwyraźniej wcale nie boimy się
dzikich zwierząt”.
Mogłaby się wówczas również
zacząć zastanawiać nad celem chodzenia do kościoła. Póki co
naturalnie wierzyła w Boga, ponieważ tak powiedziała mama (I chyba
kilku proroków). Póki co akceptowała fakt, że należy być dobrym
człowiekiem jako coś naturalnego. I to wystarczało. Nigdy nie
doświadczyła tego, co zdarza się ludziom po sześćdziesiątce –
strachu przed śmiercią. I nie tylko – również strachu przed
„Płacz i zgrzytanie zębów w
rozpalonym piecu”(Mt 13, 42);
„Robak ich nie umiera i ogień nie
gaśnie” (Mk 9, 43-48; por. Mt 5, 22)
„A jeśli cię gorszy ręka twoja,
odetnij ją; lepiej jest dla ciebie wejść kaleką do żywota, niż
mieć dwoje rąk, a pójść do...”
Śmiercią i karą. I wówczas mogłaby
owa hipotetyczna starsza Zu dojść w swoich rozważaniach, do punktu
o nieciekawym tytule „Boimy się głównie bólu i śmierci”. A
skoro nie widzimy, co czeka na nas za kurtyną ciemności – może
to być również zgon, prawda? Wydarzenie poniekąd dość ważne, a
jednak jakoś lepiej je przespać.
Lecz zupełnie nie o tym myślała Zu
dziesięcioletnia, czująca nieopisaną ulgę na widok dających się
już dojrzeć zabudowań.
Nagle jednak dostrzegła coś jeszcze,
czego wcześniej nie było na tej trasie – mianowicie czerwono –
białe taśmy, oznaczające teren budowy. Bardzo niewielki –
zapewne właśnie wykopywano z ziemi jakieś tajemnicze rury.
Jednak bardziej, niż istnienie taśm,
zaskoczyło dziewczynkę, że na tym obszarze nadal ktoś pracuje.
Kilku robotników w odblaskowych kamizelkach uwijało się jak w
ukropie, pomimo dość późnej pory i panującej ciemności. Na
kaskach mieli umieszczone latarki, co upodabniało ich do dziwacznych
owadów lub stworów z głębi oceanu.
„Muszą to być jakieś wyjątkowo
ważne rury” - pomyślała Zu, zbliżając się.
- Uważaj! - usłyszała nagle,
gwałtownie zaczerpnęła powietrza i stanęła.
Na poboczu drogi, kawałek przed
pracującymi, stał niechlujnie wyglądający mężczyzna, którego
Zu wcześniej nie dostrzegła. Miał na sobie zielonkawy, śmierdzący
płaszcz, jego oczy były przekrwione, twarz wyraźnie wymagała
golenia.
- Ostrożnie. - powiedział ponuro,
rzucając jej spojrzenie mopsa z depresją. Nie był jednak pijany. -
Tam są wykopy. Robią wielkie, głębokie dziury. Jeszcze się
zamyślisz i wpadniesz.
- Przecież tam są taśmy. -
odpowiedziała dziewczynka niepewnie.
- Taśmy, nie taśmy. - odparł on
merytorycznie. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i zapalił
jednego.
Dziewczynka ruszyła przed siebie
szybkim krokiem, czując na sobie wzrok tamtego pana. Zwolniła
dopiero tuż przy mini placu budowy, zaglądając z ciekawością, co
takiego się tam dzieje.
Dostrzegła jedynie dziurę,
wypełnioną do pełna czernią.
- Jesteś ciekawa, co robimy? - odezwał
się jeden z pracowników, unosząc wzrok. Pozostali nie zwracali na
nią uwagi, pospiesznie wykonując mnóstwo dziwacznych czynności.
Jeden z nich spuszczał coś na kablu do wnętrza wykopu, inny kopał
obok, jakby poszerzając dziurę.
Zu pokiwała głową. Tamten
uśmiechnął się.
- Możesz podejść – powiedział.
Zu zbliżyła się. Widziała jakby
zarys czegoś w rodzaju szybu we wnętrzu wykopu, nie była jednak
pewna. Podeszła jeszcze kawałek i nagle, sama nie widząc jak,
znalazła się na samej krawędzi dziury, piasek usunął jej się
spod stopy i poleciała w dół.
Usłyszała czyjś okrzyk,
przemieszany ze swoim, i uderzyła plecami w mokrą ziemię.
- Pomo... - zaczęła krzyczeć, lecz
ziemia zdawała się pochłaniać jej głos. Zadygotała, otoczona
przez ciemność i nieprzyjemną, obrzydliwą wilgoć. Robaki,
robaki, robaki, tu musiały być jakieś robaki..!
- Kto tu jest...? - usłyszała nagle
cichy szept.
- Kto to? - odpowiedziała nerwowo,
obejmując się z całej siły ramionami.
- Ćśśś... Tutaj, tutaj! -
odpowiedział głos, równie zestresowany jak ona. - Chodź. Idź za
dźwiękiem. I mów jak najciszej.
Zu zawahała się przez chwilę, po
czym ruszyła na czworaka w kierunku głosu. W końcu nie miała
specjalnego wyboru. Nic nie widziała, niemal oszalała z
przerażenia, a cała ta sytuacja wydawała jej się dziwacznym snem.
Wreszcie dostrzegła nikłe,
pomarańczowe światło, nie pozwalające jednak zorientować się w
otoczeniu. Pochodziło zza kratki, przypominającej nieco taką od
studzienki kanalizacyjnej, umieszczoną wprost w ziemi.
- Tutaj, tutaj! - powiedział głos zza
kratki. - Masz klucze?
Dziewczynka podpełzła bliżej,
czując buchające gorąco, i wtedy w otworze ukazała się twarz.
Zu pisnęła.
- Ćśśś, ćśśś, bo się
zorientują – szepnęła twarz. Ciężko było powiedzieć, czy
należała do kobiety, czy do mężczyzny. Siwe włosy sterczały
dziko na wszystkie strony, nosiła ślady pobicia i poparzeń. Jedno
oko wyglądało na ślepe, część policzka i połowa nosa jakby
stopiły się pod wpływem żaru. - Wypuść mnie, słoneczko!
- Ale ja nie... gdzie... - wydukała
Zu, oszołomiona.
Nagle twarz zniknęła, jakby jej
właściciel niespodziewanie się pochylił.
Dziewczynka mogła dojrzeć
nieszczególne przytulne pomieszczenie nieokreślonej wielkości, o
szarych ścianach, po których ciągnęły się jakieś rury. Kawałek
dalej od kratki stała wysoka, ciemna postać, której kształt
ciężko było precyzyjnie określić, jakby stwór mógł przybierać
dowolny, ale nie bardzo o niego dbał.
- Nie, proszę – mamrotał ktoś,
stojący tuż obok tego przedziwnego czegoś. - Żałuję, naprawdę
bardzo żałuję, błagam, Ahhhhh!
Rozległ się odrażający smród. Zu
dostrzegła, że postać przyciska coś w rodzaju nieco krzywego,
jakby dopiero co uformowanego palca do twarzy nieszczęsnej ofiary.
- Proszę, zmienię się, zmienię,
błagam ja... - jęczał ów człowiek, łkając spazmatycznie. Był
całkiem nagi.
- Jest za późno na zmiany. -
odpowiedziała postać, głosem przypominającym raczej syntezator
mowy. Złapała człowieka i z łatwością uniosła do góry.
Następnie wrzuciła do czegoś w rodzaju zsypu na ścianie, po czym
odeszła.
Minęła chwila, po czym w okienku
znów ukazała się twarz, wyrażająca coś w rodzaju satysfakcji.
- Co to jest za miejsce?! - szepnęła
Zu, oszołomiona.
- To, moja mała, jest piekło. -
odparła twarz i zachichotała. - Dobrze popatrzeć, jak dla odmiany
robią to komuś innemu, nie mnie.
- Ależ to wygląda jakby ludzie to
zbudowali! - zawołała dziewczynka.
- Ciszej, mówię. Piekło to system,
słonko. Nie wiadomo, czy system tak zwany „realny”, czy też
tylko w naszych głowach, czy dla każdego taki sam. Ważne, że
jest. I być musi. To jak, masz ten klucz? Po to cię wreszcie
przysłali?
- Nie, nie, nie – wymamrotała Zu,
nie wiedząc, czemu dokładnie zaprzecza. Chciała się tylko stąd
wydostać. Zaczęła zawracać tam, skąd przyszła.
- Czekaj! - wrzasnęła wściekle
twarz. - Zostań! Chcę wyjść! Chwila!
Dziewczynka ruszyła najszybciej, jak
umiała, mając wrażenie, że dziwna bezkształtna postać cały
czas jest gdzieś za nią, że pełznie po suficie, że w końcu ją
dopadnie.
- Pomocy! - krzyknęła, i wówczas –
czy to zbiegiem okoliczności, czy też z uwagi na jakieś tajemnicze
prawa rządzące wszechświatem – natrafiła na szczeble drabinki.
- W górę. W górę! - usłyszała
naglący głos. Zaczęła się wspinać, pocąc się niczym gejzer
morskiej wody. Wrażenie nieokreślonej obecności za plecami
pozostawało, dopóki wreszcie nie dotarła na sam szczyt, do wylotu
dziury. Nad sobą widziała już rozgwieżdżone niebo, wokół
zwyczajne budynki. Rzuciła się gwałtownie na asfalt.
Wokół nie było już robotników.
Nad nią stał jedynie mężczyzna o twarzy mopsa, nadal z papierosem
w dłoni.
- Udało ci się. - powiedział. -
Wylazłaś. A mówiłem, taśmy taśmami, ale uważaj!
Zu popatrzyła na niego,
nie wiedząc, co myśleć. Uspokoiła nieco oddech, jednak nie mogła
opanować drżenia. Wiedziała, że powinna wyciągnąć z tego
wszystkiego jakieś radykalne wnioski – lecz jakie...?
- Ale czemu... - wyjąkała, czując
napływające łzy. Przed chwilą przeżyła najgorszy koszmar
swojego życia, całkowicie nieporównywalny z niefajnym prezentem na
święta, dentystą albo złą oceną. Wciągnęła w płuca świeże
powietrze, pragnąc uświadomić sobie, że jest bezpieczna.
I wtedy z otworu wychyliła się
bezkształtna dłoń, chwyciła ją za kostkę i szarpnęła w dół.
O bardzo lubie takie opowiadania! Kiedys byłam ich największa fanka :) ba, sama pisałam tez na blogu jeszcze na onecie hehe :)
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się Twój styl :) Masz lekkie pióro, piszesz "plastycznie", oddziałujesz na wyobraźnię i to sprawia, że aż chce się więcej :) Koniecznie pisz więcej i się rozwijaj, bo możesz naprawdę daleko zajść :)
OdpowiedzUsuńBuziaki :* Życzę weny :*
Lina Nastya
http://lina-nastya.blogspot.com/2016/12/moj-may-kawaek-litwy.html
Ciekawie piszesz! :D
OdpowiedzUsuńWWW.ITSVIVIDNES.BLOGSPOT.COM