„Choć to szaleństwo, jest w nim
przecie metoda.”
- Już? Wszyscy gotowi? No, to
zaczynamy.
Niemal wszyscy obywatele Świata A
obserwowali życie Mary Anderson od początku do końca. W końcu,
odkąd skończyła lat 20, wiodła je szczęśliwie w blasku
reflektorów, piękna, wiecznie uśmiechnięta i idealna. Przez cały
czas odprowadzały ją spojrzenia to niedowierzające, to pełne
podziwu, to wręcz pogardliwe czy zazdrosne, jednak ona ignorowała
otaczających ją szaraków z elegancką obojętnością. Miała swój
świat, swoje kamery, swoją satysfakcję.
I swoją złotą suknię, żywcem
wyciągniętą z pokazów mody. Dnia dziesiątego trwającego Okresu
Pracy ubrana była w kreację w kolorze matowego złota, od pasa w
górę wykonaną z gęstej siateczki, spod której widać było
lśniący metalicznie top. Zwiewna spódnica odsłaniała niewygodne,
szare obcasy do kolan, skóra kobiety natomiast pomalowana była na
delikatną, połyskującą biel. Rzęsy wystawały poza rondo
kapelusza, wplątanego w dziwacznie zaplecione, ufarbowane na siwo
włosy.
Obecnie stała wysoko w górze, na
podeście, tuż przed niewiarygodnie wysokim wybiegiem. Kamery
nadawały wszystko na ogromnych ekranach, w dole kłębił się
zafascynowany tłum, odpoczywający od swoich mniej lub bardziej
przyjemnych prac. Z samego przodu wyraźnie schorowana kobieta
chichotała, wachlując się z emocji animowaną ulotką.
- Ta to ma tupet, ta to ma tupet –
mamrotała.
- To niewiarygodne, jak wiele jest w
stanie osiągnąć człowiek. - powiedział Simon, elegancko ubrany
mężczyzna, do swojej towarzyszki. - Popatrz tylko, jak rozwinęła
się cywilizacja!
- Tak, to imponujące! - zgodziła się
entuzjastycznie kobieta, spoglądając na metropolię z okna
eleganckiego apartamentu. Następnie ponownie zwróciła wzrok na
Simona.
- Ludzie to nieomal bogowie! -
kontynuował. - My już nie walczymy o przetrwanie, obecnie my
naprawdę podejmujemy decyzje! To świat dostosowuje się do nas,
czyż to nie cudowne?
- Tak!
- Popatrz tylko, jak wiele wad tego
świata, a także wad nas samych jako gatunku, wyeliminowaliśmy. To,
co uważaliśmy za nieodzowne, okazało się wcale takim nie być.
Chociażby choroby psychiczne, zbrodnie, siedem grzechów głównych!
Problemy tego świata tkwią nigdzie indziej, jak w naszej głowie!
Mimo to, poprzez rozwój medycyny i nauki, udało nam się je
rozwiązać, udało nam się je wyeliminować! CZY TO NIE JEST
CUDOWNE?
- TAK, TO JEST CHOLERNIE CUDOWNE!
Mary Anderson, stojąc na platformie,
rozmawiała przez chwilę z odpowiednimi przedstawicielami rządu,
następnie podpisała pewien dokument. Posłała widzom uśmiech
białych zębów.
Właśnie mieli na własne oczy
zobaczyć chwilę ważniejszą od ślubu.
Anderson skinęła im dłonią, po czym
podeszły do niej dwie pielęgniarki z umęczonymi minami. Złapały
ją za ramię, po czym zrobiły zastrzyk. Mary uśmiechnęła się
błogo.
- Cięcie! Co oznaczają te krzyki? -
odezwał się reżyser. Jego głos niósł się po wynajętym
apartamencie nadnaturalnie głośno, dzięki wszczepionemu
regulatorowi głosu.
- Mówiłem, że nie lepiej nie
współpracować z osobami, które odmówiły poprawek. - parsknął
Simon.
- Ludzie tak dawnej nie mówili! -
krzyknęła kobieta, nosząca imię Lea. - Przecież to brzmi jak
rażąco typowy spot reklamowy. Nieustannie „Czyż to nie cudowne,
czyż to nie cudowne?”. Słuchajcie, ludzie, właśnie siedzę ze
znajomą w luksusowym apartamencie i zamiast dać się wymasować
mojej inteligentnej wannie, wolę z chorym uśmiechem wrzeszczeć o
tym, jak to się ludzkość pozmieniała! Faktycznie, na pewno to
kupią!
- Gniew. - oznajmił beznamiętnie
Simon. - Właśnie tak funkcjonują nieulepszeni archaiści. Zatem
jakich zmian żądasz?
- Cholera jasna. Wal się. Ulepszony
człowiek przyszłości nie nakręci spotu dla ludzi przeszłości,
oni się najwyżej wystraszą! Trzeba było zatrudnić samych takich
jak ja. Teraz to chyba sami będziemy sobie musieli radzić z tym
niżem demograficznym, oni tu nie przyjadą. Uwaga, wszyscy, teraz
się rozbieramy i pieprzymy najbliższego przedstawiciela płci
przeciwnej. Staaaart!
- Nie umiecie pracować ze sobą
nawzajem. - oznajmił reżyser spokojnie.
Mary najpierw szła dosyć normalnie,
potem w pewnym momencie wybuchnęła szaleńczym śmiechem.
- Heeeeej! - zawołała, machając do
ludzi w dole, po czym znów się roześmiała.
Obserwowano ją na kamerach z
mniejszym i większym zainteresowaniem.
Kobieta zaczęła skakać, wymachując
do tłumu.
- Wyglądacie idiotycznie tam w dole! -
krzyknęła. - U góry jest świetnie, ożywczy wiaterek i w ogóle!
Ooo tak, całe życie może tak wyglądać!
Ściągnęła buty, rzuciła je w dół.
- Aaaale piękny lot, no proszę
państwa! - wykrzyknęła i ruszyła truchtem po wybiegu. - Ha,
przebieżka dla zdrowia. Zdrowo, co?
Anderson przez jakiś czas tańczyła
i skakała po wybiegu, zapewniając, że nie żałuje podjętej
decyzji, oraz krzycząc o tym, jak jest piękna, jacy wszyscy są
piękni, i jak jest cudownie. Wyglądała tak idealnie, tak radośnie,
tak niepoczytalne. Miała naprawdę dopracowana kreację.
Po około godzinie zwolniła i
uspokoiła się. Tłum pod wybiegiem zgęstniał, czekając na wielki
finał.
Wreszcie nadszedł. Anderson położyła
się powoli na wysokiej ścieżce.
- Było pięknie. Będę dobrze
wspominać te chwile. - mruknęła, jakby do siebie, ale czułe
mikrofony uchwyciły wszystko.
Po czym umarła.
- Może wspomnimy o kupowaniu
Endorfiny? - zaproponował Simon. - Może to wystarczająco trafi do
tych ludzi. Przecież to jest świetne – kupowanie szczęścia.
- Wspomnimy również o tym -
odpowiedziała kwaśno Lea – Że jest ograniczone? Że rząd nim
handluje, że nasze mózgi dawno temu oduczyły się je wytwarzać?
Że możesz żyć 80 lat w stanie permanentnego lekkiego załamania,
albo wytracić wszystko od razu, następnie prosząc o eutanazję? Że
z twojej śmierci zrobią show?
- Więc to ich nie zachęci? - zapytał
Simon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz