wtorek, 31 stycznia 2017

Siedem miliardów ton soli w cukiernicy

Przemysł poszedł w górę i do przodu. Ludzie zostali w tyle i nisko na dole.
Tak czy inaczej, miała na imię Mia. Krótkie, przyjemne imię, które łatwo zapamiętać. Urodziła się z niewielkimi komplikacjami. Jako dziecko jadła paćkowate jedzenie dla dzieci, gdy podrosła, przerzuciła się na karmę dla dorosłych homo sapiens. Warzywa, mięso, pieczywo, te sprawy. Miała ulubioną zabawkę, fokę. Wiele dzieci ma ulubione zabawki.
Ale to bez znaczenia. W momencie istotnym dla historii, samej Mii oraz „Ogółu ludzkości, który powinien zainteresować się wreszcie własną sytuacją na planecie” - nie. Wybaczcie. Bez fragmentów nudnych, propagandowych przemówień zapewne będzie lepiej.
Tak czy owak, Mia miała dwadzieścia osiem lat, czyli całkiem niedawno opuściła klub radosnego samobójstwa i od dawien dawna jadła stałe pokarmy. Pracowała, oczywiście, to było przewidziane od momentu, kiedy wyłoniła się z pochwy swojej matki i zaczęła jeść paćkowate jedzenie. Zajmowała się różnymi rzeczami, które wyglądały jak odbieranie telefonów, przekładanie papierów i takie tam, ale tak naprawdę były zupełnie czym innym.
Jej biuro zajmowało się kontrolą i rejestracją liczby ludności, oraz zarabianiem pieniędzy, inwestowaniem pieniędzy, obracaniem pieniędzmi i ogólnie rozmaitymi zabawami z pieniędzmi. Znajdowało się oczywiście w biurowcu będącym wieżowcem, czyli po prostu we wnętrzu zwykłego skurwysyna o dwóch twarzach. To było jednak dość w porządku, ponieważ, bądźmy szczerzy, było on wypełniony innymi takimi samymi skurwysynami – tylko mniejszymi i mniej architektonicznymi.
Żeby tam dotrzeć, Mia musiała jechać. Metrem albo samochodem, ważne jest to, że nie mogła iść. To znaczy: mogłaby, pod warunkiem, że wstałaby bardzo wcześnie rano i wypiła ogromne ilości kawy, które pozwoliłyby jej utrzymać się na nogach. Gdyby później miała w planach, powiedzmy, maraton, można by ją zdyskwalifikować za nielegalny doping – mieszankę wielkiej ilości kofeiny oraz oparów spalin, jakie trafiły do jej płuc podczas pokonywania tej trasy.
Mia jeździła więc metrem. Mieszkała sama w niedużym mieszkaniu, co było zabawne o tyle, że biuro miała w biurowcu. Cały dowcip polegał jednak wyłącznie na grze słownej, bo ani mieszkanie, ani pracowanie nie było szczególnie zabawne.
Było nudne.
Mogła sobie pozwolić na opakowanie herbaty co jakiś czas i to już był plus. Bo lubiła herbatę. Minusem był jednak fakt, że jakość plusów oznacza wielkość minusów w sposób odwrotnie proporcjonalny. Innymi słowy – jeśli małe rzeczy są dla kogoś plusem, otacza go mnóstwo dużych minusów.
Tak czy inaczej, Mia wykonywała grzecznie swoją pracę. Liczyła, dzwoniła, pisała, umawiała, omawiała, podpisywała, po jej wyrazie twarzy ciężko było ocenić, co o tym myśli. I to dobrze.
Kiedy w Halloween urodził się siedmiomiliardowy obywatel, w biurowcu wybuchła panika. Na świecie robiło się ciasno. Mia zapamiętała ten dzień dość mgliście – wszyscy gdzieś chodzili, po korytarzach rozbrzmiewały głuche uderzenia obcasów, wielu zażarcie dyskutowało. Tu i ówdzie przewijały się wykresy, wyliczenia i dane statystyczne. Brakowało jednej rzeczy: wniosków.
Mia siedziała gdzieś z boku ze swoją zwyczajowo poważną miną, którą można by z powodzeniem interpretować jako „przejętą losami świata” a tak naprawdę myślała sobie ze strachem o swoim mieszkaniu, i z utęsknieniem o swojej herbacie. Ktoś wygłosił przemowę – przemowę nudną i propagandową, która również nie przyniosła wniosków.
Aż wreszcie nad biurkiem Mii nachylił się mężczyzna. Starszy, nieszczególnie atrakcyjny, bogaty, Mia go znała. Był jednym z penisów, za które należało złapać, kiedy było się kobietą, która bardzo chciała szybko coś osiągnąć. Kiedy było się z kolei mężczyzną o podobnych ambicjach, należało znaleźć właściwą kobietę, po czym wmówić jej, że się ją kocha. W gruncie rzeczy awans nie był taki trudny, tyle tylko, że zobowiązania wobec kobiet należało o wiele dłużej ciągnąć, by nie narazić się na gniew i łzy. Aczkolwiek zawsze wyjściem było zaprzestanie używania mydła.
Mia była jednak kobietą. Dla niej liczył się TEN MĘŻCZYZNA. Nazywał się Bitcack.
- Mia, mam dla ciebie zadanie – powiedział, śmierdząc papierosami. To znaczy prawdopodobnie śmierdział już wcześniej, tylko teraz bardziej się z tym uzewnętrzniał.
- Tak, słucham? - odpowiedziała Mia bezbarwnie.
- Zabij go.
- Kogo?
- Siedmiomiliardowego.
- Nie wiemy, kto nim jest, czyż nie?
- Nie, dlatego można go wyznaczyć.
- To niemowlę.
- Masz rację.
Przyjrzała mu się.
- Musi być jakiś paragraf, jakieś prawa pracownika, klauzula sumienia – oznajmiła mgliście.
- Jeśli nie ty, to kto inny.
- W porządku.
Powiedziała i Bitcack sobie poszedł. „Obrzydliwy facet”, pomyślała.
Około miesiąc później pojawił się w jej mieszkaniu. Chyba dlatego, że Mia uznała, że tak obrzydliwy facet musi chcieć się spotykać z innymi, bo na pewno mu tego brakuje. No i, oczywiście, był ścieżką na szczyt. Tak czy owak, malutkie, bladoniebieskie mieszkanie wypełniło się obecnością TEGO MĘŻCZYZNY, który równocześnie tam pomagał, jak i przeszkadzał. Był niczym nasypanie soli do cukiernicy. Niby cukiernica nie jest pusta, a jednak nie wszystko w porządku.
Prawdę mówiąc, Mia przez chwilę rozważała wzięcie z nim ślubu (bo niby czemu nie) ale później jakoś jej przeszło.
Tak czy inaczej, ta droga w górę okazała się całkiem wygodna i Mia zaczęła z niej korzystać. Oczywiście, nie tylko przy użyciu Bitcacka. Zarabiała coraz więcej, jednak nie znalazła się ani jedna rzecz, przyjemniejsza od herbaty. Co wcale nie oznaczało, że herbata była jakaś wyjątkowa. Przeciwnie, im więcej porównań uzyskiwała, tym bardziej napar tracił, lecz wszystko inne traciło wraz z nim. Mia miała sukienki, restauracje, obrzydliwych mężczyzn, a herbata robiła się coraz gorsza.
Aż wreszcie, pewnej nocy o czwartej nad ranem doszła do wniosku. Jak wiadomo, to coś, co zawsze warto zrobić, ale często nikt się na to nie decyduje.
Mia dokonała obliczenia. Mia postanowiła wspomóc projekt walki z przeludnieniem. Mia pozbyła się kilku mężczyzn.
Oczywiście, to nic nie zmieniło. Spaliny nadal były spalinami, biurowiec biurowcem, sól cukrem, a herbata traciła na wartości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz