Przemysł poszedł w górę i do
przodu. Ludzie zostali w tyle i nisko na dole.
Tak czy inaczej, miała na imię Mia.
Krótkie, przyjemne imię, które łatwo zapamiętać. Urodziła się
z niewielkimi komplikacjami. Jako dziecko jadła paćkowate jedzenie
dla dzieci, gdy podrosła, przerzuciła się na karmę dla dorosłych
homo sapiens. Warzywa, mięso, pieczywo, te sprawy. Miała ulubioną
zabawkę, fokę. Wiele dzieci ma ulubione zabawki.
Ale to bez znaczenia. W momencie
istotnym dla historii, samej Mii oraz „Ogółu ludzkości, który
powinien zainteresować się wreszcie własną sytuacją na planecie”
- nie. Wybaczcie. Bez fragmentów nudnych, propagandowych przemówień
zapewne będzie lepiej.
Tak czy owak, Mia miała dwadzieścia
osiem lat, czyli całkiem niedawno opuściła klub radosnego
samobójstwa i od dawien dawna jadła stałe pokarmy. Pracowała,
oczywiście, to było przewidziane od momentu, kiedy wyłoniła się
z pochwy swojej matki i zaczęła jeść paćkowate jedzenie.
Zajmowała się różnymi rzeczami, które wyglądały jak odbieranie
telefonów, przekładanie papierów i takie tam, ale tak naprawdę
były zupełnie czym innym.
Jej biuro zajmowało się kontrolą i
rejestracją liczby ludności, oraz zarabianiem pieniędzy,
inwestowaniem pieniędzy, obracaniem pieniędzmi i ogólnie
rozmaitymi zabawami z pieniędzmi. Znajdowało się oczywiście w
biurowcu będącym wieżowcem, czyli po prostu we wnętrzu zwykłego
skurwysyna o dwóch twarzach. To było jednak dość w porządku,
ponieważ, bądźmy szczerzy, było on wypełniony innymi takimi
samymi skurwysynami – tylko mniejszymi i mniej architektonicznymi.
Żeby tam dotrzeć, Mia musiała
jechać. Metrem albo samochodem, ważne jest to, że nie mogła iść.
To znaczy: mogłaby, pod warunkiem, że wstałaby bardzo wcześnie
rano i wypiła ogromne ilości kawy, które pozwoliłyby jej utrzymać
się na nogach. Gdyby później miała w planach, powiedzmy, maraton,
można by ją zdyskwalifikować za nielegalny doping – mieszankę
wielkiej ilości kofeiny oraz oparów spalin, jakie trafiły do jej
płuc podczas pokonywania tej trasy.
Mia jeździła więc metrem. Mieszkała
sama w niedużym mieszkaniu, co było zabawne o tyle, że biuro miała
w biurowcu. Cały dowcip polegał jednak wyłącznie na grze słownej,
bo ani mieszkanie, ani pracowanie nie było szczególnie zabawne.
Było nudne.
Mogła sobie pozwolić na opakowanie
herbaty co jakiś czas i to już był plus. Bo lubiła herbatę.
Minusem był jednak fakt, że jakość plusów oznacza wielkość
minusów w sposób odwrotnie proporcjonalny. Innymi słowy – jeśli
małe rzeczy są dla kogoś plusem, otacza go mnóstwo dużych
minusów.
Tak czy inaczej, Mia wykonywała
grzecznie swoją pracę. Liczyła, dzwoniła, pisała, umawiała,
omawiała, podpisywała, po jej wyrazie twarzy ciężko było ocenić,
co o tym myśli. I to dobrze.
Kiedy w Halloween urodził się
siedmiomiliardowy obywatel, w biurowcu wybuchła panika. Na świecie
robiło się ciasno. Mia zapamiętała ten dzień dość mgliście –
wszyscy gdzieś chodzili, po korytarzach rozbrzmiewały głuche
uderzenia obcasów, wielu zażarcie dyskutowało. Tu i ówdzie
przewijały się wykresy, wyliczenia i dane statystyczne. Brakowało
jednej rzeczy: wniosków.
Mia siedziała gdzieś z boku ze swoją
zwyczajowo poważną miną, którą można by z powodzeniem
interpretować jako „przejętą losami świata” a tak naprawdę
myślała sobie ze strachem o swoim mieszkaniu, i z utęsknieniem o
swojej herbacie. Ktoś wygłosił przemowę – przemowę nudną i
propagandową, która również nie przyniosła wniosków.
Aż wreszcie nad biurkiem Mii nachylił
się mężczyzna. Starszy, nieszczególnie atrakcyjny, bogaty, Mia go
znała. Był jednym z penisów, za które należało złapać, kiedy
było się kobietą, która bardzo chciała szybko coś osiągnąć.
Kiedy było się z kolei mężczyzną o podobnych ambicjach, należało
znaleźć właściwą kobietę, po czym wmówić jej, że się ją
kocha. W gruncie rzeczy awans nie był taki trudny, tyle tylko, że
zobowiązania wobec kobiet należało o wiele dłużej ciągnąć, by
nie narazić się na gniew i łzy. Aczkolwiek zawsze wyjściem było
zaprzestanie używania mydła.
Mia była jednak kobietą. Dla niej
liczył się TEN MĘŻCZYZNA. Nazywał się Bitcack.
- Mia, mam dla ciebie zadanie –
powiedział, śmierdząc papierosami. To znaczy prawdopodobnie
śmierdział już wcześniej, tylko teraz bardziej się z tym
uzewnętrzniał.
- Tak, słucham? - odpowiedziała Mia
bezbarwnie.
- Zabij go.
- Kogo?
- Siedmiomiliardowego.
- Nie wiemy, kto nim jest, czyż nie?
- Nie, dlatego można go wyznaczyć.
- To niemowlę.
- Masz rację.
Przyjrzała mu się.
- Musi być jakiś paragraf, jakieś
prawa pracownika, klauzula sumienia – oznajmiła mgliście.
- Jeśli nie ty, to kto inny.
- W porządku.
Powiedziała i Bitcack sobie poszedł.
„Obrzydliwy facet”, pomyślała.
Około miesiąc później pojawił się
w jej mieszkaniu. Chyba dlatego, że Mia uznała, że tak obrzydliwy
facet musi chcieć się spotykać z innymi, bo na pewno mu tego
brakuje. No i, oczywiście, był ścieżką na szczyt. Tak czy owak,
malutkie, bladoniebieskie mieszkanie wypełniło się obecnością
TEGO MĘŻCZYZNY, który równocześnie tam pomagał, jak i
przeszkadzał. Był niczym nasypanie soli do cukiernicy. Niby
cukiernica nie jest pusta, a jednak nie wszystko w porządku.
Prawdę mówiąc, Mia przez chwilę
rozważała wzięcie z nim ślubu (bo niby czemu nie) ale później
jakoś jej przeszło.
Tak czy inaczej, ta droga w górę
okazała się całkiem wygodna i Mia zaczęła z niej korzystać.
Oczywiście, nie tylko przy użyciu Bitcacka. Zarabiała coraz
więcej, jednak nie znalazła się ani jedna rzecz, przyjemniejsza od
herbaty. Co wcale nie oznaczało, że herbata była jakaś wyjątkowa.
Przeciwnie, im więcej porównań uzyskiwała, tym bardziej napar
tracił, lecz wszystko inne traciło wraz z nim. Mia miała sukienki,
restauracje, obrzydliwych mężczyzn, a herbata robiła się coraz
gorsza.
Aż wreszcie, pewnej nocy o czwartej
nad ranem doszła do wniosku. Jak wiadomo, to coś, co zawsze warto
zrobić, ale często nikt się na to nie decyduje.
Mia dokonała obliczenia. Mia
postanowiła wspomóc projekt walki z przeludnieniem. Mia pozbyła
się kilku mężczyzn.
Oczywiście, to nic nie zmieniło.
Spaliny nadal były spalinami, biurowiec biurowcem, sól cukrem, a
herbata traciła na wartości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz