środa, 1 marca 2017

Absolutny brak puenty

Vidan leżał na środku pokoju i przyglądał się otoczeniu.
Nie mógł się poruszyć, nawet, gdyby miał na to ochotę. I to nie dlatego, że ograniczały go jakieś szczególne bariery fizyczne. Został zwyczajnie wkomponowany w przestrzeń wokół siebie i nic nie mógł na to poradzić.
Tuż przed jego twarzą leżała sterta ubrań, w której topiły się słuchawki stereo. Wystający z nich kabel zataczał kręgi na dywanie, wijąc się i zawracając, by momentami nachodzić sam na siebie. Pod spodem – czerwony dywan. Nad oknem wisiały zbyt długie czerwone zasłony, które zlewały się z owym dywanem, tak, że właściwie nie było poszczególnych elementów, a jedynie coś w rodzaju tła na obrazie z martwą naturą. Wokół mężczyzny przycupnęło jeszcze sporo różnych innych przedmiotów, rozrzuconych chaotycznie, wedle własnego uznania. Ale nawet ten chaos był chaosem starannym, wypracowanie nieuporządkowanym. Absolutnie nic nie leżało porządnie obok siebie.
A na środku znajdował się on. Vidan.
Był elementem całej tej konstrukcji. Obok jego dłoni, która sama wyglądała, jakby ktoś ją tu upuścił i zapomniał, spoczywał papierek po batonie, zmięta siatka i stroik do gitary. Jedna z jego nóg spadała z dywanu na chłodną podłogę, koniuszki palców prawej stopy zaglądały pod łóżko. Ostrożnie i nieśmiało. Halo, kto tam? Żyją tu jakieś potwory? Może klasyczne dłonie z filmów grozy? Nie? Bo my jesteśmy stopami. Gdzieś tam daleko mamy swoją głowę i mózg, który wydaje polecenia, ale na razie do końca nie działa. Dlatego wszyscy tu tak leżymy.
Do pokoju wleciała mucha. Oznajmiła ten fakt donośnym brzęczeniem. Wykonała do połowy coś w rodzaju koślawego okrążenia, po czym zmieniła zdanie i przycupnęła na szafce.
Podobno pamięć muchy sięga około trzy sekundy wstecz. Co, jeśli ta konkretna mucha była muchą piekielnie inteligentną, i w ciągu tej chwili zdążyła zaplanować sobie coś niezwykle ważnego...? Vidan mimo wszystko trochę jej zazdrościł. Musiała być bardzo wyzwolona.
Po chwili owad znów zaczął latać po pokoju, wydając swoje drażniące odgłosy.
Czy irytacja to dobry powód do zaburzenia kompozycji? Tak, pewnie tak.
Podniósł się, niszcząc całe to przyjemno -nieprzyjemne wrażenie i pozostawiając normalny bałagan, który należało posprzątać.
- Ten bałagan zawsze był normalny, ty zacząłeś mu wmawiać nie wiadomo co! - odezwała się któraś cząstka jego umysłu; jedna z tych bardziej niezależnych. Pozostałe jednak skupiły się i ścieśniły, rozdrażnione jej arogancją. Ustawiły się w kółeczku, udając, że mają przed tamtą jedną jakieś sekrety, które nie istniały.
Vidan nie pozwolił jednak zbyt długo swojemu ciału zajmować się sobą. Zaczął miarowo naciskać na zmuszone do pracy stopy, idąc do kuchni. Swojemu mózgowi rzucił kilka luźnych koncepcji do dokładniejszego opracowania i nakazał działać zespołowo. Ręce, nogi, oczy, uszy, wszystko nagle zostało zaangażowane. Części ciała, obrażone i przyzwyczajone do stagnacji, zaczęły gwałtownie protestować. Widziane obrazy wyginały się i drżały; do uszu docierały rozmaite szmery, nieistniejące odgłosy kroków, dźwięki lecącej wody. Zmysł równowagi dokonywał sabotażu, chybocząc całą organiczną konstrukcją. Ręce były luźne, bierne i ociężałe.
Ale nie zwracał na to uwagi. Zmierzał do kuchni.
Pomimo problemów z oczami, we wnętrzu zarejestrował typowy krajobraz po – kłótni. Po ostrej kłótni, po walce, po standardowej awanturze. Pokłócienne potłuczone naczynia nadal leżały na ziemi i po cichu dogorywały, wzywając szeptem pomocy. Ściany zdobiły malownicze plamy, które zrobiły na mężczyźnie pewne wrażenie – gdyby tylko na to wpadł, zrobiłby je i bez tej awantury. Powietrze wciąż jeszcze trzeszczało od agresji, agresji, którą należało już dawno wywietrzyć.
Nie, kuchnia nie.
Wyszedł stamtąd. Zastanawiało go, czy w ogóle ma w mieszkaniu jakieś pomieszczenie wolne od rozmaitych męczących zjawisk. Łazienka pewnie będzie nawiedzona. W takiej sytuacji to by bardzo pasowało.
Zajrzał tam mimo wszystko. Miał rację. Wanna była pełna niewypuszczonej wody w zielono – żółtym kolorze. Kąpał tu gnoma? Używał specyficznych płynów kąpielowych? Gotował w wannie? Nie był przekonany, i nawet nie miał pewności, czy to on, czy ktoś inny. Na pewno w tym mieszkaniu pojawił się ktoś jeszcze. Ludzie raczej nie kłócą się sami ze sobą, chociaż może. Może tak naprawdę tylko o to chodzi. Tak czy inaczej, po powierzchni wody pływały małe, papierowe stateczki, które stopniowo nasiąkały wodą. Część z nich leżała już na dnie wanny, tworząc słabo widoczną warstwę namokłego papieru. Powietrze pachniało damskimi kosmetykami. Wypalała się jedna z dwóch żarówek, lecz wciąż jeszcze momentami rozpaczliwie walczyła o życie, zapalając się i gasnąc. Na zlewie leżała szczoteczka z nałożoną pastą. Na pralce stało mnóstwo rozmaitych kosmetyków, wystawionych z wszelkich szafek i półek.
- Nawiedzone jak nic – mruknął mężczyzna do siebie. - I tak zgaśniesz. - powiedział żarówce. Wyszedł i zgasił światło, pozwalając dalej rozwijać się temu ekosystemowi.
Salon był chłodny i oficjalny. Panował tam mniejszy bałagan, ale pachniało kadzidłem – a może tylko to sobie wyobraził? - pranie czekało na powieszenie, a meble wyraźnie nie życzyły sobie, by ktoś na nich siadał. To miejsce również nie było neutralne.
Wreszcie wyszedł na balkon. Był brudny od piasku i ptasich odchodów, temperatura zaś stanowczo nie wydawała się najbardziej odpowiednia do życia, niemniej to miejsce zdecydowanie wygrywało z pozostałymi. Vidan wrócił na chwilę do mieszkania i stanął na balkonie z paczką papierosów. Zapalił jednego. Zerknął w dół, na ogródki sąsiadów i aspołecznie strząsnął na nie popiół. Sprawiało mu to dziką satysfakcję – dokumentowanie własnego istnienia odrobiną denerwującego pyłu. Tłumaczył sam sobie, że po tym drobnym złym uczynku zrobi coś, co zniweluje całą sprawę, na przykład wyciągnie jakieś dziecko z płonącego sierocińca. Pewnie musiałby go najpierw podpalić. Ale w końcu to nie jego wina, że akurat nie było warunków na bohaterstwo.
„Akurat nie było warunków na bohaterstwo”. Ten zwrot dźgnął czymś ostrym uśpioną pamięć Vidana, głównie odnośnie kłótni. Odzyskanie jej całkowicie było już tylko kwestią pewnego wysiłku, ale jemu nie zależało. Niejasne skojarzenia wystarczały, by podjąć decyzję o nieodzyskiwaniu tych danych.
Na przywiędłą trawę spadło jeszcze trochę popiołu. Vidan wiedział, że jego wspomnienia nie mają wielkiej wartości. Nie był postacią filmową ani literacką. Był facetem, którego nie lubią sąsiedzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz