Vidan leżał na środku pokoju i
przyglądał się otoczeniu.
Nie mógł się poruszyć, nawet,
gdyby miał na to ochotę. I to nie dlatego, że ograniczały go
jakieś szczególne bariery fizyczne. Został zwyczajnie wkomponowany
w przestrzeń wokół siebie i nic nie mógł na to poradzić.
Tuż przed jego twarzą leżała
sterta ubrań, w której topiły się słuchawki stereo. Wystający z
nich kabel zataczał kręgi na dywanie, wijąc się i zawracając, by
momentami nachodzić sam na siebie. Pod spodem – czerwony dywan.
Nad oknem wisiały zbyt długie czerwone zasłony, które zlewały
się z owym dywanem, tak, że właściwie nie było poszczególnych
elementów, a jedynie coś w rodzaju tła na obrazie z martwą
naturą. Wokół mężczyzny przycupnęło jeszcze sporo różnych
innych przedmiotów, rozrzuconych chaotycznie, wedle własnego
uznania. Ale nawet ten chaos był chaosem starannym, wypracowanie
nieuporządkowanym. Absolutnie nic nie leżało porządnie obok
siebie.
A na środku znajdował się on.
Vidan.
Był elementem całej tej konstrukcji.
Obok jego dłoni, która sama wyglądała, jakby ktoś ją tu upuścił
i zapomniał, spoczywał papierek po batonie, zmięta siatka i stroik
do gitary. Jedna z jego nóg spadała z dywanu na chłodną podłogę,
koniuszki palców prawej stopy zaglądały pod łóżko. Ostrożnie i
nieśmiało. Halo, kto tam? Żyją tu jakieś potwory? Może
klasyczne dłonie z filmów grozy? Nie? Bo my jesteśmy stopami.
Gdzieś tam daleko mamy swoją głowę i mózg, który wydaje
polecenia, ale na razie do końca nie działa. Dlatego wszyscy tu tak
leżymy.
Do pokoju wleciała mucha. Oznajmiła
ten fakt donośnym brzęczeniem. Wykonała do połowy coś w rodzaju
koślawego okrążenia, po czym zmieniła zdanie i przycupnęła na
szafce.
Podobno pamięć muchy sięga około
trzy sekundy wstecz. Co, jeśli ta konkretna mucha była muchą
piekielnie inteligentną, i w ciągu tej chwili zdążyła zaplanować
sobie coś niezwykle ważnego...? Vidan mimo wszystko trochę jej
zazdrościł. Musiała być bardzo wyzwolona.
Po chwili owad znów zaczął latać
po pokoju, wydając swoje drażniące odgłosy.
Czy irytacja to dobry powód do
zaburzenia kompozycji? Tak, pewnie tak.
Podniósł się, niszcząc całe to
przyjemno -nieprzyjemne wrażenie i pozostawiając normalny bałagan,
który należało posprzątać.
- Ten bałagan zawsze był normalny, ty
zacząłeś mu wmawiać nie wiadomo co! - odezwała się któraś
cząstka jego umysłu; jedna z tych bardziej niezależnych. Pozostałe
jednak skupiły się i ścieśniły, rozdrażnione jej arogancją.
Ustawiły się w kółeczku, udając, że mają przed tamtą jedną
jakieś sekrety, które nie istniały.
Vidan nie pozwolił jednak zbyt długo
swojemu ciału zajmować się sobą. Zaczął miarowo naciskać na
zmuszone do pracy stopy, idąc do kuchni. Swojemu mózgowi rzucił
kilka luźnych koncepcji do dokładniejszego opracowania i nakazał
działać zespołowo. Ręce, nogi, oczy, uszy, wszystko nagle zostało
zaangażowane. Części ciała, obrażone i przyzwyczajone do
stagnacji, zaczęły gwałtownie protestować. Widziane obrazy
wyginały się i drżały; do uszu docierały rozmaite szmery,
nieistniejące odgłosy kroków, dźwięki lecącej wody. Zmysł
równowagi dokonywał sabotażu, chybocząc całą organiczną
konstrukcją. Ręce były luźne, bierne i ociężałe.
Ale nie zwracał na to uwagi. Zmierzał
do kuchni.
Pomimo problemów z oczami, we wnętrzu
zarejestrował typowy krajobraz po – kłótni. Po ostrej kłótni,
po walce, po standardowej awanturze. Pokłócienne potłuczone
naczynia nadal leżały na ziemi i po cichu dogorywały, wzywając
szeptem pomocy. Ściany zdobiły malownicze plamy, które zrobiły na
mężczyźnie pewne wrażenie – gdyby tylko na to wpadł, zrobiłby
je i bez tej awantury. Powietrze wciąż jeszcze trzeszczało od
agresji, agresji, którą należało już dawno wywietrzyć.
Nie, kuchnia nie.
Wyszedł stamtąd. Zastanawiało go,
czy w ogóle ma w mieszkaniu jakieś pomieszczenie wolne od
rozmaitych męczących zjawisk. Łazienka pewnie będzie nawiedzona.
W takiej sytuacji to by bardzo pasowało.
Zajrzał tam mimo wszystko. Miał
rację. Wanna była pełna niewypuszczonej wody w zielono – żółtym
kolorze. Kąpał tu gnoma? Używał specyficznych płynów
kąpielowych? Gotował w wannie? Nie był przekonany, i nawet nie
miał pewności, czy to on, czy ktoś inny. Na pewno w tym mieszkaniu
pojawił się ktoś jeszcze. Ludzie raczej nie kłócą się sami ze
sobą, chociaż może. Może tak naprawdę tylko o to chodzi. Tak czy
inaczej, po powierzchni wody pływały małe, papierowe stateczki,
które stopniowo nasiąkały wodą. Część z nich leżała już na
dnie wanny, tworząc słabo widoczną warstwę namokłego papieru.
Powietrze pachniało damskimi kosmetykami. Wypalała się jedna z
dwóch żarówek, lecz wciąż jeszcze momentami rozpaczliwie
walczyła o życie, zapalając się i gasnąc. Na zlewie leżała
szczoteczka z nałożoną pastą. Na pralce stało mnóstwo
rozmaitych kosmetyków, wystawionych z wszelkich szafek i półek.
- Nawiedzone jak nic – mruknął
mężczyzna do siebie. - I tak zgaśniesz. - powiedział żarówce.
Wyszedł i zgasił światło, pozwalając dalej rozwijać się temu
ekosystemowi.
Salon był chłodny i oficjalny.
Panował tam mniejszy bałagan, ale pachniało kadzidłem – a może
tylko to sobie wyobraził? - pranie czekało na powieszenie, a meble
wyraźnie nie życzyły sobie, by ktoś na nich siadał. To miejsce
również nie było neutralne.
Wreszcie wyszedł na balkon. Był
brudny od piasku i ptasich odchodów, temperatura zaś stanowczo nie
wydawała się najbardziej odpowiednia do życia, niemniej to miejsce
zdecydowanie wygrywało z pozostałymi. Vidan wrócił na chwilę do
mieszkania i stanął na balkonie z paczką papierosów. Zapalił
jednego. Zerknął w dół, na ogródki sąsiadów i aspołecznie
strząsnął na nie popiół. Sprawiało mu to dziką satysfakcję –
dokumentowanie własnego istnienia odrobiną denerwującego pyłu.
Tłumaczył sam sobie, że po tym drobnym złym uczynku zrobi coś,
co zniweluje całą sprawę, na przykład wyciągnie jakieś dziecko
z płonącego sierocińca. Pewnie musiałby go najpierw podpalić.
Ale w końcu to nie jego wina, że akurat nie było warunków na
bohaterstwo.
„Akurat nie było warunków na
bohaterstwo”. Ten zwrot dźgnął czymś ostrym uśpioną pamięć
Vidana, głównie odnośnie kłótni. Odzyskanie jej całkowicie było
już tylko kwestią pewnego wysiłku, ale jemu nie zależało.
Niejasne skojarzenia wystarczały, by podjąć decyzję o
nieodzyskiwaniu tych danych.
Na przywiędłą trawę spadło
jeszcze trochę popiołu. Vidan wiedział, że jego wspomnienia nie
mają wielkiej wartości. Nie był postacią filmową ani literacką.
Był facetem, którego nie lubią sąsiedzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz