Maria nie wiedziała, dlaczego przy
każdej dziurze w podłożu zbierają się pomarańczowi ludzie.
Tak było od zawsze, od 15 długich
lat spędzonych w mieście. Ilekroć gdzieś w powierzchni ziemi
zrobił się otwór, te stworzenia przychodziły, kłębiły się
wokół niego, zaczynały go dotykać, zaglądać, wkładać rozmaite
rurki, wiercić. Rzadko trafiały się dziury nietknięte ich
obecnością.
Ciężko było określić, czy to owa
otchłań tak ich wabi, czy też może normalnie żyją pod ziemią i
wyglądają, kiedy pojawia się przejście. Druga perspektywa była
nieco bardziej prawdopodobna; często gdy pomarańczowi już
nacieszyli się dziurą, ona znikała. Zapewne lubili czasem zerknąć
na świat ponad powierzchnią, ale woleli nie mieć stałego ubytku w
suficie swojego domu.
Tak naprawdę nie byli pomarańczowi.
Nosili jedynie takie kamizelki. Charakterystyczne, jaskrawe,
odblaskowe. Ich społeczeństwo ogólnie różniło się nieco od
standardowego.
Na przykład nie było wśród nich
kobiet. A przynajmniej Maria nigdy żadnej nie widziała, nie była
zatem pewna, jak się rozmnażają. Możliwe, że samice po prostu
nigdy nie wychodziły, tylko siedziały gdzieś głęboko i składały
jaja.
Do tego często palili papierosy.
Wokół nich zazwyczaj unosił się charakterystyczny zapach i dym,
być może w jakiś sposób potrzebny im do życia w swoim środowisku. Nie
wiadomo było w końcu, jak dokładnie działały ich organizmy.
Ich istnienie było sporą zagadką.
Ludzie mijali ich, przeważnie nie nawiązując dialogu – nic
zresztą dziwnego. Pomarańczowi swój teren, czyli teren, na którym
aktualnie analizowali dziurę, oznaczali czerwoną taśmą i nie
pozwalali zwykłym ludziom się zbliżać. Używali sprzętu, którego
przeznaczenia często nie dało się określić. Czasem wręcz
oddzielali obszar swoich badań szarymi ogrodzeniami, które
dokładnie zasłaniały widok.
Marii pewnego razu, późnym
wieczorem, udało się zajrzeć na ów chroniony teren. Szła
samotnie, wracając od koleżanki, a w zasadzie przemykała od
latarni do latarni, niczym ćma ninja albo prostytutka, chcąc
widzieć, gdzie stawia stopy. I wtedy jej wzrok padł na ogromny,
szary płot, przysłaniający znacznej wielkości strefę. Serce zabiło
jej żywiej; powinna w zasadzie bardziej przejmować się tym, że
oni zgarniają dla siebie tak duże fragmenty jej świata, ale za
bardzo ją to ekscytowało.
Przeszła na drugą stronę ulicy i
wypatrzyła przerwę w płocie.
Widok zaparł jej dech w piersiach.
Zobaczyła ogromne, puste, płaskie
terytorium, mocno oświetlone. Przez środek jechał olbrzymi
pojazd, który wydawał się mały w kontekście całej tej
przestrzeni. Tak jakby świat za płotem był zupełnie innym
światem, niż ten, w którym żyła Maria. Toczyło się tam
zupełnie odmienne życie, życie wypełnione dziurami w ziemi,
rurami, kablami, maszynami i kobietami, które składają jaja
głęboko pod powierzchnią.
Jej zainteresowanie tym ludem wzrosło.
A jednak dopiero po dłuższym czasie udało jej się zdobyć
odrobinkę informacji.
Do tego zupełnie przypadkiem.
Obudziła się w nocy. Spragniona.
Po drodze do kuchni, tknięta impulsem,
zerknęła przez okno – i wtedy właśnie to odkryła. Inne plemię.
Ci ludzie też byli odblaskowi, ale
ich kamizelki miały kolor wyrazistej zieleni. Przyszli praktycznie
pod jej okno, skradając się jeden za drugim i niosąc maszyny
przypominające te należące do pomarańczowych. Zaczęli wiercić w
ziemi i kopać zapamiętale, niczym psy, ale z użyciem narzędzi.
Zdumiona, sprawdziła godzinę – w końcu te odgłosy powinny kogoś
obudzić...?
Elektroniczny zegarek wyświetlał 03.
63. W rogu pojawiło się logo sieci telefonii komórkowej i Maria
przypomniała sobie o pakietach minut, które można kupić u wielu
operatorów. Zapewne to właśnie były owe dodatkowe minuty, a ona,
zapewne z powodu jakiegoś błędu systemu, mogła z nich skorzystać.
Przyglądała się zatem spokojnie,
jak tajemniczy naród kopie swoje dziury. Wreszcie, gdy robota
zbliżała się do końca (otwór był dość głęboki) jej zegarek
pyknął cicho i wyświetlił godzinę 04.00, zamiast wcześniejszej
03.80. Dziwni ludzie uciekli.
Następnego ranka wokół zagłębienia jak
zwykle tłoczyli się pomarańczowi. I znów nie było wiadomo, czy
wyszli z niego, gdy Maria spała, czy też przybiegli, zwabieni jego
zapachem. Ciężko było stwierdzić również, czy te dwie grupy ze
sobą walczą, czy może przeciwnie – współpracują? Załatwiają
sobie zatrudnienie...? Gdy dziewczyna kogoś o to pytała, przeważnie zbywano ją wzruszeniem ramion, jakby wszyscy ludzie ukrywali wspólną
tajemnicę. Przypuszczała, że nigdy jej nie odkryje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz