środa, 22 marca 2017

Plemię

Maria nie wiedziała, dlaczego przy każdej dziurze w podłożu zbierają się pomarańczowi ludzie.
Tak było od zawsze, od 15 długich lat spędzonych w mieście. Ilekroć gdzieś w powierzchni ziemi zrobił się otwór, te stworzenia przychodziły, kłębiły się wokół niego, zaczynały go dotykać, zaglądać, wkładać rozmaite rurki, wiercić. Rzadko trafiały się dziury nietknięte ich obecnością.
      Ciężko było określić, czy to owa otchłań tak ich wabi, czy też może normalnie żyją pod ziemią i wyglądają, kiedy pojawia się przejście. Druga perspektywa była nieco bardziej prawdopodobna; często gdy pomarańczowi już nacieszyli się dziurą, ona znikała. Zapewne lubili czasem zerknąć na świat ponad powierzchnią, ale woleli nie mieć stałego ubytku w suficie swojego domu.
      Tak naprawdę nie byli pomarańczowi. Nosili jedynie takie kamizelki. Charakterystyczne, jaskrawe, odblaskowe. Ich społeczeństwo ogólnie różniło się nieco od standardowego.
       Na przykład nie było wśród nich kobiet. A przynajmniej Maria nigdy żadnej nie widziała, nie była zatem pewna, jak się rozmnażają. Możliwe, że samice po prostu nigdy nie wychodziły, tylko siedziały gdzieś głęboko i składały jaja.
      Do tego często palili papierosy. Wokół nich zazwyczaj unosił się charakterystyczny zapach i dym, być może w jakiś sposób potrzebny im do życia w swoim środowisku. Nie wiadomo było w końcu, jak dokładnie działały ich organizmy.
      Ich istnienie było sporą zagadką. Ludzie mijali ich, przeważnie nie nawiązując dialogu – nic zresztą dziwnego. Pomarańczowi swój teren, czyli teren, na którym aktualnie analizowali dziurę, oznaczali czerwoną taśmą i nie pozwalali zwykłym ludziom się zbliżać. Używali sprzętu, którego przeznaczenia często nie dało się określić. Czasem wręcz oddzielali obszar swoich badań szarymi ogrodzeniami, które dokładnie zasłaniały widok.
      Marii pewnego razu, późnym wieczorem, udało się zajrzeć na ów chroniony teren. Szła samotnie, wracając od koleżanki, a w zasadzie przemykała od latarni do latarni, niczym ćma ninja albo prostytutka, chcąc widzieć, gdzie stawia stopy. I wtedy jej wzrok padł na ogromny, szary płot, przysłaniający znacznej wielkości strefę. Serce zabiło jej żywiej; powinna w zasadzie bardziej przejmować się tym, że oni zgarniają dla siebie tak duże fragmenty jej świata, ale za bardzo ją to ekscytowało.
      Przeszła na drugą stronę ulicy i wypatrzyła przerwę w płocie.
Widok zaparł jej dech w piersiach.
       Zobaczyła ogromne, puste, płaskie terytorium, mocno oświetlone. Przez środek jechał olbrzymi pojazd, który wydawał się mały w kontekście całej tej przestrzeni. Tak jakby świat za płotem był zupełnie innym światem, niż ten, w którym żyła Maria. Toczyło się tam zupełnie odmienne życie, życie wypełnione dziurami w ziemi, rurami, kablami, maszynami i kobietami, które składają jaja głęboko pod powierzchnią.
      Jej zainteresowanie tym ludem wzrosło. A jednak dopiero po dłuższym czasie udało jej się zdobyć odrobinkę informacji.
      Do tego zupełnie przypadkiem. Obudziła się w nocy. Spragniona.
Po drodze do kuchni, tknięta impulsem, zerknęła przez okno – i wtedy właśnie to odkryła. Inne plemię.
      Ci ludzie też byli odblaskowi, ale ich kamizelki miały kolor wyrazistej zieleni. Przyszli praktycznie pod jej okno, skradając się jeden za drugim i niosąc maszyny przypominające te należące do pomarańczowych. Zaczęli wiercić w ziemi i kopać zapamiętale, niczym psy, ale z użyciem narzędzi. Zdumiona, sprawdziła godzinę – w końcu te odgłosy powinny kogoś obudzić...?
Elektroniczny zegarek wyświetlał 03. 63. W rogu pojawiło się logo sieci telefonii komórkowej i Maria przypomniała sobie o pakietach minut, które można kupić u wielu operatorów. Zapewne to właśnie były owe dodatkowe minuty, a ona, zapewne z powodu jakiegoś błędu systemu, mogła z nich skorzystać.
      Przyglądała się zatem spokojnie, jak tajemniczy naród kopie swoje dziury. Wreszcie, gdy robota zbliżała się do końca (otwór był dość głęboki) jej zegarek pyknął cicho i wyświetlił godzinę 04.00, zamiast wcześniejszej 03.80. Dziwni ludzie uciekli.
      Następnego ranka wokół zagłębienia jak zwykle tłoczyli się pomarańczowi. I znów nie było wiadomo, czy wyszli z niego, gdy Maria spała, czy też przybiegli, zwabieni jego zapachem. Ciężko było stwierdzić również, czy te dwie grupy ze sobą walczą, czy może przeciwnie – współpracują? Załatwiają sobie zatrudnienie...? Gdy dziewczyna kogoś o to pytała, przeważnie zbywano ją wzruszeniem ramion, jakby wszyscy ludzie ukrywali wspólną tajemnicę. Przypuszczała, że nigdy jej nie odkryje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz